PRZYBYLSKI: Liberalizm wygra, jeśli dotrwamy do kompromisu

Wygrana nie polega na poniżeniu przeciwnika, bo póki konkurent istnieje – a świat polityczny podlega prawu wiecznego antagonizmu – będzie mógł się odwinąć i zemścić.


Skoro na podziale społeczeństwa politycznie można zyskać, to nie opłaca się szukać solidarności. Zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Na scenie politycznej nie ma dziś nikogo z pomysłem na odbudowę kultury porozumienia. A przecież sednem demokracji nie jest triumfalne podnoszenie lasu rąk.

Wygrana nie polega na poniżeniu przeciwnika, bo póki konkurent istnieje – a świat polityczny podlega prawu wiecznego antagonizmu – będzie mógł się odwinąć i zemścić. Wygrana polega na zaoferowaniu takich warunków kapitulacji, które będą do przyjęcia także przez mniejszość. Dlatego to większość ma wszelkie narzędzia do określenia pola kompromisu.

Ponad rok temu, podczas legislacyjnego ataku na Trybunał Konstytucyjny, na Twitterze Ośrodka Myśli Politycznej pojawił się fragment inscenizacji Dziadów z Teatru Telewizji, w którym Konrad śpiewa: „I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem, / Naprzód braci rodaków gryźć muszę, / Komu tylko zapuszczę kły w duszę,/ Ten jak ja musi zostać upiorem”. Nikt nie opisał trafniej emocji, które rozbudziły obecny konflikt. Niemal 200 lat kultywowania pamięci o narodowej krzywdzie i brak odwagi w redefiniowaniu kultury politycznej pcha Polskę ku tragikomicznej rekonstrukcji.

Sądzę, że wielu wyborców PiS podzieli moje zdanie, że mimo wygranych wyborów ta formacja nie dojrzała do rządzenia. Zgodnie z typologią Józefa Szujskiego pochłonęło ją liberum conspiro – destrukcyjna dla projektów niepodległościowych XIX-wieczna kultura organizacji konspiracyjnych.

Reanimacja partii na gruncie spisku smoleńskiego ożywiła politycznego trupa, którym stał się po 2007 r. Jarosław Kaczyński, i pozornie konsolidując partię, rozsiała zarazę tak dobrze opisaną przez Mickiewicza. Potwierdzają to także sondaże TNS Polska, które po objęciu władzy przez partię Kaczyńskiego w październiku 2016 r. odnotowały wzrost opinii (do 9 proc.), że PiS to partia opozycyjna (!).


Nowy numer Res Publiki Nowej „Jak być razem?”, o potrzebie odbudowy wspólnoty w Polsce i w Europie, jest już dostępny w naszej internetowej księgarni.


Można niemniej krytycznie osądzać faktyczne partie opozycyjne, ale po co kopać leżącego? Ciężar odpowiedzialności za państwo i ton kultury politycznej spoczywa na PiS, i to w równym stopniu na politykach tej partii, co na jej wyborcach. Ci ostatni niezmiennie udzielają partii poparcia, wzmacniając przekonanie, że Kaczyński nie ma z kim przegrać, więc może robić z Polską, co mu się podoba. Zwłaszcza że światowy skręt w prawo zdaje się mu sprzyjać.

Na pierwszy rzut oka świat w 2016 r. był bardziej podzielony niż kiedykolwiek. Dlatego z perspektywy Polski rodzima polaryzacja nie wydaje się czymś wyjątkowym. Ameryka wybrała Trumpa na prezydenta, Wielka Brytania rozwodzi się z Europą, a tymczasowi przywódcy państw Grupy Wyszehradzkiej w imieniu pokoleń zadecydowali o pożegnaniu idei solidarności europejskiej, na której ufundowany był nasz dotychczasowy sukces. Czy mogło być gorzej?

Mogło, i dlatego wiadomości o końcu liberalnego porządku są przesadzone. Rok 2016 był dla świata o wiele lepszy niż wiele poprzednich. Jak zauważył ostatnio Yuval Noah Harari, wszystkie wskaźniki postępu społecznego – od głodu, ubóstwa, a nawet konfliktów zbrojnych (nawet pomimo krwawej łaźni w Syrii), mogą jedynie napawać optymizmem, a rok 2017 będzie zapewne jeszcze lepszy. Choć polska polityka jakby legła w ruinie.

Demokracja liberalna nadal sprawdza się najlepiej ze wszystkich dotychczasowych formuł, mimo że wraz ze wzmożeniem nastrojów nacjonalistycznych możemy już na dobre powątpiewać w koniec historii. Jednak objawy politycznej paniki można najwyżej uznać za przejawy pychy.

Przed liberałami sporo pracy w dochodzeniu przyczyn dotychczasowych porażek i zapanowaniu nad dezinformacją rozprzestrzeniającą się niczym samosiejka. Ale – mimo pozornych sukcesów złej sławy – daleko do upadku, a tym bardziej zmiany charakteru demokratycznych instytucji szykowanej przez antyliberalnych krytyków. Jak trafnie zauważył ostatnio Marcin Zaborowski – nic nie hamuje marszu populistów bardziej, niż ich udział w procesie rządzenia. Skuteczne rządzenie bowiem wymaga kompromisu. Ta prawda przeżyje także upiora-Jarosława.

Wojciech Przybylskiprezes Fundacji Res Publica, redaktor naczelny Visegrad Insight

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa