Partycypacja lekiem na kryzys?
Po prostu posłuchajcie mieszkańców
Chęć zmiany powinna zaistnieć także na poziomie lokalnym, pośród regionalnych władz. Sopot, który pozwoli w ramach budżetu partycypacyjnego wydać mieszkańcom miasta jeden procent budżetu, jest tego świetnym przykładem. Czerpie z doświadczeń brazylijskiego Porto Alegre, gdzie z każdym rokiem rosła liczba osób zaangażowanych w działania budżetu partycypacyjnego. Trzeba pamiętać, że z jednej strony nigdy nie osiągniemy pełnego zaangażowania mieszkańców, a z drugiej, jeśli zobaczą, że przyznane im mechanizmy spełniają swoją rolę i są przez władze respektowane, to z pewnością zaangażowanie wzrośnie. Należy odrzucić popularne wśród wielu prezydentów miast, radnych, a także posłów myślenie, że mieszkańcy się nie znają, będą się kłócili, uchwalą coś, czego nie da się zrealizować, itp. To ewidentnie nas, czyli ich wyborców, obraża.
Nie chodzi o to, by mieszkańcy przejęli cały budżet i wszystkie decyzje, jednak takie sprawy, jak cięcia wydatków na szkołę, w której uczy się za mało dzieci, to sprawy, w zakresie których znacznie lepiej mogą wypowiedzieć się mieszkańcy osiedla, którzy swoje dzieci do tej szkoły posyłają.
Inną niezbędną formą są powszechnie dostępne konsultacje społeczne, z których wynikami władze będą się liczyć, w zakresie między innymi planów miejscowego zagospodarowania, kształtu jezdni, szerokości ścieżki rowerowej, a nawet miejsca ustawienia ławek.
Przyznanie realnych możliwości działań oraz pieniędzy radom osiedli to także sposób na zwiększenie partycypacji obywatelskiej. Pewien krok w tym kierunku wykonał Poznań – wciąż jest to jednak za mało, a rady osiedla pozostają uzależnione od interpretacji swoich statusów przez prezydenta miasta, który może je rozwiązywać niemal według własnego uznania. Pomimo przyznania im większych kompetencji i, co za tym idzie, prób ich upolitycznienia, działania te nie powiodły się – większym sukcesem mogli wykazać się społecznicy, aktywni, chcący działać „sąsiedzi” niż kandydaci związani z partiami politycznymi. Zwiększenie finansów, a także kompetencji i uniezależnienie od jednoosobowej władzy prezydenta czy burmistrza byłoby niewątpliwie dobrym sposobem na zaktywizowanie mieszkańców. Pieniądze te jednak należałoby w zdecydowanej mierze rozdysponowywać przy pomocy budżetu partycypacyjnego. Stworzenie mechanizmu, w ramach którego mieszkańcy podejmują decyzję na najniższym szczeblu, a ta zostaje przekazana wyżej, pozwala na realizowanie rzeczywistych potrzeb. Wbrew obawom rządzących mieszkańcy będą chcieli zarówno domu kultury i placu zabaw jak i nowej nawierzchni na drodze. Aktywność rad osiedli po reformie w Poznaniu znacznie wzrosła, choć działania, które są nie w smak władzy, nadal napotykają na urzędniczy mur.
Wprowadzenie referendów w sprawach kluczowych dla całego miasta, zmniejszenie liczby podpisów pod inicjatywą uchwałodawczą mieszkańców i wreszcie kadencyjność władz samorządowych to kolejne niezbędne sposoby zachęcenia mieszkańców do aktywności, a także zmuszenie obecnie rządzących do rzeczywistego liczenia się z nimi.
***
W poszukiwaniu rozwiązania sytuacji, gdy obecny system stał się niewydolny i właściwie odbiera obywatelom poczucie uczestnictwa w demokracji, mogą pomóc jedynie świadomość i potrzeba takich zmian ze strony obywateli. Partycypacja obywatelska wydaje się być jedynym rozwiązaniem, które da ludziom możliwość bezpośredniego współdecydowania, a wprowadzenie jej na poziomie samorządowym wydaje się prostsze i z pewnością przyniesie wymierne korzyści – co obserwujemy w powyższych przypadkach. Czy my, obywatele, otrzymamy takie mechanizmy po ostatnich wyborach?


