Państwo białych kart

Wybory, fundament i uzasadnienie demokracji przedstawicielskiej, nie ma znaczenia dla kilkunastu milionów ludzi w Polsce


„Zła pogoda  na wybory.” – zaczyna swoją powieść Miasto Białych Kart José Saramago. Portugalski noblista opisuje w niej wybory, których wynik brzmi: „Ważnych głosów było co najwyżej dwadzieścia pięć procent, rozdzielonych na partie prawicy, trzynaście procent, partię centrum, dziewięć procent, i partie lewicy, dwa i pół procent. Bardzo niewiele głosów nieważnych, bardzo niewiele osób nie przyszło na głosowanie. Wszystkie pozostałe, ponad siedemdziesiąt procent wszystkich głosów, to były białe kartki”.

Biała kartka dla pisarza staje się symbolem odmowy, aktu niemego nieposłuszeństwa wobec  procedur demokratycznych. Saramago wymienia głosy nieważne i nieuczestniczenie na wyborach jako strategie podobne do głosowania – tylko oddanie białej kartki uważa za gest odmowy. Jednak za wszystkimi tymi strategiami kryje się przeświadczenie o braku znaczenia wyborów, które dla odmawiających w nich udziału obywateli są spektaklem władzy, od którego się dystansują.

Wybory, a więc fundament i jedyne uzasadnienie demokracji przedstawicielskiej, nie ma znaczenia dla kilkunastu milionów ludzi w Polsce.

W geście odmowy podważone zostają reguły gry demokratycznej. Odmowa wyboru nie jest więc po prostu ucieczką, ale najgłębiej rewolucyjnym gestem politycznym, ponieważ odbiera jedyne pozaprawne uzasadnienie władzy politycznej prezydenta czy premiera.

Najbardziej niepokojącym aspektem gestu odmowy jest brak pozytywnej wizji alternatywnej wspólnoty, którą by ustanawiał. Ludzi, którzy nie decydują się na udział w wyborach nie łączy nic. W ich przypadku należy porzucić pomysły o alternatywnym kontrdemokratycznym projekcie, czy alternatywnej wobec państwa wspólnocie w stylu pomysłów XIX wiecznej lewicy.  Taki stan wpędza cały system w postępującą degradację, w której nie ma jednego wydarzenia zmieniającego system polityczny, ale raczej zbiór symptomów składających się na obraz gnicia.

Symptomem gnicia jest bez wątpienia stan partii politycznych, które nie mają zakorzenienia społecznego i nie wiadomo czyje interesy i kogo reprezentują. Działają na wzór koncernów medialnych, które ciągle badają rynki i w zależności od „popytu” dodają jedno hasło więcej lub mniej.

Ich przedstawiciele w kolejnych ujawnianych rozmowach pokazujących „zaplecze polityki”, które regularnie wypływają ze wszystkich stron debaty publicznej, dają przykłady myślenia w perspektywie interesu partii i swoim własnym, a nie całego społeczeństwa, czy chociażby własnych wyborców. Takie cyniczne myślenie o własnej roli przez polityków jest wypadkową zmian statusu samych partii politycznych, ale też przekonania „szarych obywateli”, że zmiany na szczytach władzy nie wnoszą nic do ich życia, oprócz dostarczania wątpliwej jakości rozrywki w czasie politycznych debat.

Ludzie nie wierzą we władzę, a władza w ludzi. Dzieje się tak przynajmniej od zabetonowania sceny politycznej w 1997 roku, kiedy okres wielkich reform się skończył, a scena polityczna podzieliła na dwa środowiska, które akceptowały kierunek zmian gospodarczych w tym samym stopniu, a dyskusje przenosiły na inne pola.

Model neoliberalnej gospodarki, w której liczy się zysk i skuteczność, został przyjęty przez partie polityczne, które nie miały innych wzorów w propaństwowej czy długotrwałej społecznej działalności. Jedynym wzorem działalności społecznej akceptowalnym dla wszystkich było przedsiębiorstwo, które stało się paradygmatem nowej polityki. Polityka zaczęła z jednej strony się profesjonalizować, ale kosztem oddalenia od spraw codziennych i marginalizowania roli aktywnej roli państwa w rozwiązywaniu wielu problemów społecznych.

Państwo, które nie jest opiekuńcze, zaczyna być abstrakcyjne. Tak samo jak jego władza, która działa wedle swoich interesów i koncentruje się wokół problemów, które stają się jasne tylko dla niej. Wybory traktuje jak rytuał, w którym trzeba powtórzyć kilka zaklęć o przedsiębiorczości, Smoleńsku, czy systemie głosowania. Wszelkie odstępstwa od rytuału, czyli problemy polityczne, które mogłyby realnie zmienić życie wielu obywateli jak chociażby dyskusja nad formami zatrudnienia, schodzi na drugi plan. Politycy oczekują, że obywatele wezmą udział w rytuale jak zawsze i przemilczają fakt, że w tych wyborach była najniższa frekwencja, z jaką mieliśmy do czynienia w wyborach prezydenckich.

To nie zaskakuje – od kilku dni słuchałem rozmów tylko o tym, czy nie iść na wybory, czy iść i oddać nieważny głos. Sam zdecydowałem się na to drugie wyjście, bliższe strategii pustych kart, bo wierzę, że im więcej obywateli wykona taki gest, będzie to silniejszy znak dla władzy, że można jeszcze coś zmienić, niż rezygnowanie z udziału w wyborach, które jako znak sprzeciwu stało się przeźroczyste. Podobną strategie wybrało jedynie około 125 000 głosujących, czyli niecały 1% biorących udział w wyborach, niby niewiele,  ale mniej więcej taka jest kluczowa różnica między dwoma pierwszymi nazwiskami. 

Foto: Coventry City Council 2012 / Flickr

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa