Optyczna większość

Tak jak pokolenie Michnika scementowało pałowanie przez milicję, naszym doświadczeniem historycznym jest życie w Polsce doraźnej, bylejakiej i niesprawiedliwej. Na nim powstała partia Razem


W ubiegły weekend powstała pierwsza polska partia prekariuszy, choć słowa prekariat jeszcze niedawno nie było w języku polskim. Jedna trzecia pracujących w Polsce jest zatrudniona na umowach czasowych. Zamierza to zmienić partia Razem

Na kongresie założycielskim, zanim głos zabrała pierwsza osoba, rozległy się gromkie brawa – bo na szacunek zasługuje już fakt, iż w ciągu niespełna 2 miesięcy powstała organizacja licząca ponad 600 członków, która ma spójny program i zaczyna myśleć o logistyce jesiennych wyborów. Okazało się, że najprostsze rozwiązana są najlepsze – otworzyć się na tych, którzy wcześniej nie byli zaangażowani politycznie (co nie oznacza, że polityki nie śledzili). Jeden z poznańskich delegatów powiedział mi, że zawsze tak długo zastanawiał się czy się w coś włączyć, że jak się ostatecznie zdecydował, to było już za późno. Tym razem poszedł za głosem serca. Wygląda na to, że to nie tylko on – tylko w ciągu tygodnia po pierwszej turze wyborów prezydenckich do Razem spłynęło ponad 400 nowych zgłoszeń (stan na niedzielny wieczór to 1622 chętnych do działania). Podczas samego pierwszego dnia obrad zgłosiło się 38 nowych osób. Impet i energia są naprawdę imponujące.

Jak szybko można było zobaczyć śledząc dyskusję programową, osoby które w tej chwili tworzą Razem nie są przypadkową zbieraniną niezadowolonych outsiderów, ale grupą o bardzo wyrobionych poglądach. Wszystko zaczęło się od apelu o wspólny start lewicy społecznej w jesiennych wyborach, który podpisało w styczniu br. dwa tysiące osób. Potem były spotkania w większych miastach, dyskusje na forach, pierwsze prace nad programem i statutem, które zaowocowały kongresem. Oprócz dwóch otwartych paneli (o prekariacie z udziałem Marii Świetlik, Wojciecha Orlińskiego i Rafała Wosia oraz o wyborach z udziałem Anny Grodzkiej i Piotra Ikonowicza) delegatom Razem udało się przedyskutować i uchwalić ponad setkę poprawek do statutu, 140 poprawek do programu, przyjąć dwie uchwały, wybrać 9-osobowy zarząd, 21-osobową Radę Krajową, Komisję Rewizyjną, zjeść dwa obiady i pójść jeszcze na piwo (dla większości jedno, bo niedzielne obrady zaczynały się z rana).

Brałem już kiedyś udział w podobnym wydarzeniu – pierwszym Kongresie Ruchów Miejskich który odbył się równo cztery lata temu. Podobna była energia i przekonanie, że skoro setka (tutaj – dwie) osób, za własne pieniądze i w swoim czasie wolnym spotyka się aby rozmawiać jak zmienić świat na lepsze, to musi być w tym coś doniosłego. Ale o wiele ciekawsze są różnice – o ile podczas Kongresu Ruchów Miejskich przez dwa dni burzliwe dyskutowano o brzemieniu 9 (słownie: dziewięciu) zdań, tak w przypadku Razem pierwsze większe spotkanie, na którym delegaci po raz pierwszy znaleźli się w jednej sali i w większości przypadków po raz pierwszy widzieli siebie na oczy, wyglądało to tak, jakby znali się jak łyse konie.

Myślę, że różnica polega na tym, że ruchów miejskich nie łączyło żadne doświadczenie pokoleniowe . Tak jak pokolenie Adama Michnika scementowało pałowanie przez milicję w roku 1968 a Solidarność wyrosła z pamięci po pacyfikacji robotniczych protestów w grudniu 1970. Wspólnym doświadczeniem historycznym (bardziej niż pokoleniowym, bo choć w Razem dominują ludzie między 20 a 40 rokiem życia, to nie wiek nie jest tutaj kryterium) jest dla nich życie w Polsce doraźnej, bylejakiej i niesprawiedliwej. W przeciwieństwie do pierwszego Kongresu Ruchów Miejskich nie było tutaj poszukiwań wspólnego języka. On już jest. Dyskusje dotyczyły głównie tego jak w sposób klarowny i obrazowy sformułować swój program, tak aby był on zrozumiały i przekonywujący dla innych.

 

Jednym z podobieństw do ożywienia obywatelskiego pod nazwą ruchy miejskie jest niechęć do traktowania polityki jako walki na symbole. Głównym osiągnięciem ruchów miejskich jest przywrócenie do polskiej polityki języka „narracji konkretnej”. Dzięki temu ludzie dostrzegli, że oprócz bycia matkami, ojcami, Polakami czy katolikami, są też mieszkańcami i że dobro wspólne to nie jakaś abstrakcyjna idea a życie publiczne to nie „święto demokracji” raz na cztery lata, ale coś bardzo konkretnego – park, szkoła czy pusty plac za oknem. Członkowie Razem bardzo jednoznacznie odcinają się jałowych i niestety częstych sporów na lewicy o to kto jest bardziej lewicowy, kto ma na koncie większe zasługi i kto może rościć sobie prawa do wyższości moralnej czy intelektualnej. Codzienność pracy na umowach śmieciowych, arogancja władzy i pracodawców, czy niezgoda na serwowaną przez media propagandę ekonomiczną (bo jak inaczej nazwać notoryczne opisywanie przez profesorów statystki z GUS średniej krajowej jako przeciętnego wynagrodzenia?) okazały się niezwykle silnym budulcem wspólnej tożsamości. I jednocześnie doświadczeniem, które może stanowić punkt wyjścia do sformułowania programu politycznego.

Kolejna różnica z ruchami miejskimi to brak wiary w struktury nieformalne. Gdy powiedziałem jednemu z inicjatorów Razem, że cieszę się, iż nie zastanawiają się w ogóle czy budować „twardą” instytucję, odparł natychmiast: no przecież lata 90. dawno już minęły. Faktycznie, przez długi czas dominowała teza sformułowana kiedyś przez Johna Hollowaya, że można zmienić świat bez przejmowania władzy. Tak myślało wielu alterglobalistów, taka była retoryka obywatelskiego zaangażowania dominująca w sektorze NGOów, taką decyzję podjęła kiedyś Krytyka Polityczna, tak myśli wielu aktywistów miejskich i to jest chyba jedyna rzecz, która łączy anarchistów z (różnej maści) ekspertami podsuwającymi władzy tzw. dobre praktyki. Dla wielu wprowadzanie nowych treści do debaty publicznej jest wartością samą w sobie. No ale co z tego, że ruchy miejskie zmieniły język dyskusji, skoro niewiele z tych spraw zostało wdrożonych (prócz np. fasadowych budżetów obywatelskich). Ustawa krajobrazowa, która jest w zasadzie jedynym wymiernym efektem lobbingu ruchów miejskich na szczeblu krajowym, to wyłącznie czubek góry lodowej miejskich spraw do załatwienia.

Dlatego niezwykle satysfakcjonujące było obserwowanie tego, jak żywioł politykowania (czyli angażowania się „zwykłych” osób w sprawy publiczne – Charles Tilly nazywał to contention) bardzo szybko przetapia się w konkretne struktury. Pierwszą decyzją Kongresu było powołanie komisji skrutacyjnej. Po tym, gdy to nastąpiło, zapanował chwilowy chaos i już zacząłem się martwić, że nastąpią długie dyskusje o tym jakim sposobem wybierzemy sposoby głosowania. Ale gdy wróciłem na salę po godzinie z okładem i prace nad kolejnymi poprawkami do statutu były już zaawansowane, widać było, że maszynka oddolnej demokracji świetnie działała. Pojawiające się w praniu dylematy (np. czy dyskutować nad poprawką zgłoszona przez osobę która nie jest obecna na Kongresie i której nie ma kto przedstawić) były szybko i skutecznie rozwiązywane.

Zaczęły wyłaniać się też zręby kultury organizacyjnej Razem. Na ekranie był wyświetlony zegar który dyscyplinował prezentujących konkretne poprawki albo przedstawiających argumenty za i przeciw do wypowiedzi nie dłuższych niż minutę. Mówcy „za” ustawiali się w jednym rzędzie, a ci co byli „przeciw” stali z drugiej strony. Gdy ktoś zgadzał się z tym, co mówiła osoba przy mikrofonie, to zamiast klaskać wykonywał gest (wymyślony podczas protestów Occupy) podobny do wkręcania żarówki – dzięki temu bez zbędnego hałasu można było szybko zorientować się, które z postulatów mają większą a które mniejszą akceptację.

Większość z dosłownie setek głosowań które odbyły się na Kongresie została rozstrzygnięta za pomocą odnotowania „optycznej większości” (przysłowiowego lasu rąk) – inaczej komisja skrutacyjna umarłaby pod ciężarem liczenia głosów, a kongres trwałyby w nieskończoność.  Może to dla niektórych banalne, ale  widziałem już wiele spotkań, na których dominowało ględzenie, wymądrzanie się dzielenie włosa na czworo. Balans między żywiołem a dyscypliną był tu idealny.

Jest wiele innych rzeczy, które podoba mi się w Razem. To, że nie ma gwiazdorstwa i nie ma salonu. Ci, którzy Razem zainicjowali, podczas Kongresu byli w ostatnich rzędach. Co prawda zostali wybrani do Zarządu, ale zarząd jest techniczny. Razem nie ma przewodniczących, a najważniejsze decyzje między kongresami podejmuje ciało składające się z 30 osób – mówiono o nim jak o takim mini-parlamencie partii. Ale najważniejsze jest to, że Razem pokazuje, że lewica wreszcie wróciła na ziemię. I zaczyna mówić nowym językiem – nie dlatego, że nowe jest lepsze, ale dlatego, że świat się na tyle mocno zmienił, że tego nowego języka potrzebuje, aby opisać potoczne doświadczenie większości osób i dać ludziom nadzieję, iż polityka ma sens. I że sfera publiczna to nie jakaś wirtualna rzeczywistość w której pan z panem kłóci się o to kto komu nie przerywał, ale coś, co otacza nas na co dzień. I co da się zmienić.

Gdy poszedłem niedawno na zorganizowaną przez Fundację Kaleckiego dyskusję wokół książki Thomasa Pikettego, to uderzyło mnie to, że punktem wyjścia do debaty (oprócz tego bardzo ciekawej i niewątpliwie potrzebnej) były głównie badania opinii publicznej. Skoro ileś tam procent Polaków uważa, że to czy tamto, to co my na to. Niestety życie publiczne oparte o sondaże jest największym konserwatorem rzeczywistości – i głównym orężem tego, co Tariq Ali nazywa „radykalnym centrum”. Mówi się o tym, że istnieje radykalna prawica (choć ostatnie wybory prezydenckie pokazały, że w Polsce nie może liczyć na więcej niż 1 procent poparcia), straszakiem często bywa „radykalna lewica”. Tymczasem światem rządzi radykalne centrum – które w imię „zdrowego rozsądku”, umiarkowania, czy zgody narodowej doprowadziło do erozji demokracji, paraliżu społeczeństwa i lawiny ludzkich tragedii (np. tego, że w świecie w którym da się wyżywić 120% populacji naszej planety, ponad jedna-szósta ludzkości stale głoduje). Ostatnio w Polsce radykalne centrum postanowiło z dnia na dzień zmienić konstytucję i doprowadzić do ukrainizacji naszego życia publicznego (wprowadzając JOW-y i likwidując dotację z budżetu dla partii), mimo, że przez ostatnie 5 lat nie potrafiło doprowadzić do uchwalenia tak nieszkodliwych i umiarkowanych ustaw jak np. krajowa polityka miejska.

Jednym z podstawowych dylematów, który powracał w dyskusjach na kongresie Razem, było to jak sformułować program tak, aby z jednej strony nie przestraszyć radykalnością propozycji potencjalnych wyborów (35-godzinny tydzień pracy? Kto w tej chwili jest w stanie wyobrazić sobie, że nas na to stać?) ale z drugiej przekonać ich do racjonalności rozwiązań, które słyszą po raz pierwszy, lub które nie pasują do tego, do czego przyzwyczaiło ich radykalne centrum. Zwyciężyło ostatecznie przeświadczenie, że wyborcy to wcale nie „ciemny lud” który wszystko kupi, ale ludzie do których przemawiają racjonalne argumenty. Casus Krakowa, gdzie w ciągu niespełna pół roku dzięki fenomenalnej kampanii społecznej, 80% zwolenników organizacji zimowej olimpiady zamieniło się w 80% przeciwników, pokazuje, że jest to absolutnie możliwe. Wystarczy tylko odnieść się do tej codzienności, której nie ma ani w serialach ani której nie znają współcześni politycy („niektórzy pytają, czy będziemy iść do wyborów z Ryszardem Kaliszem – ale co nas może łączyć z człowiekiem, który twierdzi, że kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie to śmieszne pieniądze?” – pytał retorycznie jeden z mówców). Dlatego nie ma nic dziwnego w tym, że Razem uważa się za partię większości. Nie radykalnego centrum – ale właśnie tej optycznej większości, którą każdy z nas na co dzień widzi w autobusie, w kolejce do lekarza, czy podczas zakupów w Biedronce. I która w końcu dojrzała samą siebie.

Razem oczywiście czeka nie lada wyzwanie. 5 lat temu tylko certyfikowani eksperci (oraz władze) mieli prawo wypowiadania się o kwestiach miejskich. Dziś monopol ten został złamany – mieszkańcy zaczęli (niekiedy) funkcjonować jako społeczni eksperci (to też nowe pojęcie). Myślę, że przed takim samym momentem stoimy teraz jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne. To się już powoli dzieje, ale pewnie złamanie hegemoni radykalnego centrum będzie w tej sprawie trudniejsze. Przecież architekci i urbaniści nie byli nigdy stałymi gośćmi we wszystkich niemalże mediach. Koledzy Wiktora Legowicza, którzy co dzień rano na antenie radiowej Trójki karmią nas swym „zdroworozsądkowym” populizmem, będą wciąż chcieli do mediów przychodzić. A Wiktor Legowicz będzie chciał zapraszać swoich kolegów. Ale to będzie musiało się zmienić. Kruszenie tego betonu dokonuje się w tej chwili globalnie – Yanis Varoufakis (minister finansów Grecji) na przykład potrafi milionom widzów Sky News przeciwstawić mądrość ludową radykalnego centrum („niespłacanie długów jest niemoralne”) odwołaniem się do lewicowego zdrowego rozsądku (czy osobie która zalega z czynszem dalibyście kartę kredytową aby spłaciła zaległości)?

Choć nie jesteśmy zupełnie na samym początku tej drogi. Myślę, że można postrzegać Razem jako późne dziecko rewolucji intelektualnej ostatniej dekady. Przecież o ile najbardziej prężnie ośrodki intelektualne lat 80. i 90. były liberalno-konserwatywne, tak w tej chwili prawica jest, jak ujął to kiedyś Neil Smith, „martwa ale dominująca”. Martwa, bo nie generuje już nowych idei, ale dominuje wciąż politycznie. Razem nie byłoby bez „Lewą Nogą”, „Przeglądu Anarchistycznego”, „Obywatela”, Krytyki Politycznej,  „Ha!Artu”, „Recyklingu Idei”, polskiej edycji „Diplo”, Res Publiki, „Przekroju” prowadzonego przez zespół Romana Kurkiewicza, „Bez Dogmatu”, „Nowych Peryferii”, „Praktyki Teoretycznej”, „Notesu na 6 Tygodni” czy „Zielonych Wiadomości” (przepraszam jeśli kogoś pominąłem). To dzięki nim lewica jest w tej chwili żywa. Dzięki Razem może zacznie być dominująca.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa