O ukrytej prawdzie i rozkoszy Polaków

„Dobra zmiana” jest wyrazem realnej, uparcie wypieranej, ale dominującej u Polaków energii popędowej, więc z obecną sytuacją będziemy się mierzyć wiele lat


W paranoidalnej i zarazem perwersyjnej codzienności polskiego życia społeczno-politycznego ostatnich lat ujawnia się coś bardzo realnego i prawdziwego, czyli pewna kształtująca nas energia popędowa. Tak zwana „dobra zmiana” nie jest więc wynikiem chwilowego uwiedzenia mas społecznych przy pomocy Bóg wie jakich zabiegów marketingu politycznego, który miałby w sposób zupełnie dowolny kreować opinie i zachowania ludzi. Pokutuje w takim myśleniu stary grzech tak neoliberalnych, jak i neokonserwatywnych elit. Polega on na przekonaniu, że możliwości manipulacji vel inżynierii społecznej są w zasadzie nieograniczone. To właśnie owo cyniczne i zarazem naiwne przekonanie doprowadziło liberalną demokrację do kryzysu, który obserwujemy dziś nie tylko w Polsce.

Rządy energii popędowych

Tymczasem, choć marketing, manipulacja i inżynieria są w stanie zdziałać wiele, to głównie jako sposób zagospodarowywania energii popędowej, a tylko w niewielkim stopniu jej kreowania. Skuteczność „dobrej zmiany” polega więc na tym, że odwołuje się do pokładów popędowych, których dotychczasowa narracja polityczna nie chciała uznać bądź uznawała za energię o charakterze szczątkowym. Dlatego też spektakl polityczny, na który wielu z nas patrzy ze zgrozą i niedowierzaniem, należy rozpatrywać na poziomie libidinalnej bazy, a nie tylko zmodyfikowanej narracyjnej „nadbudowy”.

„Dobra zmiana”, rozpatrywana jako popędowa realność, jest czymś znaczącym, (re)aktywuje bowiem ignorowane do niedawna energetyczne zasoby społeczne. W tej nowej sytuacji obrońcy liberalnej demokracji powinni zadać sobie pytanie, czy jako społeczeństwo mamy coś w zanadrzu, co można by tej energii przeciwstawić? Mam co do tego, niestety, coraz poważniejsze wątpliwości. Tu i ówdzie zapala się płomień sprzeciwu, który jest przez szamanów liberalnego protestu zaklinany z nadzieją, że wznieci oczyszczający i uzdrawiający pożar. Nic takiego się jednak nie dzieje i społeczeństwo przechodzi szybko do porządku dziennego nad coraz to nowymi ekscesami, które powinny być gwoździem do trumny naszej quasi-rewolucyjnej władzy. Czy w ferworze politycznej walki jesteśmy w stanie zastanowić się, dlaczego tak jest i co tak naprawdę włada dziś psychiką większości z nas?

Skoro „dobra zmiana” jest wyrazem realnej, uparcie wypieranej, ale dominującej u Polaków energii popędowej, to trzeba liczyć się z tym, że jeszcze długo, bardzo długo nic się nie zmieni i z sytuacją, z jaką mamy obecnie do czynienia, mierzyć się będziemy wiele lat. A jeśli tak, to być może najwyższy czas, aby wbrew własnym nadziejom, złudzeniom i ideałom, ale za to w imię realności, uznać, że to, na co patrzymy, stanowi najprawdziwsze polskie przebudzenie społeczne. Jedyne, na jakie może się zdobyć społeczeństwo, które przez ponad dwieście lat doświadczało sromotnych klęsk i katastrof, co doprowadziło do trwałej perwertyzacji i paranoizacji jego życia psychicznego. Jak się możemy naocznie przekonać, pokłady te wcale nie wygasły pod wpływem europeizacji i modernizacji, lecz pod ich naporem zaczęły się niebezpiecznie kumulować. Dzisiaj właśnie dochodzi do ich erupcji.

Polska wstaje z kolan

A więc Panie i Panowie naprawdę „wstajemy z kolan”, stając się wreszcie jako społeczeństwo sobą. I musi to wyglądać właśnie tak, jak wygląda. Co więcej, ponieważ jest to odzwierciedlenie naszych polskich sił popędowych, wszystkim nam to dogadza. Również wtedy, kiedy rodzi w nas gwałtowne oburzenie i sprzeciw. Ich gwałtowność bowiem jest świadectwem skrycie (nieświadomie) przeżywanej rozkoszy i satysfakcji.

Przemysław Czapliński od dawna wieszczy, że wyczerpuje się energia wstydu, która wymuszała w nas mało kreatywne naśladowanie Zachodu, polegające m.in. na wdrażaniu w Polsce nowoczesnego modelu racjonalności. Być może jednak Czapliński nie ma racji i „dobra zmiana” nie jest wcale obnażeniem błędnych założeń modernizacji polityczno-gospodarczej, którą Polska przeszła po ’89 roku. Przeciwnie, nie można wykluczyć, że w formie „dobrej zmiany” modernizacja ta właśnie zaczęła wydawać założone owoce, wśród których poczesne miejsce zajmowało przebudzenie społeczne. Tyle że nikt nie przewidział, że owo przebudzenie musi mieć w Polsce taki właśnie, a nie inny kształt. Tak czy inaczej, Polska „wstająca z kolan” ujawnia to, co naprawdę w nas jest i stanowi naszą popędową realność. I właśnie dlatego nie sądzę, aby możliwy był od tego odwrót przy pomocy jakichkolwiek strategii polityczno-marketingowych.

Fryderyk Nietzsche, rozmyślając o swej dwuznacznej, młodzieńczej fascynacji polskością, notował: „Polityczna niesforność i słabość Polaków, ich wybryki poświadczały dla mnie raczej ich talenty, niż im przeczyły”. Nietzsche miał to do siebie, że widział wyraźnie ukryte przed innymi, bo uparcie wypierane, meandry i aporie życia. Bez wątpienia mamy dziś znów do czynienia z polskim niewydarzeniem, które jednak, idąc tropem Nietzschego, trzeba by paradoksalnie uznać za to, co w nas „najlepsze”. Dochodzi w tym bowiem do głosu energetyczny potencjał, który, być może, w sposób nieuchronny przywiedzie nas do kolejnej dziejowej katastrofy, ale jest naszą najbardziej własną (kto wie, czy nie jedyną) realnością i prawdą.


Artykuł pochodzi z najnowszego numeru Res Publiki „Prawda” do nabycia w naszej księgarni.

Piotr Augustyniak – filozof i eseista, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Publikował m.in. na łamach „Przeglądu Politycznego”, „Znaku”, „Kronosa”, „Liberté” i „Gazety Wyborczej”. Autor kilku książek, m.in. Homo polacus. Eseje o polskiej duszy (2015) i  Aporetyczna nieśmiertelność (2016). W Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie prowadzi performatywne spotkania teatralno-filozoficzne „Sztuka myślenia”

 

 

 

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa