O Tomaszu Mercie

Tomek Merta: sprawiedliwy wśród konserwatystów świata Scott Fitzgerald pisze w Wielkim Gatsbym, że każdy człowiek podejrzewa się o jakąś kardynalną cnotę. Nie wiem, o jaką podejrzewał się Tomek; ja w każdym razie, od kiedy Go […]



Tomek Merta: sprawiedliwy wśród konserwatystów świata

Scott Fitzgerald pisze w Wielkim Gatsbym, że każdy człowiek podejrzewa się o jakąś kardynalną cnotę. Nie wiem, o jaką podejrzewał się Tomek; ja w każdym razie, od kiedy Go poznałem 13 lat temu, przypisywałem mu intelektualną uczciwość i zdania tego nigdy nie zmieniłem. Może dlatego, że pisał On nie tylko teksty publicystyczne, ale i podręczniki szkolne? Spotkało mnie to – dziś mogę powiedzieć – wyróżnienie, że poprosił i mnie, bym był ich współautorem, a tym samym wciągnął w środowisko edukacji obywatelskiej. Mieszkaliśmy zawsze niedaleko siebie, więc nierzadko korzystałem z jego przebogatej biblioteki, bez trudu zresztą mógłbym wymienić jeszcze kilka innych, ważnych i mniej ważnych rzeczy, które Mu zawdzięczam; ostatnią jest odkrycie smaku litewskiego krupnioku. Ale Jego obraz, który mi pozostanie w pamięci, pochodzi sprzed kilkunastu lat: siedzi na sofie i czyta bajkę swojej średniej córce, kilkuletniej wówczas Joasi, która wspina się uparcie na oparcie tegoż mebla. No cóż, przyszedłem 5 minut przed umówionym terminem, muszę poczekać, teraz jest czas dla dziecka… Andrzej Waśkiewicz

Fascynujący rozmówca, ciepły i towarzyski człowiek

Sobotni poranek. Usłyszana w radiowej Trójce informacja o katastrofie prezydenckiego samolotu dociera do mnie bardzo powoli. Ugięcie się nóg, pustka w głowie, szok. Pierwsza składna myśl: dwa dni wcześniej rozmawiałem z bliską znajomą, która mówiła mi o swojej podróży do Katynia. Nie wspomniała tylko, czy pojedzie pociągiem, czy poleci samolotem. Wysyłam do niej SMS-a: „Napisz mi, że nie byłaś w tym samolocie”. Za chwilę odpowiedź: „Nie byłam. Tomek był”.

Tomka Mertę poznałem w 2000 roku, kiedy pracowałem w gabinecie ministra kultury Kazimierza Ujazdowskiego. Wcześniej oczywiście czytałem jego teksty w „Życiu z kropką”, „Res Publice”, „Kwartalniku Konserwatywnym”. Z początku postrzegałem go głównie przez pryzmat idei – konserwatywnego, wspólnotowego republikanizmu. Osadzonego w uniwersalnym kontekście, ale jednocześnie bardzo polskiego. Wkrótce okazało się, że za ideami kryje się niesłychanie otwarty i sympatyczny człowiek. Dystans wynikający z kilkunastoletniej różnicy wieku zniknął bardzo szybko. Chyba najszybciej spośród wszystkich ówczesnych współpracowników ministra. Pojawia się wiele wspólnych tematów, większość wykraczających poza służbowe relacje. Historia myśli politycznej – czy, jak wolał mówić Tomek: historia idei – była tym, co interesowało mnie w polityce najbardziej. A Tomek był w tym zakresie istną kopalnią wiedzy. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobił na mnie widok jego domowej biblioteki, w której książki poświęcone filozofii i myśli politycznej stanowiły poważną, ale jednak tylko część ogromnych zbiorów. W dodatku podczas rozmów natychmiast stawało się jasne, że cała ta masa książek została przez niego nie tylko przeczytana, ale wręcz zapamiętana. Wybitna pamięć (opowiadał mi kiedyś, że jako uczeń podstawówki i liceum brał udział w turniejach szachowych), błyskawiczne kojarzenie faktów i precyzja wypowiedzi – to czyniło Tomka jednym z najinteligentniejszych i obdarzonych największą erudycją ludzi, jakich miałem szczęście spotkać. Potrafił z pasją i ogromną wiedzą opowiadać nie tylko o ideach politycznych, lecz także o literaturze, muzyce klasycznej (bezbłędnie przywołując z pamięci autorów najlepszych wykonań, a nawet wytwórnie płytowe, w jakich się ukazały) czy winach. Wszystko to łączył ze znakomitą umiejętnością rozmowy – nie rozkoszował się własną erudycją, wolał dialog i wymianę myśli. Tak też podchodził do studentów – przez pewien czas uczestniczyłem w prowadzonym przez niego z Dariuszem Gawinem seminarium o historii PRL-u postrzeganej przez pryzmat literatury i dzienników z tamtego okresu.

W 2005 roku Tomasz został podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pełniąc jednocześnie funkcję generalnego konserwatora zabytków. Lata 2005 – 2007 to okres naszej niemal codziennej współpracy. Mieliśmy dużo mniej czasu na swobodniejsze rozmowy, choć i takie okazje się przytrafiały, zwykle podczas podróży – choćby do Japonii – kilka godzin lotu plus kolejnych kilka oczekiwania na przesiadkę. Interesujące było, jak świetnie Tomek odnalazł się w roli urzędnika państwowego. Bycie wiceministrem nie polega bowiem tylko na wygłaszaniu mów i wznoszeniu toastów, ale wiąże się z masą pracy prawnej i administracyjnej. Rozpoczynając urzędowanie zetknął się w dużym stopniu z nową materią, a już po paru miesiącach potrafił z typową dla siebie pasją opowiadać o zawiłościach prawa archeologicznego czy archiwalnego. Istotnym celem, któremu poświęcił wiele wysiłku, a którego niestety nie zdołał zrealizować (najpierw skrócona kadencja, potem przełamywany z trudnościami opór ze strony nowej ekipy, a w końcu smoleńska tragedia), była duża reforma służb konserwatorskich. Na szczęście więcej rzeczy się udało – nowy system dotacji na renowacje zabytków (setki milionów złotych na odnowienie kościołów, klasztorów, pałaców, choćby wyciągnięty z zapaści finansowo-organizacyjnej remont Arkad Kubickiego) czy zainicjowanie budowy Muzeum Historii Polski (już chyba żadna siła nie uniemożliwi jego powstania, a mieliśmy po drodze kilka poważnych kryzysów).

Kompetentny i oddany swojej pracy minister, fascynujący rozmówca, wystrzegający się przy tym pozy „mistrza”, a zarazem ciepły i towarzyski człowiek. Miał bardzo wielu znajomych i przyjaciół. Spotkania towarzyskie w jego domu gromadziły dziesiątki ludzi. Bardzo wielu z nich było z Tomkiem o wiele bliżej niż ja. Mimo to przez 10 lat znajomości kilka razy przekonałem się, że można na niego liczyć bez względu na doraźne koniunktury. Również w ostatnich miesiącach. Podczas kilku ostatnich spotkań rozmawialiśmy o paru projektach, które miałem zamiar realizować. Niektóre ze spraw odłożyliśmy, aby wrócić do nich po uroczystościach katyńskich, w przygotowanie których również był bardzo zaangażowany. Wciąż trudno jest mi w to uwierzyć, ale już do nich nie wrócimy…Jakub Czułba

Człowiek, którego zawsze będę pamiętać

Wśród tylu ważnych ludzi sobotnia katastrofa lotnicza pochłonęła człowieka wybitnego – Tomasza Mertę – męża i ojca, dla jednych przyjaciela, dla innych nauczyciela akademickiego, człowieka oddanego państwu. Tragedia ta zabrała mi przede wszystkim towarzysza i przewodnika intelektualnych przygód – najpierw na uniwersyteckim kursie o polskiej myśli politycznej, później na prywatnym seminarium o Platonie, następnie o ideach politycznych I Rzeczpospolitej. W końcu osobę, do której zawsze mogłem zwrócić się z prośbą o radę.

Spośród symbolicznych chwil naszej znajomości najbardziej zapamiętałem mroźny studencki poranek, godzinę ósmą rano, kiedy razem z Piotrkiem Kieżunem staliśmy pod drzwiami kawiarni „Nowy Świat” czekając na to, aż razem usiądziemy i przy kawie porozmawiamy o filozofii. Było nas wtedy tylko dwóch, a jemu i tak chciało się rzetelnie przygotowywać do wspólnej lektury i z nami rozmawiać. Gdy teraz uzmysłowię sobie, ile czasu poświęcał spotkaniom i pracy ze studentami, czuję się w jakimś sensie wyróżniony.

Wspomnienie o nim powinno zachować się w relacjach nie tylko o tym, jakim był człowiekiem, ale przede wszystkim o tym, co miał do powiedzenia. Nie poszedł ścieżką akademicką, choć dzięki swej wiedzy i umiejętności klarownego formułowania argumentów z powodzeniem mógł zostać profesorem. Jednak pisał wiele i intelektualny dorobek jego życia dopiero czeka na zebranie i opracowanie.

Dzisiaj, w poniedziałek, mieliśmy się spotkać, by omówić serię międzynarodowych debat o praktykach republikanizmu, które były pokłosiem domowego seminarium. W sobotę zadzwonił telefon z sekretariatu potwierdzający jego obecność na pokładzie. Tomek od początku znajomości zawsze powtarzał: „taki młody, a taki zapracowany”. Sam pracował niemal bezustannie na rzecz państwa i takiego go będę pamiętał. Wojciech Przybylski

On znowu to zrobił!

Pracowałem w ministerstwie dopiero od niedawna. To było moje pierwsze spotkanie z ministrem w cztery oczy. Dotyczyło przygotowywanego projektu badawczego na temat polityki historycznej. W grafiku znaleziono dla mnie miejsce dopiero po 17:30.

Sekretarka była wyraźnie zmieszana, prosiła, bym zaczekał. Czas mijał. Nerwowo zerkała na zegarek. Po upływie pół godziny zwróciła się do mnie nieomal szeptem: „On znowu to zrobił! Powiedział, że idzie na obiad, ale… rzadko, bo rzadko, czasem wcale nie idzie na obiad, tylko… do księgarni. Potem jest problem. Nie jest w stanie donieść do ministerstwa wszystkich książek, które kupił”.

Tego dnia z ministrem zobaczyłem się dopiero o dwudziestej. Rozmawialiśmy długo. W kącie gabinetu czekało kilka reklamówek zakupionych książek.

Ciężko wybrać spośród wspomnień najważniejszy obraz Tomasza Merty – człowieka przy pierwszym spotkaniu wręcz onieśmielającego, za którym trudno nadążyć. Niezwykle wymagający, wyjątkowo zapracowany, zatrważająco konkretny, bezwzględny perfekcjonista. Intelektualista – przewodnik po ścieżkach myśli politycznej, nieprzeciętny erudyta. Dla mnie osobiście – postać o nietuzinkowym poczuciu humoru, ale – co najważniejsze – człowiek, na którym można było zawsze polegać. Michał Wysocki

List do Tomka Merty Marka A. Cichockiego

Śmierć to jedyna rzecz, której nie udało nam się całkowicie zwulgaryzować Sławomira Sierakowskiego

Ostatni artykuł Tomasza Merty: „Listopad”, czyli polski spór o modernizację

Marcin Król o Tomaszu Mercie#

Marek Cichocki, Robert Kostro, Maciej Piwowarczuk (realizacja), Kazimierz Michał Ujazdowski, Bogdan Zdrojewski

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa