Nowe wojny, stare schematy

Jarno Limnéll ostrzega Europę przed lekceważeniem cyberprzestrzeni, nowego frontu zmagań militarnych. Jego rady dotyczące wzmocnienia sojuszu z USA ujawniają jednak przywiązanie do archaicznego rozumienia stosunków międzynarodowych. Zapomnijmy o monopolu czołgów, samolotów i karabinów maszynowych. Jarno […]


Jarno Limnéll ostrzega Europę przed lekceważeniem cyberprzestrzeni, nowego frontu zmagań militarnych. Jego rady dotyczące wzmocnienia sojuszu z USA ujawniają jednak przywiązanie do archaicznego rozumienia stosunków międzynarodowych.

Zapomnijmy o monopolu czołgów, samolotów i karabinów maszynowych. Jarno Limnéll, specjalista od bezpieczeństwa w sieci, zwraca uwagę na nowe sposoby prowadzenia międzynarodowych konfliktów. Choć pełne ujawnienie potencjału cyberbroni jest jeszcze przed nami, już teraz wszyscy ważni światowi gracze rozwijają technologie służące nie tylko do wykradania informacji, ale także aktów sabotażu, blokowania stron internetowych i komunikacji czy wręcz zdalnego wyłączenia najnowocześniejszego, pełnego elektroniki uzbrojenia. Wszyscy gracze – poza Europą, która według Limnélla pozostaje z tyłu, osłabiona przez swoją nieufność wobec USA, niedostrzeganie nowych zagrożeń i idealistyczne etyczne wątpliwości.

Cyber fot. Congress Check / Flickr
Czy cyberprzestrzeń to rzeczywiście nowy front wojenny? fot. Congress Check / Flickr

Trudno oszacować aktualny poziom zagrożenia – osoby kompetentne, specjaliści od bezpieczeństwa informatycznego, to jednocześnie grupa osobiście zainteresowana wzrostem nakładów w tym zakresie – ale wydaje się, że prędzej czy później wojna w cyberprzestrzeni stanie się faktem. Bardzo możliwe, że głośne sieciowe przepychanki, takie jak blokowanie wrogich stron internetowych (ostatnio przy okazji konfliktu na Ukrainie) czy dyskretne wykradanie informacji to tylko wierzchołek góry lodowej. Limnéll przywołuje przykład południowokoreańskich oddziałów, gotowych do ataku na komputery północnego programu nuklearnego. Warto też przypomnieć o wirusie Stuxnet, który zainfekował komputery irańskich elektrowni atomowych i doprowadził do fizycznego uszkodzenia części wirówek do wzbogacania uranu. Ataki informatyczne, obok nacisków politycznych i tajemniczych zamachów na irańskich fizyków, są więc kolejnym sposobem prowadzenia niewypowiedzianej wojny z dążącym do zdobycia broni atomowej Iranem.

Limnéll zwraca uwagę na to, że w obliczu rozwoju nowych technologii zaciera się granica pomiędzy wojną a pokojem: konflikty pomiędzy państwami mogą się toczyć przy nieświadomości opinii publicznej czy nawet polityków. Ogłasza więc „nową, niebezpieczną erę”, w której wojna tli się nieustannie w tle stosunków międzynarodowych, gotowa w każdej chwili rozgorzeć z całą siłą – i biada wtedy nieprzygotowanym lekkoduchom. Co w takim razie powinniśmy, jako Europa, zrobić? Poradę specjalisty od bezpieczeństwa możemy podzielić na trzy punkty, nawiązując do wcześniej wymienionych trzech błędów. Po pierwsze, kluczowe jest uświadomienie sobie samego zagrożenia. To chyba najmniej kontrowersyjny punkt, ale też najbardziej oczywisty. Nawet jeżeli cyberwojna nie jest jeszcze na pierwszym miejscu europejskiej listy militarnych priorytetów, nasze państwa z pewnością nie lekceważą zagadnienia. Każda kolejna technologiczna bitwa będzie impulsem do zintensyfikowania wysiłków.

Wobec widmowego zagrożenia

Dwa pozostałe zalecenia są bardziej kontrowersyjne. Zacznijmy od etycznych skrupułów, które rzekomo powstrzymują rządy Europy od zasadniczych posunięć. Można odnieść wrażenie, że Limnéll nieco przecenia mentalność służb starego kontynentu: tajne więzienia CIA czy współpraca europejskich wywiadów z amerykańskimi programami inwigilacji (czy rozwój lokalnych odpowiedników) świadczą, że nie ma tu aż tak istotnej różnicy.

Niezależnie od tego, jak wygląda aktualna sytuacja, możemy zadać pytanie – czy rzeczywiście chcemy rozwijać takie technologie? Dla Limnélla sprawa jest oczywista: skoro nasi przeciwnicy mają analogiczne programy, skoro mogą się one okazać rozstrzygające w ewentualnym konflikcie militarnym, obowiązkiem państw jest rozwój tak rozwiązań defensywnych, jak i programów elektronicznego ataku. I rzeczywiście, skoro w sytuacji militarnego zagrożenia akceptujemy wykorzystanie zabójczej broni konwencjonalnej, sięgnięcie po elektroniczną dywersję nie powinno budzić oporów. Czy wojna usprawiedliwia więc wszelkie środki? Odpowiedź na to pytanie stanie się trudniejsza, jeżeli idąc za Limnéllem przypomnimy sobie, że obecne państwo pozostaje w stanie permanentnej cichej wojny – ze swoimi rywalami na arenie międzynarodowej, ale także z mglistym zagrożeniem światowego terroryzmu. Gdy wojna staje się normą, środki, których wykorzystanie daje się być może uzasadnić w wyjątkowych okolicznościach, także powszednieją. W epoce informacji prywatność każdego obywatela jest zbyt cennym kąskiem dla służb, którym w totalnej inwigilacji przeszkadzają już tylko ograniczenia budżetowe i nieporadne czy wprost nieszczere działania państwowych regulatorów. Czy więc rzeczywiście chcemy żyć w świecie permanentnego stanu wyjątkowego, uzasadnionego nieustannym zagrożeniem? W tym świetle wyjątkowo pokrętne wydaje się przedstawianie przez autora swojej pozycji jako apologii wolnego internetu (wobec partykularyzmu państw obrażonych na USA). To dalszy rozwój i bezrefleksyjne wykorzystywanie cyfrowych technologii wywiadowczych i wojskowych może doprowadzić do militaryzacji sieci, zupełnego zaniku wzajemnego zaufania i zmierzchu otwartości. W takim wypadku internet, wbrew nadziejom sprzed lat, przyczyniłby się do zaniku sfery praw człowieka.

Pomoc starszego brata

Jeszcze bardziej kontrowersyjne są zalecenia dotyczące stosunków Europa-USA. W oczach Limnélla nasz sąsiad zza oceanu to technologiczna potęga, która jako jedyna może zapewnić nam bezpieczeństwo przed atakami Złych – Rosji, Chin, Iranu, terrorystów. Europa powinna uznać przywództwo Stanów Zjednoczonych, zapomnieć o nieporozumieniach związanych z inwigilacją i zaufać swojemu starszemu bratu. Ta wizja sielankowej międzynarodowej współpracy ujawnia, że hipernowoczesny w myśleniu o militarnej technologii autor posługuje się jednocześnie schematami żywcem zaczerpniętymi z Zimnej Wojny – i popada w wewnętrzne sprzeczności. Skoro bowiem w nowym świecie rozpływa się granica między wojną i pokojem, jeżeli na znaczeniu zyskują wojny handlowe i prawne, inwigilacja polityków i szpiegostwo przemysłowe, to także do współpracy atlantyckiej należy podchodzić z rezerwą. Nie ma już spójnego obozu „dobrych”, którzy powinni zapomnieć o wzajemnych urazach. Zastępuje ją siatka powiązanych na różne sposoby podmiotów politycznych o różnorodnych interesach, które kierują się przede wszystkim własną korzyścią. Współpraca nad bezpieczeństwem elektronicznym – z pewnością niezbędna – nie może jednak przesłonić faktu, że interesy USA i UE nie zawsze są zbieżne i że nie mamy żadnych podstaw do tego, by wierzyć w szczególną wstrzemięźliwość służb wywiadowczych naszych „sojuszników”.

W ostatnich miesiącach głośno jest o negocjacjach w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji (TTIP). Przyczyną kontrowersji jest między innymi utajnienie europejskiej pozycji negocjacyjnej: niewykluczone, że społeczeństwa znowu zostaną poinformowane o szczegółach tuż przed ostateczną ratyfikacją porozumienia, postawione niejako przed faktem dokonanym. Podobno ujawnienie europejskich propozycji w istotny sposób zagrażałoby interesom UE. Czy w takim razie możemy wierzyć, że amerykańskie służby, dysponujące najróżniejszymi sposobami inwigilacji (z pewnością te, o których udało nam się do tej pory usłyszeć, to tylko wierzchołek góry lodowej) nie próbowały tych informacji poznać, by wykorzystać je na korzyść swojego państwa i swojego przemysłu? Wyzbywając się nieufności wobec USA będziemy polegać na dobrej woli państwa, które notorycznie udowadnia, że stawia na pierwszym miejscu własne interesy.

Ciągle aktualnym przykładem jest kwestia przechowywania danych osobowych – amerykańskie korporacje, powołując się na wcześniejsze umowy międzynarodowe, notorycznie nie przestrzegają europejskich regulacji, ze szkodą dla naszych obywateli. Służby USA zyskiwały dzięki temu sposobność do inwigilacji użytkowników, szczególnie, że w przypadku obywateli obcych państw krępuje je znacznie mniej ograniczeń. W tym kontekście okazuje się, że niezależność od naszego sojusznika w zakresie technologii informatycznych jest sprawą absolutnie priorytetową – o ile możemy mieć nadzieję, że sojusz na poziomie wojskowym w tradycyjnym sensie będzie trwały, o tyle w świecie nowych technologii i bardziej dyskretnych sposobów realizacji własnych interesów nie możemy być już tak ufni.

W tej perspektywie nietrudno dostrzec ograniczenia zaleceń Limnélla. Dostrzegając nowe sposoby prowadzenia wojen, wciąż myśli o wielkim zachodnim sojuszu, który musi opierać się zewnętrznym zagrożeniom. Dla naszej prywatności, dla naszego bezpieczeństwa informatycznego, dużym zagrożeniem jest jednak właśnie nasz wojskowy sojusznik – ten paradoks wymaga zupełnie nowego sposobu myślenia, w którym nie mieści się już proste zdanie się na potęgę starszego brata.

 

white bookUmrzeć za liberalizm
Przez świat przetaczają się wojny. Stosowanie przemocy nadal należy do najważniejszych kompetencji politycznych. Gotowość do użycia siły nie oznacza jeszcze konieczności jej stosowania, a celem wojny nie musi być śmierć, lecz pokój, rozwój i państwo prawa. Europa postanowiła o tym zapomnieć.Więcej o sile i wojnie w 214 numerze Res Publiki Nowej.

Pobierz teraz od 1 zł! »

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa