NESTEROWICZ: Nicnierobienie

Praca jest nieatrakcyjna. Brudna, kanciasta, zdecydowanie pordzewiała, o wątpliwej kondycji nie tylko fizycznej, ale i umysłowej. Nicnierobienie jest piękne. Ale czy maszyny nas zastąpią?


Setki zawodów staną się bezużyteczne. Miliony stracą zatrudnienie. Podobno powstaną tysiące nowych miejsc pracy (w to nikt nie uwierzy). Strajki sparaliżują gospodarkę. Masowe demonstracje zablokują centra miast, drogi i linie kolejowe. Tłumy w bezsilnych aktach wandalizmu zniszczą urządzenia. Rząd wyśle na ulice policję, potem wojsko, by chronić własność i istnienie mechanicznych łamistrajków (bo o życiu jeszcze trudno będzie mówić).

Nie, nie przytaczam rozprawy historycznej, opisującej początki rewolucji przemysłowej i bunty luddystów. To prognoza bliskiej nam przyszłości. Owszem, trochę podgrzana, bo chcę ugrać własny interes (o czym na końcu), ale realna. Nie mam kasandrycznych uzdolnień, przyznaję się do poważnych braków w znajomości przepowiedni Nostradamusa, ogólnie wróżbiarstwo wydaje mi się zajęciem pachnącym kurzem, molami i zasuszonymi roślinami. Jednakże zamierzam się na prognozowanie, bo sprawa jest poważna. Na szczęście, kreśląc wizję przyszłości, mogę opierać się na źródłach, które mają niewiele wspólnego z pytyjskimi zagadkami:

Yoshiaki Nohara, „Bloomberg”, 13 września 2015 roku1: „Ekspansja maszyn w miejscach pracy zmusza amerykańskich i europejskich ekspertów do prognozowania masowego bezrobocia i załamania poziomu wynagrodzeń”.

Andy Haldane, główny ekonomista Banku Anglii, cytowany w „The Independent”, 12 listopada 2015 roku2: „Około 14 mln miejsc pracy w Wielkiej Brytanii jest zagrożonych przejęciem przez roboty w najbliższych dekadach (obecnie w Wielkiej Brytanii jest zatrudnionych ponad 31 mln osób – przyp. aut.)”.

Andrew Ng, profesor uniwersytetu Stanford i główny naukowiec Baidu Research, dla „The Wall Street Journal”, 14 czerwca 2016 roku3: „Kierowanie ciężarówką jest jednym z najpowszechniejszych zawodów w Ameryce: miliony mężczyzn i kobiet zarabiają na swoje utrzymanie, przewożąc towary od wybrzeża do wybrzeża. Wkrótce wszystkie te miejsca pracy znikną”.

Steve Connor, „The Independent”, 14 lutego 2016 roku (powołując się na konferencję naukową American Association for the Advancement in Science)4: „Tempo, z jakim roboty i inteligentne maszyny są zdolne przejmować prace dotychczas wykonywane przez ludzi, doprowadzi do tego, że ponad połowa populacji będzie bez pracy w ciągu 30 lat”. Wystarczy.

Kto straci pracę i dlaczego powinniśmy się cieszyć

Większość z nas straci pracę; są i tacy – tych nie cytuję, by nie popaść w skrajny nihilizm – którzy twierdzą, że brak zatrudnienia dotknie nas wszystkich, a dyskusyjny pozostaje jedynie czas, w jakim to nastąpi. Trudno w takiej sytuacji oprzeć się pokusie poszukiwania nadziei we wróżbiarstwie – a nuż moje miejsce pracy się uchroni?

Esej pochodzi z numeru Praca – Frustracja – Radykalizacji, dostępnego w naszej księgarni.

Wiemy, że pracę stracą taksówkarze, kierowcy ciężarówek, autobusów, bo skoro automatyczne samochody już wyjeżdżają na ulice amerykańskich miast, to naiwnością byłoby sądzić, że drobne problemy techniczne i kontrola bezpieczeństwa powstrzymają postęp. A skoro samochody, to również pociągi, statki i samoloty, więc do grona tracących zatrudnienie dołączają maszyniści, piloci, kapitanowie i sternicy, a pewnie również mechanicy samochodowi, blacharze i serwisanci, bo skoro robot pojazd składa, to może go również naprawić.

Na szczęście pracownicy branży transportowej i logistycznej nie muszą czuć się osamotnieni. Michael Osborne i Carl Benedikt Frey z Oxfordu ogłosili w 2013 roku wyniki badań prawdopodobieństwa komputeryzacji i robotyzacji siedmiuset dziewięciu zawodów w Stanach Zjednoczonych5. W oparciu o rozbudowaną metodologię doszli do wniosku, że czterdzieści siedem procent zajęć należy do grupy wysokiego ryzyka całkowitego zastąpienia przez automaty, które nastąpi w perspektywie jednej, maksymalnie dwóch dekad. Na tej liście odnajdą się telemarketerzy (na pierwszym miejscu), sekretarki, archiwiści i wszelkiej maści pracownicy administracyjni, operatorzy maszyn (proszę wymienić rodzaj maszyny, na pewno jest na liście), księgowi, analitycy kredytowi, kasjerzy, sprzedawcy (długa lista tego, co sprzedają), ale również recepcjoniści i hostessy (a nawet modele i modelki), kucharze i kelnerzy, manikiurzystki, bibliotekarze, osoby karmiące zwierzęta oraz rzeźnicy je tnący, a to jedynie wybrane pozycje z tych, dla których prawdopodobieństwo komputeryzacji jest większe niż dziewięćdziesiąt procent.

Czy w takim razie powinniśmy się bać? Czy nadszedł czas, by wezwać lud na barykady, unieść kosy i widły, wbić ostrze w znienawidzone trzewia robotów, podpalić farmy serwerów, rwać kable, już nie dla cennej miedzi (ten do niedawna lukratywny biznes również odchodzi w przeszłość, wypierany przez światłowody zastępujące w telekomunikacji kable miedziane)? Podjąć walkę z góry skazaną na klęskę, jak przed dwoma wiekami to miało miejsce w przypadku luddystów; krucjatę bezsilną wobec wszechmocnych sił historii, a raczej kapitału, bo ten bożek rządzi nami wszystkimi, a wyrzekania różnej maści lewaków i ateistów na zły wpływ Kościoła katolickiego jedynie potwierdzają ich zaślepienie? Heroiczna batalia, jakże kusząca to wizja, na dodatek doskonale pasująca do naszego narodowego charakteru. Nie na darmo jesteśmy Chrystusem narodów, już niemal dwieście lat temu chcieliśmy ginąć za miliony. Niestety, wówczas umieranie nie do końca nam się udało, wprawdzie w powstaniach ginęliśmy chętnie, ale świata nie zbawiliśmy. Teraz, w XXI wieku, pojawia się druga szansa, równie bohaterska i równie beznadziejna.

Tu niestety muszę wstrzymać rozpędzoną wyobraźnię i rozczarować wszystkich tęskniących za rewolucją, Międzymorzem i nowym przedmurzem (najlepiej chrześcijaństwa, ale jeżeli trzeba będzie umierać w imię walki z kapitałem, też dobrze, bo to wróg równie podstępny i wszechmocny, co bies). Powyższe prognozy, na pierwszy rzut oka ponure i prowadzące do zdarzeń, których opis rozpoczął ten tekst, mogą mieć zaskakująco szczęśliwe zakończenie. Doprowadzić mogą nie do powszechnego bezrobocia, lecz nicnierobienia.

Z pewnością każdy intuicyjnie wyczuwa różnicę dzielącą te dwa pojęcia, aby jednak nie zostać oskarżonym o pochwałę bezrobocia, śpieszę z wyjaśnieniem, że brak pracy jest sytuacją, w której ktoś szuka zatrudnienia, ale mimo prób i pragnień znaleźć go nie może, przez co cierpi psychicznie, fizycznie i ekonomicznie. Z kolei nicnierobienie wynika ze świadomego wyboru, aby nie poszukiwać i nie podejmować pracy. I taki właśnie świat powszechnego nicnierobienia czeka na nas w wyniku nieuniknionej cyfryzacji i automatyzacji. Ponieważ roboty będą wykonywały większość – a jedynie kwestią czasu jest, kiedy wszystkie – prace, nam pozostanie jedno wyzwanie: jak wypełnić czas wolny.

Już John Maynard Keynes pisał w eseju Economic Possibilities for our Grandchildren6, że za sto lat – tekst powstał w 1930 roku – człowiek stanie przed problemem wykorzystania wolności od nieustającej presji ekonomicznej oraz dylematem, jak spożytkować ogrom wolnego czasu. Wówczas jego wizja mogła trącić fantazją rodem z opowieści science fiction (do których za chwilę powrócę, bo nic lepiej nie oddaje naszego stosunku do pracy i nicnierobienia, jak dobra popkultura), ale Keynesa trudno określić mianem fantasty. Dzisiaj, piętnaście lat przed terminem wyznaczonym w jego eseju, problem, o którym pisał, staje się rzeczywisty.

Ekonomista zakładał, że ludzie będą pracować średnio piętnaście godzin tygodniowo. Tego jeszcze nie osiągnęliśmy, chociaż i bez cyfrowej rewolucji w zeszłym stuleciu liczba godzin przepracowanych rocznie w gospodarkach państw zachodnich spadła o połowę, a niektóre kraje ustaliły mniej niż czterdziestogodzinne tygodnie pracy. Jednakże wkrótce wyzwaniem nie będzie zagospodarowanie trzydziestu sześciu godzin czasu wolnego (tygodniowo), jaki w 2003 roku przypadał na statystycznego mieszkańca Stanów Zjednoczonych (według badań National Bureau of Economic Research czas ten obejmuje pasywny i aktywny wypoczynek, socjalizację, wolontariat, ogrodnictwo, rekreacyjną opiekę nad dziećmi i opiekę nad zwierzętami i nie ujmuje czasu poświęcanego obowiązkom domowym). Skoro od lat dyskutujemy nad wpływem wzrostu „wolnego” na wartości, zachowania oraz relacje społeczne w rozwiniętych krajach Zachodu, to czy możemy sobie wyobrazić, co się stanie, kiedy roboty, boty i inne zaawansowane algorytmy komputerowe w pełni przejmą nasze obowiązki? Co zrobimy, gdy do zagospodarowania będziemy mieli osiemdziesiąt godzin tygodniowo (a przecież czas na sen, jedzenie oraz podstawową opiekę medyczną i nad dziećmi również można uznać za okres wolny)?

Dlaczego jednak utrata zatrudnienia na rzecz maszyn i programów komputerowych miałaby zaowocować nicnierobieniem, a nie dojmującym bezrobociem? Panaceum jest instynkt samozachowawczy. Gdy w pogoni za bogactwem i władzą giną zasady moralne, poczucie sprawiedliwości społecznej i odpowiedzialności za innych, instynkt działa. To on skłonił kapitalistyczne elity przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku do akceptacji regulacji rynku pracy, funkcjonowania związków zawodowych i innych rozwiązań, które uchroniły kraje Zachodu przed wybuchem społecznym na miarę rewolucji październikowej. Dlatego, by zapobiec widmu współczesnych luddystów walczących z automatami, kapitaliści przystaną na redystrybucję wartości – z pewnością częściową i nierówną – jaka wytworzy się w wyniku radykalnego wzrostu efektywności ekonomicznej. Dodatkowe zyski zostaną obłożone podatkami, a te pozwolą na sfinansowane powszechnej, podstawowej płacy minimalnej. Stałej pensji dla każdego.

Dochód gwarantowany już z nami jest, niemal na wyciągnięcie ręki i nie mam na myśli jego ułomnej formy w postaci programu 500+, ale wartą dziesięć tysięcy złotych pensję, jaką próbowano obdarzyć każdego dorosłego mieszkańca Szwajcarii. Jednakże, ku mojemu zaskoczeniu, w szwajcarskim referendum koncepcja upadła. Wszystko przez nadzwyczaj złożone uczucia, jakie ludzkość żywi do pracy oraz do nicnierobienia.

Pokrętna miłość i nienawiść do pracy i nicnierobienia

Wszystko zaczęło się od Stwórcy i jego zaskakującej decyzji, by siódmego dnia odpocząć. Wprawdzie Bóg, jako wszechmocny i wszechwiedzący, może podjąć każdą decyzję i nie musi się z niej tłumaczyć – przecież stworzył człowieka, co wielu wydaje się posunięciem pochopnym i nie najlepiej przeprowadzonym – niemniej trudno pojąć, dlaczego istota, która się nie męczy, miałaby odpoczywać. Ale taka już jest cecha Boga, nigdy nie będzie w pełni wytłumaczalny, bo gdyby dało się go logicznie pojąć, wtedy zapewne niewiele miejsca pozostałoby dla boskości.

Nad boskimi i ziemskimi aspektami pracy i nicnierobienia głowili się filozofowie, wśród nich Leszek Kołakowski – na szczęście dla mnie i wielu innych aspirujących intelektualistów, leniwych lub niewystarczająco inteligentnych, by przebrnąć przez tomy poważnych rozpraw. Niezwykła wartość Kołakowskiego objawia się w Mini wykładach o maxi sprawach, zbiorze rozważań o sprawach ważnych i złożonych, ale przekazanych krótko i na tyle prosto, że mogę ich teraz użyć, bezczelnie korzystając z erudycji prawdziwego filozofa. W wykładzie poświęconym nicnierobieniu właśnie Kołakowski ujawnia splot miłości i nienawiści, jakim darzymy pracę i bezczynność.

Gdy przyjrzymy się naszemu stosunkowi do pracy, trudno jednoznacznie wskazać, czy ją hołubimy, czy też nienawidzimy. A rzecz ma źródło, według Kołakowskiego, w grzechu pierworodnym, bo nawet jeżeli zaakceptujemy rozważania teologów wyjaśniających, jak interpretować wolne, które wziął sobie Bóg, i co zrobić z grzesznością pracy w siódmy dzień, to pozostajemy bezradni wobec faktu, że praca jest karą za postępek Adama i Ewy:

Kołakowski. Raj utracony, numer kwartalnika do nabycia w naszej księgarni.

Przecież Pan Bóg dopiero po grzechu i wygnaniu z raju skazał Adama na ciężki trud zdobywania środków do życia, a Ewę na bóle porodowe. Wyraźnie wynika z tej historii biblijnej, że praca, podobnie jak bóle porodowe, jest karą za grzechy. Czy powinniśmy zatem uznać, że praca jest wprawdzie złą koniecznością i że musimy znosić ten przymus jako odpłatę sprawiedliwą za nasze przestępstwa i niegodziwości, że życie nasze na ziemi jest jakby obozem pracy, a chociaż mieszkańcy (więźniowie) obozu muszą się poddać jego rygorom, bo wyjścia nie mają, to jednak trudno by od nich oczekiwać, że z radością będą ten przymus przyjmować?7

Autor zaraz jednak unika nasuwającej się konkluzji, że najbardziej zaszczytnym i pożądanym działaniem powinna być antyteza pracy, czyli wieczyste lenistwo. Wskazuje, że intencją Boga – przynajmniej w interpretacji teologów, tłumaczących boskie na ludzkie – było zachęcenie człowieka do doskonalenia się, rozwijania zdolności fizycznych i umysłowych, nieustającego postępu. Jeżeli taki był jego zamiar, to zachęta, którą zastosował, rzeczywiście okazała się niezwykle skuteczna. Protestanci uczynili wręcz z pracy cnotę, od której niedaleko jest do uznania bogactwa za przejaw boskiej łaski, co wprost prowadzi nas do źródeł kapitalizmu (o czym pisał Max Weber), który niepodzielnie rządzi – przynajmniej na razie – naszym światem. Nawet socjaliści i komuniści nie byli pewni, czy pracę kochali, czy nią pogardzali, bo chociaż robotników wynosili na piedestał, to przecież przytaczany przez Kołakowskiego Paul Lafargue, socjalista i zięć Karola Marksa (który sam z pracą miał poważny problem, skoro ta człowieka uczłowieczała, ale równocześnie wyobcowywała, a wolność przynosił dopiero czas bez pracy), popełnił Prawo do lenistwa, w którym pracę uznał za źródło degeneracji i wyraził nadzieję, że maszyna okażę się zbawcą ludzkości. Prorocze słowa.

Kołakowski dostrzega równocześnie, że potrzeba pracy nie może wynikać jedynie z boskiego przymusu, skoro zdecydowana większość z nas czasu wolnego, należnego nam czy to z boskich przykazań, czy z łaskawości prawo- i pracodawców, nie spędza na beztroskim lenistwie. Czytamy, piszemy – teraz już raczej wiadomości w komunikatorze niż listy i dzienniki, które wymienia filozof – rozwiązujemy krzyżówki, słowem szukamy zajęcia, które bezczynność wypełni. Co niestety prowadzi Kołakowskiego do pesymistycznej spekulacji na temat stosunków międzyludzkich w raju, jakim będzie świat powszechnej robotyzacji i komputeryzacji. Pracować przestaniemy, ale jakieś zajęcia dla zabicia czasu na pewno sobie znajdziemy. Świat zaludnią miliony filozofów, historyków i hodowców gołębi (to już moja sugestia), co nieodwołalnie doprowadzi do sporów. Biorąc pod uwagę skuteczność ludzkości w rozstrzyganiu dylematów fundamentalnych (jak na przykład wspomniana przez Kołakowskiego kwestia historii Finlandii w trzeciej ćwierci XIII wieku), nie najlepiej rokuje to krainie wiecznej szczęśliwości.

Zanim jednak dojdziemy do tworzenia scenariuszy życia społecznego w erze po rewolucji robotycznej, wyjaśnijmy, jak rozważania Kołakowskiego na temat pracy i nicnierobienia przekładają się na wyniki referendum o dochodzie gwarantowanym w Szwajcarii. A mają z nim bardzo dużo wspólnego, bo możemy tam obserwować skutki działania miłości i nienawiści, jakie żywimy zarówno do pracy, jak i do tych, którzy pracować nie muszą i nie chcą, czyli nicnierobiących.

Wiem, że w tej chwili niektórzy mogą poczuć się zagubieni; Kołakowski, teologia i filozofia pracy, marksiści, Szwajcarzy, dochód gwarantowany oraz miłość i nienawiść. Aby ułatwić zrozumienie tej złożonej kwestii, sięgnijmy po literaturę i film.

Nauki płynące z lektury fantastyki i oglądania filmów Disneya

Ponieważ wcześniej przywołałem przykład rewolucji przemysłowej i ruchu luddystów, pozwolę sobie sięgnąć po prawdziwą klasykę literatury fantastycznej – Wehikuł czasu Herberta Georga Wellsa, w tłumaczeniu Feliksa Wermińskiego. W historii o Elojach i Morlokach jest zaszyta nasza skłębiona obsesja na punkcie tych, co pracują i tych, co pracować nie muszą (i/lub nie chcą).

Najpierw Eloje. Tak właśnie widzimy nicnierobiących, my, którzy marzymy o bezczynności, a jednocześnie nienawidzimy bezczynnych. Są piękni szlachetnością pełną wdzięku, dziecinną swobodą, delikatnością saskiej porcelany, dużymi i łagodnymi oczyma oraz ciemnoczerwonymi wargami. Jedzą owoce. Zamieszkują świat luksusu i wygody. Są bezpieczni, spokojni, ale równocześnie znudzeni, jałowi i schyłkowi, pogrążeni w bezprzedmiotowej bezczynności.

A Morlokowie? Ci, co trudzą się pracą, są szkaradnymi kanibalami. Nie próbujmy porównywać pięknych Ejoli do stworzeń bladych niczym ryby z grot Kentucky, o skórze brudnobiałej, szarawo-czerwonych oczach i twarzach pozbawionych podbródków, z konopiastymi włosach rosnącymi na karku oraz kończynami odrażająco podobnymi do pajęczych.

Miłość i nienawiść, nicnierobienie i praca, Eloje i Morlokowie. Pragniemy być piękni, zdrowi i szczęśliwi, ale równocześnie tych, którzy to osiągają, uznajemy za zepsutych i słabych. Tyle że praca również degeneruje, przynosi brzydotę i zdziczenie obyczajów.

Lud na powierzchni ziemi mógł być niegdyś uprzywilejowaną arystokracją, a Morlokowie jej sługami spełniającymi mechaniczne czynności, ale było to dawno temu. Dwa gatunki, które rasa ludzka stworzyła w swym rozwoju, staczały się wciąż niżej, aż każdy z nich znalazł się w końcu w zupełnie odmiennych warunkach. Eloje jak Karolingowie zwyrodnieli w piękne, ale czcze marnoty. Zawsze przecież jeszcze władali na powierzchni ziemi, gdy tymczasem Morlokowie, lud od wielu pokoleń żyjący pod ziemią, doszli w końcu do tego, że nie mogą już żyć na powierzchni. Przypuszczałem, że robią odzież dla tamtych i zaspokajają inne potrzeby ich życia – prawdopodobnie na zasadzie odwiecznego nawyku służenia. Jak koń, który nawet gdy stoi, bije kopytem, lub jak człowiek, który się bawi zabijaniem zwierząt dla sportu, ponieważ konieczność, niegdyś rzeczywista, dziś już nie istniejąca, zakorzeniła się głęboko w jego naturze. Było więc jasne, że stary porządek rzeczy odwrócił się. Ku zniewieściałym Elojom szybko zbliżała się zaczajona Nemezis.8

Ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że sięgam po literaturę uwiązaną do czasów dawno przebrzmiałych, napisaną w okresie, kiedy kapitał bezlitośnie wykorzystywał pracujących, a przepaść dzieląca robotników i fabrykantów była niebotyczna. Na odparcie tych zarzutów mógłbym sięgnąć po Kapitał w XXI wieku, by na faktach udowodnić, jak niewiele dzieli dzisiejszą dystrybucję bogactwa od tamtego rozwarstwienia. Jednak zamiast tego wesprę się innym produktem popkultury, tym razem jak najbardziej współczesnym.

W 2008 roku na ekrany kin wszedł film wytwórni Disneya Pixar pod tytułem „WALL-E”. Wielu z nas zachwycało się losami Wysypiskowego Automatu Likwidująco-Lewarującego klasy E i kibicowało powrotowi rasy ludzkiej na ziemię. Dlaczego hollywoodzka animacja pojawia się obok rozważań Leszka Kołakowskiego i pionierskiej fantazji Herberta Wellsa? Bo „WALL-E” mówi wszystko o naszym stosunku do pracy i nicnierobienia oraz tłumaczy, czemu osiemdziesiąt procent Szwajcarów opowiedziało się przeciw dochodowi gwarantowanemu.

Praca jest nieatrakcyjna. Brudna, kanciasta, zdecydowanie pordzewiała, o wątpliwej kondycji nie tylko fizycznej, ale i umysłowej (rozmowy z rośliną oraz karaluchem). Nicnierobienie jest piękne. EVA (dla niewtajemniczonych – robot przysłany na nienadającą się do zamieszkania Ziemię w celu zbadania, czy odrodziło się na niej życie) pociąga nieskazitelną bielą, eleganckimi kształtami (wybitnie podobnymi do stylistyki produktów Apple) i błękitnymi oczyma. Ale równocześnie to samo nicnierobienie degeneruje, co widzimy w tłustych, larwiastych ciałach ludzi, wywiezionych z umierającej planety i orbitujących gdzieś w kosmosie. Owszem, tli się w nich iskierka woli, ale zakwita jedynie dzięki bohaterstwu pracy, czyli WALL-E’emu. Bo praca, choć tak nieudana, skrywa pod blaszanym pancerzem to, do czego wszyscy tęsknimy: odwagę, miłość, czułość, poświęcenie i bezkompromisowość.

Tak twórcy filmu – ale przecież w rzeczywistości chodzi o nas wszystkich – widzą nicnierobiących i pracujących. Pierwsi są odległym marzeniem, które przy bliższym poznaniu okazuje się robaczywe, drudzy są nieatrakcyjni, lecz w gruncie rzeczy szlachetni i piękni wewnętrznie, chociaż wygląd WALL-E’go również powinien dać nam do myślenia. Nie na darmo autorzy filmu za wzór wzięli sobie tego przyjemniejszego z dwóch najbardziej znanych kosmitów w historii kinematografii, czyli E.T. – nieporadnego, pokracznego, ale kochanego obcego. Mogliby oczywiście wybrać wersję szkaradniejszą, pasażer statku Nostromo z pewnością aspiruje do pierwszego miejsca na liście fantastyczno-naukowych szwarccharakterów, jednakże tak radykalne ucieleśnienie „pracy” byłoby nie do zniesienia dla naszych oczu i żołądków.

I niechybnie nie przysłużyłoby się przesłaniu: praca jest znojna i brudna, ale szlachetna; nicnierobienie jest fałszywe, tyle piękne z zewnątrz, co zepsute od środka.

(Oby przedwczesne) konkluzje dotyczące szans na nicnierobienie

Może popełniam karygodny błąd, zawierzając proroczemu wołaniu naukowych ekspertów, analityków z think tanków i publicystów, ale wygląda na to, że w ciągu najbliższych lat ze światowej gospodarki wyparuje co najmniej połowa miejsc pracy, a pewnie jeszcze więcej, biorąc pod uwagę postęp technologiczny. Te same głosy ostrzegają, że doprowadzi to do masowego bezrobocia i ogromnych wstrząsów społecznych. Ale może również przynieść (niemal) powszechny dobrobyt i wywołać kulturową rewolucję, związaną z poszukiwaniem przez ludzi zajęcia i samorealizacji w sytuacji, w której nie ciąży na nich presja codziennego przetrwania. Jakże ekscytująca to wizja.

Tyle że aby się ziściła, ludzie musieliby chcieć nic nie robić. Jak pokazuje doświadczenie Szwajcarii, wcale nie są do tego skorzy. Jednakże wynik helweckiego referendum nie zaskakuje, gdy już wiemy, że chociaż pracy nienawidzimy, to staramy się ją hołubić i wynosić na piedestał, a tych, którzy znajdują się po drugiej stronie płotu – gdzie sami chcielibyśmy się znaleźć, ale nie mamy na to szans – uznajemy za zepsutych. Inaczej zazdrość wobec nicnierobiących pożarłaby nas żywcem. Głosowanie na „tak” oznaczałoby, że wielu naszych bliźnich porzuciłoby pracę, by oddać się nicnierobieniu. A to byłoby bardziej grzeszne od pracy, która wprawdzie została nam objawiona jako kara za grzech pierworodny, ale na przestrzeni lat została przez teologów, filozofów i praktyków życia gospodarczego skutecznie przekuta w cnotę.

A gdyby podobne referendum ogłosić w Polsce? Biorąc pod uwagę polityczny sukces hasła 500+, znajdą się odważni, którzy obiecają każdemu Polakowi gwarantowaną pensję. Czy jednak Polak zagłosowałby inaczej niż Szwajcar? Lista różnic między dwoma narodami mogłaby być długa, złośliwi natychmiast wyciągną odmienny stosunek do pracy, bo nam daleko do protestanckiego uwielbienia dla codziennego znoju i porządku. Paradoksalnie jednak lenistwo, o które oskarżają nas nienawistne języki, w tym wypadku mogłoby zadziałać pozytywnie. Tyle że istnieje druga przywara, zawiść. Przed straszliwym dylematem postawilibyśmy Polaka, który z jednej strony miałby głosować za przyznaniem sobie prawa do dochodu, wiedząc, że tym samym daje go sąsiadom. A przecież każdy z nas wie, że o ile gwarantowana pensja nam się należy i nie przewróciłaby nam w głowie, to tamtych – niegodnych – zepsułaby z pewnością.

I tak odwieczne, biblijne splątanie miłości z nienawiścią do pracy i nicnierobienia, wspierane czytaniem oraz oglądaniem filmów animowanych, może sprowadzić na sporą część ludzkości widmo poważnego kryzysu. A mogło być tak pięknie.

P.S. Na liście zagrożonych zawodów są również reporterzy i redaktorzy, na szczęście z prawdopodobieństwem komputeryzacji nie większym niż jedenaście procent. Niestety, „Puls Biznesu” właśnie zaprezentował krótkie teksty, będące efektem pracy bota, komputerowego algorytmu testowanego w Havas Media Group. Wielu dziennikarzy pisze gorzej.

sierpień 2016

Dziękuję Mirkowi Godlewskiemu za inspirację i dostęp do cytowanych artykułów

Piotr Nesterowicz (1971) – doktor nauk ekonomicznych, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Autor esejów, reportaży oraz powieści i opowiadań fantastycznych. W 2015 r. za reportaż Cudowna otrzymał Nagrodę Literacką Prezydenta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego, nominację do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki oraz nominację do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego nowa książka zatytułowana Każdy został człowiekiem

Fot. Arthur Caranta, Flickr (CC BY-SA 2.0)


1 Yoshiaki Nohara, In Japan, the rise of machines solves labor shortage, [w:] „The Bloomberg”. [wszystkie cytaty z języka angielskiego
w tłumaczeniu własnym – przyp. aut.].

2 Ben Chu, Robots put 15 million UK jobs AT risk, warns Bank of England, „The Independent”.

3 What’s next for artificial intelligence, „The Wall Street Journal”.

4 Steve Connor, Robots ‘will make majority of humans unemployed within 30 years’, „The Independent”.

5 Carl Benedikt Frey, Michael Osborne, The future of employment: how susceptible are jobs to computerisation?, Oxford 2013.

6 John Maynard Keynes, Essays in Persuasion, Nowy Jork 1963, s. 358-373.

7 Leszek Kołakowski, Mini wykłady o maxi sprawach, Znak, Kraków 2005.

8 Herbert George Wells, Wehikuł czasu, przekład Feliks Wermiński, Iskry, Warszawa 1986.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa