Modne bzdury

Książka Rafała Wosia, "Dziecięca choroba liberalizmu", nasuwa oczywiste skojarzenie z performancem Alana Sokala. Czytając bowiem trudno stwierdzić, czy to poważna wypowiedź, czy też żart. Ogólne rozbieganie i rozedrganie zaś samo nasuwa pomysły na zabawę z […]


Książka Rafała Wosia, „Dziecięca choroba liberalizmu”, nasuwa oczywiste skojarzenie z performancem Alana Sokala. Czytając bowiem trudno stwierdzić, czy to poważna wypowiedź, czy też żart. Ogólne rozbieganie i rozedrganie zaś samo nasuwa pomysły na zabawę z edytorem tekstu.

Tomasz Kasprowicz

Po pierwsze: stronniczość. Książka nie jest analizą i polemiką, jest za to politycznym manifestem. Od razu wiadomo, że liberalizm to bakcyl, choroba zatruwająca i niszcząca. Trzeba się z niej wyleczyć (co udało się autorowi i jego autorytetom, reszcie dopiero przyjdzie do twego dojrzeć) i to jak najszybciej, bo szkody są olbrzymie. Koniec i kropka.

Nieczynna kopalnia "Polska" w Świętochłowicach fot. Kris Duda / Flickr / CC
Nieczynna kopalnia „Polska” w Świętochłowicach
fot. Kris Duda / Flickr / CC

Po drugie: jaki liberalizm? Autor nie wyjaśnia wprost, co dokładnie ma na myśli, pisząc o liberalizmie. Zresztą zupełnie świadomie, by ułatwić sobie zadanie. Implikowana definicja liberalizmu dla Rafała Wosia to „wszystko co mi się w polskiej transformacji nie podoba”. Widać to wyraźnie w kolejnych rozdziałach, gdzie wymienia różne polskie (faktyczne lub wyimaginowane) patologie, które z liberalizmem w jakimkolwiek sensie nie mają zupełnie nic do czynienia. Wosiowi nie podoba się struktura wpływów budżetowych – wina liberalizmu, choć to decyzja stricte polityczna, o której liberalizm nie ma wiele do powiedzenia. Zresztą sam Woś diagnozuje, ze takie podejście wynika z indolencji klasy politycznej. Co liberalizm ma z tym wspólnego?Dziecieca-choroba-liberalizmu_Rafal-Wos,images_big,23,978-83-64437-24-3

Woś pisze o patologiach prywatyzacji. Oczywiście, miały one miejsce, ale liberalizm wskazuje, ze prywatyzować należy, ale wcale nie twierdzi, ze należy to robić źle i w sposób korupcyjny. Nie podobają się autorowi szaleństwa biurokracji. Tak, jakby liberałowie zalecali dalsze przebiurokratyzowanie. I tak dalej. Wyjątkiem są chyba tylko słuszne uwagi dotyczące planów urbanizacyjnych miast.

Reszta problemów wynika z przyczyn zupełnie innych niż dominacja liberalnej ideologii (a i to jest dyskusyjne). Zasadniczo można w tekście zamienić słowo „liberalizm” na „socjalizm”, „klerykalizm” albo „kubizm” i wartość merytoryczna książki wcale nie ucierpiał. Jedynym celem autora było znalezienie sobie mało popularnego chłopca do bicia, którego można obarczyć odpowiedzialnością za wszystko, co się autorowi nie podoba. Dziś takim kozłem ofiarnym jest liberalizm, stąd wybór autora. Łatkę liberała przypina wszystkim przez niego nielubianym: Jaruzelskiemu, Messnerowi, Wilczkowi, Balcerowiczowi, Sachsowi – ludziom, którzy mają ze sobą tyle wspólnego, ze nie podobają się Wosiowi. Bo przecież nie o wyznawane przez nich poglądy chodzi, ale o pałkę którą można uderzyć.

Po trzecie: wybiórcze postrzeganie rzeczywistości. Autor skupia się na elementach systemu, które udowadnią, że wolny rynek się nie sprawdza, co ma uzasadniać zwiększenie roli państwa w redystrybucji. Nawołuje do porzucenia idei, że prywatne jest zawsze bardziej efektywne od państwowego, na co podobno dowodów nie ma. Oczywiście dodanie członu „zawsze” ułatwia życie, bo rzadko jedno rozwiązanie jest zawsze lepsze od drugiego.

Prywatne rozwiązania są bardziej efektywne w przytłaczającej większości przypadków. Widzimy to na co dzień, w natłoku dużo poważniejszych patologii, które wynikają właśnie z niedokonania liberalnych reform, których to Woś wygodnie dla siebie nie dostrzega. Mamy niesprywatyzowane górnictwo, które jest źródłem całej serii patologii, LOT ciągle na krawędzi bankructwa, pochłaniający kolejne dotacje, kiepskiej jakości kolej, słabo działającą pocztę, służbę zdrowia itd. Albo Woś uznaje te rozwiązania za dobre i właściwe, i chciałby, by cała polska gospodarka działała w ten sposób, albo celowo je przemilcza, by nie narażać swoich poglądów na weryfikację rzeczywistości.  Albo jest szalony, albo nieuczciwy.

Po czwarte: wewnętrzne sprzeczności. Autor w publicystycznym zacięciu w dość zabawny sposób przeczy sam sobie. W jednym miejscu pisze, ze Polska jest podatkowym rajem. Stronę dalej przyznaje, że system jest opresyjny wobec małych podatników, zaś duży z niego uciekają. Ciekaw jestem w jakiej religii raj to miejsce, z którego chce się uciec? Jak wyglądają raje podatkowe pokazała ostatnia afera w Luksemburgu. No ale dobry żart, tynfa wart.

Takich kwiatków jest więcej. Woś sugeruje, że państwo może się bardzo poważnie zadłużać i dług nie ma złego wpływu na rozwój gospodarczy. To dług ma być źródłem wzrostu gospodarczego państwa. Ale na samym początku autor przyznaje, że PRL (na który patrzy z sympatią) upadł pod ciężarem długów. Zaś to właśnie „pętla zadłużenia” miała zmuszać polityków do obrania neoliberalnego kursu pod dyktando zachodnich korporacji. Szkodzi w końcu ten dług, czy nie?

Woś pisze, ze rozwój naszej gospodarki musi opierać się na innowacyjności, na co potrzeba kapitału. Rozdział dalej zaś narzeka, ze wzrost płac nie nadąża za wzrostem wydajności, co oznacza, że korzyści przejmuje kapitał. Ale jak inaczej ma on dokonać akumulacji na potrzeby innowacyjności, jeśli cały wzrost wydajności miałby być przejmowany przez pracę? Ja takiej metody nie znam.

Metro Warszawskie fot. Kuba Bożanowski / Flickr / CC
Metro Warszawskie
fot. Kuba Bożanowski / Flickr / CC

Na koniec zaś najpoważniejsza sprzeczność, która jest wielkim problemem naszej debaty ekonomicznej. Woś, pisząc o zaletach Michała Kaleckiego, wskazuje na to, ze znał on nasze uwarunkowania i jego pomysły są do nas lepiej dopasowane. Zagraniczni ekonomiści pracowali zaś w innych warunkach i trudno wprost aplikować ich idee i rozwiązania na nasz grunt. Sam Woś jednak z dużym zacięciem porównuje nas przede wszystkim z krajami Zachodu: Niemcami, Szwecją, Francją, pomijając niemal zupełnie porównania z krajami regionu, które są do nas dużo bardziej podobne.

Powód pominięcia jest oczywisty. Polska odnotowała największe sukcesy w transformacji spośród wszystkich krajów postkomunistycznych, właściwie na wszystkich polach. Porównywalne sukcesy ma tylko Słowacja, a reszta krajów wręcz utraciła swoje miejsca w rankingu bogactwa. Nie znaczy to oczywiście, ze Polska jest dziś najbogatsza, ale trzeba wziąć pod uwagę, ze punkt startu nie był równy. W 1990 nasze PKB na głowę wynosiło mniej niż połowę czeskiego, dziś prawie 85%. Zatem by wykazać, ze jest fatalnie, trzeba porównywać się z najbogatszymi na świecie. Inaczej cały argument się rozpada. Szczególnie, że badania naukowe wyraźnie wskazują, ze sukces transformacji jest wprost związany z głębokością reform na starcie. To znowu nie zgadza się z poglądem Wosia, że były one zbyt dotkliwe. Efekt ich odkładania i rozcieńczania widzimy w Polsce choćby w górnictwie, za granicą zaś – na wschodzie.

Po piąte: manipulacja. Do swojej książki Rafał Woś dodaje tradycyjną szczyptę manipulacji, popularną wśród lewicowych komentatorów. Chodzi o to by nie skłamać, ale przedstawić dane w sposób mylący. Stwierdza na przykład, ze podatki w Polsce spadają, półgębkiem dodając, ze w relacji do PKB. To tak jakby po przytyciu o dwa kilo stwierdzić, że się schudło, bo średnio społeczeństwo przytyło o cztery. Prawidłowo skonstruowane zdanie brzmi „Podatki w Polsce rosną, ale wolniej niż PKB”. Tylko, że to już nie sprzedaje się tak dobrze jak komunikat, że podatki spadają.

Podatki mają być niskie, gdyż jako procent PKB są znacznie niższe niż, na przykład, w Szwecji. Tyle, że oddanie trzech czwartych średniej pensji w Szwecji jest co najwyżej niedogodnością, zaś oddanie w podatkach trzech czwartych średniej pensji w Polsce to dla podatnika tragedia.  Polscy bogacze, których chce opodatkowywać Woś, na porównywanym przez niego Zachodzie podatków zapłacili by niewiele, ze względu na swoje ubóstwo. Jeśli chcemy się silić na takie porównania, powinniśmy porównywać opodatkowanie jako część dochodu rozporządzalnego. Dopiero to wskazuje faktyczne obciążenie ludzi opodatkowaniem.

Woś krytykuje rząd Millera za wprowadzenie podatku liniowego dla przedsiębiorców i wylicza straty dla budżetu z tego tytułu. To podejście typowe dla urzędników Ministerstwa Finansów, które uznaje, że podstawa opodatkowania jest stała i manewrując stawkami zwiększamy lub zmniejszamy wpływy. Jednak ludzie to nie arkusz Excel. Wystarczy sięgnąć do historii, by zobaczyć, że manewr Millera podniósł podatki pomimo obniżenia stawki podatkowej, gdyż wpływy budżetowe z tego tytułu wzrosły, a nie spadły. Zatem wbrew temu, co twierdzi autor, budżet zyskał, a nie stracił. Typowy przykład działania krzywej Laffera, której istnienie negują wszyscy lewicowcy.

Przykładów takiej prostej manipulacji jest znacznie więcej i nie ma sensu marnować miejsca na ich wypisywanie. Zabawę w „wytrop manipulację” pozostawiam ewentualnym czytelnikom. Można tą książkę stosować jako test wiedzy i krytycznego myślenia dla doktorantów na wydziałach ekonomii.

Po szóste: brak kompetencji. Brak kompetencji autora w zakresie ekonomii przejawia się czasem brakiem pogłębionej analizy, czasem oczywistymi błędami. Świetna podobno epoka lat 70-tych XX wieku miała wyróżniać się tworzeniem przemysłu i nowych miejsc pracy. Woś zapomina, że miejsca pracy tworzy się bardzo łatwo. Rokrocznie rząd tworzy takie miejsca pracy w biurokracji. Haczyk tkwi w tym, że te miejsca pracy muszą być produktywne, bo inaczej odbiją się czkawką niedługo później. Woś sam przyznaje, ze inwestycje PRL nie przełożyły się na wydajność. Nie przełożyły się właśnie dla tego, że były centralnie planowane i te nietrafione inwestycje były głównym powodem bankructwa PRL, a nie ciosy zewnętrzne, jak sugeruje autor. Ale to ma dowodzi przewagi prywatnego nad państwowym, co dla Wosia jest nie do przyjęcia, więc całą sprawę przemilcza. Za przerost biurokracji też przyjdzie nam zapłacić.

Woś za Thomasem Pikketym rozpisuje się o nierównościach i tym, jak prowadzą one do rewolucji. Pomija jednak milczeniem, że nierówności w Polsce maleją. Co więcej, wysuwa zbyt daleko idące wnioski, że wzrost nierówności prowadzi do koncentracji kapitału w rękach bogatych klanów, wręcz prowadzi do odmiany rasizmu, gdzie bieda miałaby być rasą. To czego nie wie, lub celowo przemilcza, to fakt, że majątki nie trzymają się tych samych rodzin. Majątki rozchodzą się już w trzecim pokoleniu. Co więcej, w ciągu jednego życia przeciętny człowiek zmienia decyle dochodowe i to często dość drastycznie. Potwierdza to obserwacja – krezusi dzisiejszych czasów nie odziedziczyli majątku po rodzicach, tylko sami go wypracowali. Nie było klanu Gatesów, Jobsów, Zuckerbergów. Obserwacja zaś listy najbogatszych pokazuje, że mało kto utrzymuje się na niej choćby przez jedno życie.

Nierówności maleją też w skali świata. Bogacą się niezwykle biedne do niedawna rejony świata. Kosztem jest wolniejsze bogacenie się krajów rozwiniętych i nieznaczne powiększenie w nich nierówności. Rozwiązanie to powinno być bliskie sercu każdego lewicowca. Ale to właśnie na wycinku nierówności krajów rozwiniętych skupia się Woś, bo to właśnie potwierdza jego wizję świata. Na tej samej zasadzie mógłbym ograniczyć analizę polskiego społeczeństwa do własnej rodziny.

Podobnie rzecz się ma z porównywaniem poziomu płac w Polsce z płacami na zachodzie Europy, by obalać stwierdzenie, że praca w Polsce jest droga. Każdy przyjmuje taki punkt odniesienia, jaki mu odpowiada. Ja mógłbym porównywać pensje w Polsce z płacami w Chinach i stwierdzać, że praca jest straszliwie droga. Oba porównania mają tyle samo sensu – niewiele). Praca u nas jest wyceniana rynkowo i z różnych przyczyn, na różnych rynkach ceny te kształtują się w różny sposób. Na zachodzie gospodarka jest bardziej innowacyjna i można płacić więcej. My jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Ale próba wymuszania innowacyjności przez wymuszanie wzrostu płac wyraźnie wskazuje na pomylenie przyczyny ze skutkiem.

Do tego dochodzi ciągłe sugerowanie, że Polski system to wynik spisku starej nomenklatury i zachodnich koncernów. To oczywiście bardzo brzydka insynuacja obrzucająca błotem bardzo wiele osób, bez krzty dowodu. Jeśli Woś chce zobaczyć jak wygląda gospodark,a gdzie rzeczywiście nastąpiło to, co opisuje, niech spojrzy na Ukrainę, Rosję czy Kazachstan. Tak wygląda uwłaszczona nomenklatura. Wielkim sukcesem polskiej prywatyzacji, pomimo wielu błędów, było rozproszenie własności tak, że nasi bogacze mogą co najwyżej wiązać buty wschodnim oligarchom.

Tu też wyliczenia błędów i niedopatrzeń można by ciągnąć znacznie dłużej. Szkoda czasu. Widząc tę ignorancję nie dziwi, że Woś dezawuuje ekonomię jako naukę i chwali populizm. Nauka w sposób dość oczywisty obnażyłaby mankamenty jego wywodu, zaś populiści odnajdą w nim wszelką potrzebną pożywkę.

Książka Wosia to manifest lewicy. Więcej państwa, więcej interwencji, więcej regulacji. Wszystko to uzasadnione argumentami nieprawdziwymi, kłamliwymi lub przeinaczonymi. Ważna jest teza, a nie jej słuszność. Książka znajdzie poklask w środowiskach, dla których jest przeznaczona i nie wzbudzi zainteresowania ekonomistów. To groźne, gdyż brak oporu wobec braku prawdy może przerodzić się w powszechne poczucie, że zawiera ona słuszną diagnozę i właściwe remedium.

Tymczasem to, czego Polsce potrzeba, to właśnie liberalne reformy. Nie oznacza to wyrugowania państwa z życia. Liberałom marzy się silne państwo, zajmujące się sprawnie swoimi podstawowymi zadaniami. Choćby takie, gdzie sądy działają bez zwłoki i odzyskiwanie należności nie trwa dwa lata, a procedury są proste i przejrzyste, dzięki czemu pod względem załatwiania pozwoleń na budowę nie będziemy się znajdować w trzeciej setce krajów świata,  choć i tak mamy, opisany przez Wosia, bałagan architektoniczny. Państwo, w którym ustawy będą przemyślane na tyle, ze nie trzeba ich będzie nowelizować, zanim wejdą w życie. Niestety, nasze państwo ma tendencję do rozrostu w dziedzinach, gdzie jego obecność jest zbędna – do czego zresztą nawołuje Woś – za to zaniedbując kompletnie swoje podstawowe funkcje.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa