MIZSEI: Przyjęcie euro celem narodowym

Pozostanie poza strefą euro oznacza peryferyzację i zubożenie - twierdzi prof. Kálmán Mizsei. Czy dotyczy to tylko Węgier?


W ostatnich miesiącach przed wyborami węgierska opinia publiczna z rosnącą uwagą śledzi debatę wokół wprowadzenia na Węgrzech euro. Jest to całkowicie zrozumiałe, chodzi bowiem o żywotne kwestie polityki gospodarczej o znaczeniu wręcz historycznym. Za obecne zainteresowanie odpowiedzialny jest prezydent Francji Emmanuel Macron, który mówił o nowym planie integracji, zwiastując wyodrębnienie się „twardego rdzenia UE”. Po niemieckich wyborach parlamentarnych i negocjacjach koalicyjnych wreszczie znów rozpoczęły się rozmowy pomiędzy dwoma najbardziej wpływowymi członkami Unii w celu wypracowania wspólnej propozycji rozwijania integracji. Dotychczasowe wypowiedzi, a szczególnie tegoroczne strasburskie orędzie przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera o stanie Unii Europejskiej pozwalają sądzić, że przyjęcie euro wiąże się z licznymi korzyściami w przyszłości. W dyskusji, która wywiązała się na Węgrzech, wielu uznanych ekonomistów, polityków i osób publicznych na łamach m.in. „Magyar Nemzet”, „Világgazdaság” i „Élet és Irodalom” zwróciło uwagę, że pozostanie poza strefą euro grozi naszemu krajowi marginalizacją.

Obecnie nie wiemy, jak rząd odnosi się do kwestii euro, Viktor Orbán dawno nie wypowiadał się na ten temat. Eksperci i politycy, którzy dotąd zabrali głos w dyskusji, podkreślają polityczne korzyści płynące z przyjęcia euro lub ostrzegają, że pozostanie poza strefą zahamuje rozwój państwa. Zgadzam się z nimi – euro jest kluczowym elementem przynależności do twardego rdzenia Europy. Korzyści z wejścia do głównego europejskiego obiegu mają dla Węgrów duże znaczenie zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. To najważniejsze kryterium naszej konwergencji. Mówiąc inaczej – pozostanie poza strefą euro oznacza peryferyzację i zubożenie. Na początku zaznaczmy, że argument, zgodnie z którym nie wszystkie zamożne kraje europejskie należą do strefy euro, jest w tym przypadku bez znaczenia. Państwa te nie są zależne ani od Unii, ani od strefy euro, a na przykład Szwecja nie potrzebuje wsparcia finansowego UE (jako jeden z płatników netto). Inaczej sprawa wygląda w przypadku Węgier. Rozwój naszego kraju w decydującym stopniu zależy od modernizacyjnego wpływu Unii i jej wieloaspektowego wsparcia finansowego.

Pojawiają się za to dwa pytania. Pierwsze: jaką wagę mają zastrzeżenia odnoszące się do struktury i regulacji strefy euro, pod wpływem których niektórzy ekonomiści opowiadają się przeciwko przyjęciu euro lub za jego długoterminowym odroczeniem. Drugie zaś dotyczy tego, na ile Węgry dojrzały do akcesji. Na te właśnie wątpliwości położył nacisk István Dobozi w swoim artykule. Z reprezentowanym przez niego podejściem wiążą się jednak dwa zasadnicze problemy. Przede wszystkim, już za późno na zastanawianie się, czy należy wprowadzić euro. Ten sam błąd popełnia, moim zdaniem, Stefan Kawalec w polskich debatach. Ono już zostało wprowadzone i to przy udziale 14 państw członkowskich, dziś używa się go w 19 krajach. Tak jak w odpowiedzi słusznie przypomniał István Magas, euro jest drugą walutą rezerwową na świecie i cieszy się dużą popularnością wśród mieszkańców Unii. Uważa się, że mimo kryzysów po 2008 roku i pewnych słabości strukturalnych euro to waluta, która odniosła sukces. Choć prawdą jest też, że należało ustalić rozsądniejsze kryteria akcesji do jego strefy. Ten błąd przyczynił się do późniejszych kryzysów. György Surányi na przykład od początku podkreślał znaczenie nie tylko budżetowej równowagi, lecz także równowagi bilansu obrotów bieżących. Wcześniej w kontekście euro nie poświęcano temu zagadnieniu wystarczająco dużo uwagi. Niewątpliwie pierwotne kryteria z Maastricht nie uwzględniały specyfiki rozwojowej dawnych państw socjalistycznych. Ponadto nie zbadano odpowiednio wyników gospodarczych państw ze strefy euro, przez co nie dostrzeżono w porę nadchodzących problemów gospodarczych. Niemniej bilans euro jest korzystny, dlatego coraz więcej państw przymierza się do jego przyjęcia.

Znacznie ważniejszy jest jednak nowy czynnik, który często uchodzi uwadze krytyków. Unia Europejska i Europejski Bank Centralny wyciągnąwszy wnioski z kryzysu, znacząco zmieniły kryteria przystąpienia do strefy euro, a jej dotychczasowych członków zobowiązały do zachowania równowagi finansowej. Podkreślał to Zoltán Török w swoim artykule w „Világgazdaság”. Jak każdy wielki system euro także rozwija się na drodze wstrząsów i eliminacji sukcesywnie odkrywanych usterek. Dolar także podążał wyboistą ścieżką, stopniowo rozszerzając swoje wpływy i stając się powszechnym środkiem płatniczym na świecie. Dziś EBC i Komisja Europejska są świadome błędów pierwotnej konstrukcji i starają się w porę rozładowywać napięcia w obrębie systemu bankowego, bilansu płatniczego i budżetowego. Nie należy pomijać efektów tej nauki. Zrozumiałe jest także to, iż dalszy rozwój systemu można wspierać wyłącznie od wewnątrz. Nie ma zatem sensu powtarzanie, że strefa euro nie spełnia teoretycznych założeń optymalnej strefy walutowej. Zawsze był to bowiem proces, w ramach którego namysł polityczny i ekonomiczny z mozołem wypracowywały wspólne rozwiązania, przecierając nowe szlaki. Integracja Unii Europejskiej nie postępowała według z góry obmyślonego abstrakcyjnego schematu, lecz formowała się w odpowiedzi na praktyczne ekonomiczne i polityczne wyzwania.

Jeden z najcenniejszych eksperckich przyczynków do dyskusji wokół euro pochodzi od Gábora Oblátha. Warto zwłaszcza wspomnieć jego studium z 2012 roku napisane wspólnie z Judit Neményi. Z dogłębnej analizy Oblátha i Neményi wynika, że warunki konieczne do przystąpienia do europejskiego mechanizmu kursów walutowych, a następnie do strefy euro, pokrywają się z dalekosiężnymi celami węgierskiego rozwoju gospodarczego – nawet bez przyjęcia euro. Obláth i Neményi, wyciągając wnioski z kryzysów finansowych ostatniej dekady, podkreślają również to, że należy podjąć kroki wykraczające poza kryteria akcesji do strefy euro. Na tej podstawie Obláth przestrzega, że węgierska polityka gospodarcza nie jest jeszcze wystarczająco dojrzała do przeprowadzenia akcesji i udanego partycypowania we wspólnocie euro. W przeciwieństwie do krytyków euro słusznie nie koncentruje się on na różnicach rozwojowych mierzonych za pomocą PKB, lecz na produktywności. We wspomnianą przez Oblátha pułapkę wpada właśnie Dobozi, kiedy mówi o zagrożeniu wynikającym z różnic między produktywnościami. W istocie ważne jest raczej to, aby wzrost wynagrodzeń nie przerósł wzrostu produktywności. W słabiej rozwiniętym kraju po wejściu do strefy euro wzrost produktywności zrekompensuje ewentualną wyższą stopę inflacji. W przypadku trzeźwej polityki gospodarczej istnieje na to wszelka szansa. Umożliwia to zapewniana przez Unię Europejską swoboda przepływu kapitału, o ile gwałtownie nie wzrosną płace, jak to się stało w państwach Europy Południowej przed kryzysem.

W naszym regionie jest wiele dowodów na to, że mniej rozwinięte państwa także dobrze sobie radzą w strefie euro. Mowa nie tylko o Słowacji, której część sukcesów gospodarczych w opinii Doboziego mylnie, „bez konkretnych dowodów”, przypisuje się euro. Jeszcze bardziej przekonującym przykładem mogą być trzy państwa bałtyckie. Z dużo uboższych od Węgier dawnych republik sowieckich przekształciły się w państwa o dochodzie narodowym znacznie przewyższającym węgierski dzięki temu, że już od ćwierćwiecza korzystają z systemu tzw. izby walutowej. Usztywnienie kursu walutowego najpierw wobec niemieckiej marki, a następnie wobec euro wiązało się ze znacznie surowszymi regulacjami niż warunki przyjęcia euro. Państwa bałtyckie właściwie musiały zrezygnować z narzędzia deficytu budżetowego i własnej polityki monetarnej, dlatego od początku lat 90. rozwijały się znacznie szybciej od Węgier. Także w przypadku Bułgarii, najuboższego państwa Unii, wprowadzony w 1997 roku w odpowiedzi na hiperinflację podobny reżim makroekonomiczny już od dwóch dekad odnosi sukcesy.

Zgodnie z nowymi wymogami Narodowego Banku Węgier, które mają na celu opóźnienie wprowadzenia euro, poziom węgierskiego rozwoju gospodarczego musi wynieść 90% średniej unijnej. Ten narzucony odgórnie warunek nie jest podparty żadną argumentacją o charakterze ekonomicznym. Nie znajduje także potwierdzenia w doświadczeniu (pozostałe kryteria wyznaczone przez NBW są jeszcze mniej uzasadnione). Tymczasem system ekonomiczny powinien nie tylko zapewnić wyższy od unijnej średniej trend wzrostowy (realna konwergencja), lecz także nie pozwolić na to, by wzrost płac przewyższył wzrost produktywności. Co najmniej równie istotne jest to, by nie wejść do strefy euro ze zbyt wysokim kursem forinta, a nadzór bankowy potrafił zahamować powstanie bańki kredytowej. Kiedy bowiem bańka pęka, dochodzi do znaczących szkód gospodarczych i społecznych, a bilans obrotów bieżących ulega zaburzeniu. Optymizmem napawa mnie jednak to, że zarówno Komisja Europejska, jak i Europejski Bank Centralny pod wpływem doświadczeń związanych z kryzysem wzmocniły to kryterium, podobnie jak system monitorujący, który kontroluje wyniki, jakie odnoszą gospodarki narodowe oraz polityki gospodarcze państw znajdujących się w strefie euro lub planujących do niej wejść.

Rezultaty węgierskiej polityki gospodarczej w ostatnich latach są dalekie od optymalnych –przejęcie prywatnego filaru emerytalnego i opodatkowanie części zagranicznego kapitału na podstawie populistycznej argumentacji tylko odsuwa w czasie problemy związane z polityką gospodarczą, ograniczając perspektywy przyszłego pokolenia. Obecnie – częściowo z uwagi na wybory – idziemy w kierunku, który jest sprzecznym z warunkami pomyślnego wprowadzenia euro ze względu na obniżenie jakości systemu bankowego i wzrost płac znacznie przewyższający wzrost produktywności. Należy jednak przyznać, że formalne wymogi przystąpienia do europejskiej wspólnoty walutowej spełniamy nie dzięki szczytowym osiągnięciom węgierskiej polityki gospodarczej, lecz po części dzięki znaczącemu obniżeniu dochodu realnego w ubiegłych latach, a po części dzięki sprzyjającej obecnie sytuacji na międzynarodowym rynku kapitałowym. Jednakże – jak zauważył Péter Balázs na łamach „Élet és Irodalom” – europejski rozwój coraz bardziej koncentruje się wokół strefy euro, a my jesteśmy w stanie rozpocząć proces akcesyjny. Jak widać powyżej, więcej argumentów przemawia za tym, by węgierskie społeczeństwo wymusiło tę decyzję na politykach. Jak to stwierdził Tamás Mellár: teraz albo nigdy. Wybór w latach 2017-2018 dokona się pomiędzy izolacją i zubożeniem wynikającym z prorosyjskiej orientacji państwa a prosperitą opartą na przynależności do europejskiego rdzenia. Musimy wykonać zwrot, dzięki któremu powrócimy do czołówki prężnie rozwijających się krajów europejskich. A to zależy przede wszystkim od jakości naszej polityki gospodarczej. Estonia i Słowacja startowały ze znacznie niższych pozycji, a dziś przodują w rozwoju gospodarczym dlatego, że zadbały o jakość polityki gospodarczej. W ten sposób silnie związały się ze strefą euro.

Węgry od początku lat dwutysięcznych zostają w tyle – najpierw z powodu nieodpowiedzialnej polityki makroekonomicznej, a w drugiej dekadzie ze względu na przejęcie kluczowych stanowisk w gospodarce przy pomocy populistycznych haseł. Obecne zapóźnienie da się jeszcze stosunkowo szybko nadrobić dzięki polityce gospodarczej, która skoryguje błędy i pójdzie drogą przyspieszonej integracji. Osią tego zwrotu jest nasz wielki cel narodowy – przyjęcie euro, dzięki czemu otrzymamy od Unii Europejskiej nie tylko niezbędne do tego środki, lecz także coś znaczenie ważniejszego – merytoryczne wsparcie.

tłum. Karolina Wilamowska

Kálmán Mizsei – ekonomista, pracownik naukowy na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Szef misji doradczej Unii Europejskiej na rzecz reformy cywilnego sektora bezpieczeństwana Ukrainie (EUAM Ukraine)

Fot. Wikimedia Commons, (Domena Publiczna)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa