Magia Smart Cities

Gdyby smart cities pozostawały tylko na poziomie konkretnych narzędzi, sytuacja byłaby zupełnie inna. Ponieważ jednak wkraczają w świat idei i próbują zawładnąć naszą wyobraźnią, powinniśmy być bardzo ostrożni. Tym bardziej, że smart cities nie są czymś, co można wypracować - smart […]


Gdyby smart cities pozostawały tylko na poziomie konkretnych narzędzi, sytuacja byłaby zupełnie inna. Ponieważ jednak wkraczają w świat idei i próbują zawładnąć naszą wyobraźnią, powinniśmy być bardzo ostrożni. Tym bardziej, że smart cities nie są czymś, co można wypracować – smart cities się kupuje, a rynek tego typu usług i produktów jest gigantyczny.

Artur Celiński

Artykuł z nowego wydania Magazynu Miasta

Miasta nie mają dzisiaj łatwego życia. Oczekuje się od nich nie tylko napędzania rozwoju gospodarczego, lecz także zapewnienia wysokiej jakości życia swoim mieszkańcom. Jednym tchem wymienia się działania prospołeczne i konieczność troski o środowisko naturalne z potrzebą zwiększenia wydajności, przepustowości i konkurencyjności. Miasto ma być zrównoważone, inteligentnie zarządzane i do tego jeszcze atrakcyjne. Sprostać takiemu wyzwaniu to nie lada sztuka. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z latami zaniedbań i ignorancji w różnych obszarach polityki miejskiej. Na szczęście jest smart city – magiczna formuła, dzięki której nawet najbardziej zapyziałe ośrodki mogą w krótkim czasie przemienić się w ultranowoczesne miasta przyszłości.

fot. Billie Ward / Flickr / CC
fot. Billie Ward / Flickr / CC

Smart city to technologia, zestaw czujników, serwerów i oprogramowania, który nie tylko jest w stanie dostarczać gigantyczną ilość danych na temat tego, co aktualnie dzieje się w mieście, lecz także również je interpretować i odpowiednio na nie reagować. Dzięki niej sterowanie ruchem ma być bardziej płynne, poziom zużycia energii niższy, a obywatele bardziej zadowoleni z życia. Technologie tego typu znajdują zastosowanie zarówno w miejskich wodociągach, jak i edukacji. Stanowią one kompleksowe narzędzia, które mają zapewnić kompleksowe rozwiązania. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pojęcie smart cities określało wyłącznie typ narzędzia. Jest jednak inaczej – koncepcja ta stała się rodzajem ideologii, która ma stanowić odpowiedź na pytanie o przyszłość miast. Entuzjaści tego typu rozwiązań z zachwytem wskazują na miasta takie jak położone na środku pustyni Masdar (Zjednoczone Emiraty Arabskie) czy zbudowane na sztucznej wyspie Songdo (Korea Południowa), czyli na żywe laboratoria smart cities – zaprojektowane i budowane od podstaw wzory inteligentnych, ekologicznych i ultranowoczesnych rozwiązań. Ich przykłady mają działać na wyobraźnię miejskich włodarzy i przekonywać ich, że bycie smart to jedyna droga.

Problem w tym, że miasta przyszłości wciąż pozostają w przyszłości, choć nadal trwa ich budowa i jest ona na wysokim stopniu zaawansowania. Masdar Institute of Science czterokrotnie wypuścił już swoich absolwentów, a ukończenie Songdo ma nastąpić w 2015 r. Tyle że to wciąż tylko eksperymenty, w których życie jest limitowane – po ulicach tych ośrodków nie biegają dzieci, sąsiedzi nie sprzeczają się o miejsca parkingowe, a młodzież nie pije po kryjomu alkoholu w parkach. Nie działają w nich organizacje pozarządowe, nie popełnia się przestępstw, nie ma staruszków ani problemów dnia codziennego. Wszystko łatwo się więc liczy, kontroluje i analizuje. Nie wiemy i jeszcze długo się nie dowiemy, czy tego typu miasta przyszłości rzeczywiście zapewniają swoim mieszkańcom wysoką jakość życia. Co więcej, przyjdzie nam jeszcze długo czekać na to, aż się zestarzeją i pokażą, na ile projekty inżynierów i informatyków sprawdzają się w rzeczywistości. Nie wolno także zapominać, że tego typu projekty powstają od zera, w miejscach, w których wcześniej nic nie było.

Tymczasem ideolodzy smart cities przekonują, że wprowadzone w nich rozwiązania nie tylko można zastosować wszędzie, ale też że ich efekty będą fantastyczne. Jakby kontekst społeczny, stopień zużycia tkanki miejskiej, historia, aktualna sytuacja gospodarcza i polityczna miejsca czy nawet przyzwyczajenia mieszkańców nie miały żadnego znaczenia.

Gdyby smart cities pozostały tylko na poziomie konkretnych narzędzi, sytuacja byłaby zupełnie inna. Ponieważ jednak wkraczają w świat idei i próbują zawładnąć naszą wyobraźnią, powinniśmy być bardzo ostrożni. Tym bardziej, że smart cities nie są czymś, co można wypracować. Smart cities się kupuje, a rynek tego typu usług i produktów jest gigantyczny. Autorzy sporządzonego na potrzeby firmy IBM raportu agencji Navigant Research stwierdzają wprost, że globalny rynek smart cities w 2012 r. jest wart 6,1 mld dol., a do roku 2020 ma przekroczyć 20 mld. Oznacza to, że sumę inwestycji w ten produkt w omawianym okresie można szacować na 117 miliardów dolarów. Trzeba być świadomym także faktu, że smart cities nie powstały na uniwersytetach. Jest to produkt zaprojektowany, rozwijany i wdrażany przez globalne przedsiębiorstwa, które traktują je jako inwestycję. Może się więc zdarzyć, że mamy do czynienia z ideą, która jest wyłącznie projektem marketingowym.

Z drugiej strony jednak może rzeczywiście technologia jest tym, czego potrzeba naszym miastom. Być może nie warto patrzeć na sytuację z podejrzliwością i niechęcią, jaka została zarysowana w powyższych akapitach. Może smart cities wcale nie są humbugiem – rodzajem cudownej tabletki odchudzającej, która zapewni naszym miastom pożądaną smukłość sylwetki i świetne samopoczucie bez ćwiczeń, diety i samokontroli. Technologia ułatwia życie. Smartfony zapewniają nam nie tylko lepszy kontakt ze światem i nieograniczony wręcz dostęp do informacji, ale pozwalają na bycie lepszym obywatelem, szybko i skutecznie. Może więc nie ma się czego bać? Może powinniśmy uwierzyć, że smart cities to po prostu kolejny etap rozwoju cywilizacyjnego i odrzucenie tej koncepcji przyniesie więcej złego niż dobrego?

Gdzie leży prawda? Czy rację ma Adam Greenfield, który przestrzega nas przed negatywnymi konsekwencjami daleko idącego zawierzenia technologiom tak głęboko ingerujące w tkankę miasta i życie lokalnych społeczności? A może biura sprzedaży takich firm jak Hitachi, IBM, Cisco czy Orange, kiedy twierdzą, że ich produkty pomogą nam w osiągnięciu idei zrównoważonego rozwoju, a tym samym ochronią nas zarówno przed konsekwencjami globalnego ocieplenia, jak i uproszczą nasze dążenia do zapewnienia wysokiego poziomu życia? Trudno to dzisiaj wiarygodnie rozsądzić. W Polsce dyskusja o rozwiązaniach smart cities toczy się bowiem przede wszystkim na konferencjach, seminariach i warsztatach, które są sponsorowane, organizowane przez którąś z firm produkującą lub sprzedającą tego typu produkty albo też cieszą się patronatem jednej z nich. Ich uczestnikami są zaś przede wszystkim eksperci, włodarze i pracownicy urzędów miast. Dlatego też potrzebujemy debaty publicznej, która podeszłaby do tej kwestii z ostrożnością i niemotywowanym finansowo zainteresowaniem. Musimy stworzyć warunki do uczciwej rozmowy o tym, z czym właściwie mamy do czynienia i w jaki sposób koncepcja smart cities wpłynie na funkcjonowanie miast. Wśród kwestii, które powinniśmy poruszyć, znajdują się nie tylko te związane z zagrożeniem prywatności i zbyt mocną ingerencją technologii w życie mieszkańców. Istotne są także tematy związane z warunkami współpracy administracji z producentami tego typu technologii, ich obsługą i rozwojem. Inwestując publiczne pieniądze w produkty i usługi smart city, trzeba być bowiem pewnym, że wydajemy je równie „smart”.

O ile jednak łatwo jest napisać, że powinniśmy postępować rozważnie, o tyle realizacja tego działania w praktyce może przysporzyć nieco trudności. Przygotowując się do pisania niniejszego artykułu, zrobiłem porządny przegląd materiałów, komentarzy i opinii na temat koncepcji smart cities. „Niestety, pomimo tego czuję się tak samo głupi jak przedtem. Internet pełen jest bowiem materiałów, których charakter podejrzanie wskazuje na porządne zaangażowanie biur promocji i marketingu w proces ich tworzenia. Z kolei artykuły podające w wątpliwość istotę samej koncepcji koncentrują się głównie na kwestii nadmiernej dominacji technologii i możliwych naruszeń praw obywatelskich. Przeciwstawne opinie nie tylko nie odnoszą się do siebie nawzajem, lecz także wydają się poruszać po zupełnie różnych orbitach. O ile wspólna rozmowa entuzjastów i sceptyków byłaby z pewnością możliwa, to jej efekty prawdopodobnie nie przekonałyby żadnej ze stron.

Istotne staje się więc nie tylko pytanie, o czym rozmawiać, lecz także sposób, w jaki ta rozmowa się odbędzie. Na szczęście smart cities nie są pierwszym tematem, który pojawia się w wyniku spotkania nowoczesnych technologii z rzeczywistością. Duńczycy już dawno odkryli, że przy wprowadzaniu nowinek, które mogą mieć istotne znaczenie dla społeczeństwa, warto włączyć w dyskusję obywateli. Z racji tego, że z jednej strony zależało im na opinii przeciętnych mieszkańców, a z drugiej – chcieli mieć pewność osiągnięcia zakładanych, konkretnych efektów, wymyślono tzw. duńskie “panele technologiczne” (Danish citizen technology panels).

Idea jest bardzo prosta – spośród tysiąca przypadkowo dobranych osób (będących jednak grupą reprezentatywną dla całego społeczeństwa) wybiera się 14. Grono to dobierane jest z zachowaniem zasady parytetu płci, wieku, wykształcenia, zawodu i miejsca zamieszkania. Wybrańcy spotykają się na trzydniowej konferencji, podczas której nie tylko są informowani o wszystkich aspektach kwestii będącej przedmiotem ich rozważań, lecz także dostają do pomocy 12–15 ekspertów, którzy służą swoją wiedzą i pomagają w rozwianiu wątpliwości powstałych w trakcie takiego spotkania. Zadaniem uczestniczących w panelu obywateli jest przygotowanie decyzji w postaci raportu końcowego. Cały proces jest oczywiście otwarty dla publiczności i każdy może przysłuchiwać się toczącym się dyskusjom i sporom.

Duńczycy bardzo mocno uwierzyli w potencjał wymyślonej w 1987 r. metody. Efekty tego typu pracy przekazywane są członkom parlamentu i stają się przedmiotem pracy legislacyjnej. Celem tego procesu jest także budowa mocnych więzi pomiędzy opinią publiczną, ekspertami i politykami, a tym samym niedopuszczenie do sytuacji, w której wynajęci lobbyści zyskują przewagę nad obywatelami. Duńskie panele technologiczne stosowano z powodzeniem w takich kwestiach jak mapowanie ludzkiego genomu (1989), zanieczyszczenie powietrza (1990), żywność modyfikowana genetycznie (1999), nadzór elektroniczny (2000) czy stosowanie chemii w żywności i środowisku naturalnym (1995). Wykorzystanie tego sposobu pracy jest możliwe za każdym razem, gdy dana kwestia ma istotne znaczenie społeczne, towarzyszą jej różnej natury wątpliwości i istnieje pole do ewentualnych regulacji lub wprowadzenia standardów.

Jestem przekonany, że koncepcja smart cities jest jedną z takich kwestii. Organizacja polskiej wersji panelu technologicznego mogłaby pomóc nie tylko w rozwianiu istotnych wątpliwości związanych z wprowadzaniem tak zaawansowanych systemów technologicznych w życie miast i ich mieszkańców, lecz także w podjęciu próby weryfikacji argumentów formułowanych przez ich producentów. Przy okazji również warto byłoby poruszyć jeszcze jedną, bardzo istotną kwestię. Nie należy bowiem zapominać, że technologie smart cities powstają także w Polsce, a ich rozwój może być szansą dla polskich inżynierów, programistów i socjologów. Inwestując w tego typu produkty i systemy, możemy przecież jednocześnie wspierać rodzime firmy i ich twórców. Być może nie zawsze będzie to możliwe i jakości oferowanej przez IBM, Cisco czy Orange nie da się zapewnić krajowymi środkami. Skoro jednak na smart cities najbardziej zależy dzisiaj ich globalnym producentom, nic nie stoi na przeszkodzie, aby transakcje odbywały się na naszych warunkach i z wykorzystaniem lokalnych możliwości.

Gdyby zadania organizacji tego typu panelu podjął się Związek Miast Polskich, można byłoby mieć nadzieję, że efekty wspólnej pracy obywateli i wspierających ich ekspertów skutecznie dotrą do zasiadających w ratuszach decydentów i zostaną przez nich wykorzystane jako świetny argument do dalszych rozmów na temat smart cities. Tym samym zaś władze miast, a wraz nimi również mieszkańcy, mogą stać się świadomymi konsumentami na rynku tej magicznej formuły.

Więcej informacji na temat duńskich paneli technologicznych dostępnych jest pod tym adresem.

Polecamy:

Marta Żakowska | Miasta przyjazne starzeniu: Przewodnik

Stanisław Skarżyński | Półtora miliarda terrorystów?

Magdalena Chrzczonowicz | Kabaret wraca w wielkim stylu

MIASTA_#08
Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa