LEDER: Medycyna i nowoczesność

Lada chwila genetyka będzie pozwalała na pogłębienie nierówności społecznych


Marcin Moskalewicz: Która z grup posiadających władzę medyczną ma dziś największe możliwości wywierania wpływu? Państwo jako takie wciąż jest silne, mamy jednak różne grupy interesów, przede wszystkim oddolne ruchy pacjentów, lekarzy będących funkcjonariuszami systemu i relatywnie nowe zjawisko – wielkie koncerny farmaceutyczne.

Andrzej Leder: Moim zdaniem dla ostatecznego kształtu funkcjonowania sfery medycznej bardzo ważne są kwestie wewnętrznych konfliktów w poszczególnych grupach.

Na pewno konsumenci usług medycznych są podzieleni na kilka środowisk, mających zupełnie różne i sprzeczne interesy, a także sposoby działania. Jest klasa średnia traktująca medycynę jako usługę, która jej się należy, i którą powinna móc kupić. Jest też część społeczeństwa nie posiadająca środków finansowych, która z kolei uważa medycynę za pewnego rodzaju dobro, które powinno być w ten czy w inny sposób dostępne. Jego niedostępność powoduje jej rozpacz i wściekłość. Między tymi grupami zachodzi ewidentny konflikt interesów. Im więcej medycyny dla klasy średniej, tym mniej dla tej drugiej grupy i odwrotnie – to znaczy im więcej medycyny dla wszystkich, tym bardziej klasa średnia musi doświadczyć pewnego ograniczenia w dostępności usług.

Interesy wielkich grup finansowych też są niejednoznaczne. Inne są interesy koncernów farmaceutycznych, inne grup ubezpieczeniowych. Te pierwsze muszą brać pod uwagę istnienie różnych grup konsumentów. Koncern, który produkuje tani, sprzedawany masowo lek, ma zupełnie inne priorytety niż ten produkujący drogi lek dla wąskiej grupy. Grupy ubezpieczeniowe zainteresowane są skutecznym leczeniem i zapobieganiem chorobom, co wcale nie jest oczywiste w wypadku samych lekarzy.

Wreszcie środowisko lekarskie jest także podzielone. Zupełnie inne są interesy grupy trzymającej władzę, a więc dysponentów majątku w postaci szpitali i aparatury, inne funkcjonariuszy systemu, wykonujących pracę i zależnych od tej pierwszej grupy. W interesie pracowników leży klarowność systemu medycznego, w interesie grupy dysponentów – brak tej klarowności.

W związku z tym cały system wydaje mi się na tyle skomplikowany, że opisanie go w krótkim wywodzie jest niemożliwe, można co najwyżej zarysować kilka wymiarów konfliktu. Z jednej strony, z punktu widzenia ekonomicznego oraz interesów firm farmaceutycznych, można pominąć grupę przeciętnych konsumentów usług medycznych, pogodzonych siłą rzeczy z ich niedostępnością, bo i tak nie posiadają oni siły nabywczej. Z drugiej strony – moment, w którym poczucie krzywdy i frustracji tej grupy się nasila, jest dla każdego dysponenta władzy politycznej bardzo niebezpieczny. Można ich ignorować tylko dopóki nie nastąpi erupcja nagromadzonej frustracji związanej z dostępnością służby zdrowia.

(…)

W Polsce dyskusje o medycynie mają zazwyczaj charakter roszczeniowy: za mało medycyny, więcej medycyny! Dopiero w drugiej kolejności pojawiają się konflikty, o których pan wcześniej wspomniał: dla kogo więcej, dla nas czy dla tamtych? Ale czy nie jest tak, że już dzisiaj władza medycyny jest zbyt duża w stosunku do tego, czym powinna się zajmować? Kwestie takie jak wyrostek robaczkowy czy zakażenia zostały rozwiązane wiele lat temu.

Zgodzę się z panem, że medycyna za bardzo rozpanoszyła się w sferach, do których nie została powołana, jest zresztą do tego powoływana. Czynienie z medycyny pewnego rodzaju instancji etycznej jest na pewno rozciąganiem władzy pewnej grupy ekspertów na obszary, które jej nie powinny podlegać, które nie są naszym przykładowym zapaleniem wyrostka.

Z drugiej strony jestem absolutnie przekonany, że jest za mało medycyny, lecz właśnie tam, gdzie nie reprezentuje ona pewnego rodzaju władzy. Wyrugowanie medycyny z polskiej szkoły, fakt, że nie ma w niej pielęgniarek, a od czasu do czasu badań lekarskich, oznacza, że jest jej właśnie za mało. Realny dostęp ogromnej rzeszy ludzi do tego, co jest podstawą, do tego naszego wyrostka robaczkowego, zostaje gwałtownie ograniczony.

Ekspansja nie tyle medycyny, ile dyskursu medycznego do sfer, w których go w ogóle nie powinno być, jest zupełnie niepotrzebna, a czasami szkodliwa, gdyż maskuje zjawiska, które powinny być ujęte w innym języku. Z drugiej strony rzeczywista obecność medycyny i biomedycyny przynoszących ulgę w cierpieniu i dających szansę na dłuższe życie, co w ramach nowożytnej metafizyki jest wartością, jest zbyt mała. Istotny problem to właśnie ta niewspółmierność.

W wymiarze prewencyjnym będącym wymiarem społecznej kontroli medycyna funkcjonuje zupełnie nieźle jeśli chodzi o jej skuteczność, choć często kosztem przekraczania granic indywidualnej wolności. Gdzie pana zdaniem leży granica ingerencji medycyny w przestrzeń indywidualnego ciała w imię powszechnego zdrowia?

Jestem człowiekiem nowożytności i uważam, że nie ma żadnej absolutnej granicy, że jest to kwestia pewnej konwencji i umowy, a niestety często decyzji, która może być w sposób przemocowy egzekwowana przez suwerena politycznego czy władającego sferą symboliczną. Z drugiej strony, jeżeli granica jest arbitralna, to w ostatecznym rozrachunku wymaga rozstrzygnięcia etycznego. Dla mnie polegałoby ono na odpowiedzi na pytanie, do jakiego stopnia decyzje dotyczące mojego ja dotykają Innego.

W zapleczu pana pytania tkwi Foucaultowska myśl zbudowana na nowożytnym paradygmacie mówiącym o tym, że jestem własnością samego siebie. Ja jednak się z tym nie zgadzam i uważam, że etyka ta się w jakimś sensie przeżyła. Nawet sam Foucault w późnym okresie twórczości zaczął poszukiwać innej koncepcji podmiotowości. Ważne jest pytanie o to, do jakiego stopnia moja arbitralna wolność wpływa na los Innego, używając określenia Levinasa, którego bym Foucaultowi przeciwstawił.

A widzi pan jakieś zagrożenia płynące współcześnie ze sfery ingerencji państwa? Zdaję sobie sprawę, że przynajmniej w tym momencie nie grozi nam żadna nowa eugenika i że mamy do czynienia co najwyżej z eugeniką liberalną, ale czy dostrzega pan punkty potencjalnie zapalne, które mogą się przerodzić w coś niebezpiecznego?

Niesłychanie groźnym i zapalnym punktem jest możliwość różnego rodzaju działań w obrębie genetyki, zasobu genetycznego, dostępu do genów, decyzji dotyczących genów itd. Jest to kwestia złożona. Istnieje jej wymiar foucaultowski, to znaczy dotyczący biopolityki i tego, do jakiego stopnia dbanie o zdrowie i życie populacji może zagrozić potrzebom i prawom indywidualnym.

Istnieje też wymiar marksowski, to znaczy związany z tym, że lada chwila genetyka będzie pozwalała na stukrotne czy tysiąckrotne pogłębienie nierówności społecznych. O ile nie zostaną podjęte odpowiednie decyzje polityczne, stosunkowo wąska grupa uprzywilejowanych mających dostęp do różnego rodzaju kosztownych technologii genetycznych będzie zyskiwała ogromną przewagę społeczną na starcie. Może to przypominać to, co działo w późnym antyku, czyli rozpad społeczeństwa na właścicieli ogromnych latyfundiów i pracujących na nich kolonów oraz zniknięcie klasy średnich właścicieli ziemskich stanowiących kościec republiki rzymskiej. Pewien rodzaj równości, który rządził naszymi społeczeństwami od czasu oświecenia, stanie się czystą fikcją, ponieważ nie może być równości wobec przywilejów genetycznych. W tym sensie zjawisko to uderza w fundamenty etyczne i cywilizacyjne świata, w którym żyjemy.

Są jeszcze niebezpieczeństwa należące do świata filmów hollywoodzkich, związane po prostu z tym, że nie wiadomo, co może wyniknąć z takich ingerencji. Pojawienie się pewnego typu mutacji może nawet zagrozić istnieniu gatunku bądź jakiejś grupy ludzi.

Dzisiejsza sytuacja przypomina mi nieco okres rewolucji naukowej w XVII wieku. Czy nie jest tak, że rozmawiamy o wartościach, mając z tyłu głowy przeczucie, że istnieje pewna konieczność historyczna i że nic nie jesteśmy w stanie zrobić? Walka Kościoła z Andreasem Vesaliusem czy Regnierem de Graafem, z nowoczesną anatomią i fizjologią była skazana na porażkę, gdyż rewolucjoniści mieli w ręku argument płynący z praktyki wytwarzania świata, z którym nie dało się dyskutować. My zdaje się znajdujemy się w analogicznej sytuacji, to znaczy zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństw nowej rewolucji naukowej, mając jednocześnie świadomość, że tego procesu nie da się powstrzymać.

Nowożytność jest siłą, wobec której pozostajemy w pozycji uczniów czarnoksiężnika. Uruchamiamy procesy, których sami nie kontrolujemy, i które nas mogą skrzywdzić, a nawet zniszczyć. Jestem jak najdalszy od przekonania, że pewne procesy historyczne są nieuchronne. Nowożytność jest raczej pewnym zjawiskiem, które wcale nie musiało się zdarzyć, jest raczej cudem niż koniecznością. Istniały społeczeństwa nienowożytne, które trwały przez tysiąclecia i dopiero pojawienie się Europejczyków zmusiło je do jakiegoś określenia się wobec nowożytności. Nowożytność jest też formacją, która prawdopodobnie może nie przetrwać, a nawet jeśli, to w jakimś momencie, który być może wcale nie jest tak odległy, zmieni się nie do poznania.

Chodziło mi o konieczność w rozumieniu właśnie nowożytnym, a więc o konieczność unowocześniania się, o internalizowany przez nas samych przymus zmieniania świata.

Co do tego, mam głębokie przekonanie o wadze polityczności. Istnieje obszar, w którym podmiot polityczny, jakim jest społeczeństwo, jest suwerenny. W tym względzie nie przepadam za Foucaultem, który jest deterministyczny i wierzy w anonimowe siły, które wszystko regulują. Kwestia cen leków jest na przykład kwestią decyzji politycznych, a nie żadnego rynku, który jest wobec nich wtórny. Podobnie jest z kwestią dostępności medycyny. W XIX wieku wydawało się, że nędza starości jest nieuchronna, a Bismarckowi udało się ją zmniejszyć za pomocą ubezpieczeń społecznych, które w jego wypadku były decyzją polityczną.

W tym sensie jestem przekonany, że w obszarze, w którym władza nad genomem ludzkim zaczyna tworzyć wspomniane zagrożenia, istnieje konieczność decyzji politycznych. Problem polega na tym, że by je podejmować, musimy władać dyskursem stanowiącym ich pole. Operacyjne umiejętności techników nauk biologicznych wyprzedzają dzisiaj dyskursywne uchwycenie tego, co jest możliwe i jest to sytuacja bardzo ryzykowana. Gdy w XIX wieku, wraz z pojawieniem się kolei, okazało się nagle, że można przerzucić sto tysięcy ludzi bardzo szybko w inne miejsce, wojny stały się masowymi rzeziami. W XX wieku fizycy skonstruowali bombę, która – jak się nagle okazało – była zdolna zniszczyć całe miasto.

Jesteśmy w niebezpiecznym momencie i konieczna jest próba znalezienia dyskursywnego pola, kantowskiego, to znaczy takiego, w którym moglibyśmy działać, jak byśmy byli wolni, nawet jeśli mamy podejrzenia, że tacy całkiem wolni wcale nie jesteśmy.

Gdzie leży ten obszar suwerenności? Kto ma dzisiaj realną władzę i możliwość kontroli dynamicznie rozwijającej się medycyny? Czy jako społeczeństwo obywatelskie możemy w jakiś sposób władać tą sferą?

Słowa suweren używam w sensie schmittiańskim, to znaczy jako określenie tego, kto realnie podejmuje decyzje polityczne. Takie niesubstancjalne zdefiniowanie suwerenności to przenikliwa myśl, bowiem unikamy w ten sposób całej dyskusji, czy suwerenem decyzji politycznej jest lud, król, Pan Bóg czy jeszcze ktoś inny. Suwerenem jest po prostu ten, kto decyzje podejmuje. Nie mamy jednak dzisiaj żadnych gwarancji, że ten ktoś podejmie słuszne decyzje.

Jest to jedna z trudnych i nieprzyjemnych kwestii, które dyskurs medykalizacji próbuje zasłonić, mówiąc, że cokolwiek złego się stanie pan w białym fartuchu nam pomoże. Jak na razie nie widzę optymistycznych przesłanek dla wyłonienia się dyskursu, który by spełniał postulat kantowski, a więc tak definiował świat, by taka czy inna suwerenność polityczna podejmowała decyzje chroniące nas przed konsekwencjami samoistnie zachodzących procesów.

Całą rozmowę Marcina Moskalewicza z Andrzejem Lederem przeczytasz w numerze 212 kwartalnika Res Publica Nowa pt. Wszyscy jesteśmy pacjentami.

Andrzej Leder (1960) – profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, filozof kultury, studiował filozofię i medycynę w Warszawie, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Członek zespołu redakcyjnego „Res Publiki Nowej”

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa