KRÓL: Wybaczyć i zapomnieć

Nad całością polskiego życia umysłowego dominuje - jako skutek cierpienia i ofiary - niepamięć, czy też, jeśli kto woli, pamięć ahistoryczna, pamięć zmonumentalizowana


Kultura polska jest z oczywistych względów – kulturą ofiary, kulturą zbudowaną wokół cierpienia. Z cierpieniem zaś najlepiej sobie radzi stosując banalną wskazówką – czas wszystko leczy. I rzeczywiście czas leczy, bo pozwala zapomnieć. Skuteczna, z tego punktu widzenia, postawa ofiary polega zatem nie na racjonalnej analizie przyczyn i skutków cierpienia, lecz na możliwie szybkim zapomnieniu. W skali społecznej warto i należy wspominać sam fakt i treść cierpienia, ale na tym koniec, bo nawet rozważania o sensie cierpienia zostały od czasów romantyzmu tak skutecznie wymieszane z „synekurą” narodową – jak mówi Brzozowski, że utraciły i powagę i wymiar religijny.

Kultura polska jest także zbudowana wokół porażki. „Być wiernym sprawie przegranej muszą i chcą wszyscy. Co więcej, sprawa ta lub owa jest w zasadzie w powszechnej świadomości z góry przegrana, trzeba więc być wiernym temu, co na porażkę skazane. Nie piszę tych słów, by ironizować na temat cierpienia i porażki. Wiemy przecież doskonale, że cierpienia było i jest aż za wiele, zaś szydzić z cierpienia i nie przystoi, i nie ma sensu.

Wszelako świat konstruowany wokół cierpienia i porażki ma swoje cechy i swoją specyfikę i z tego należy zdawać sobie sprawę. Ma także siłę skupiającą, formującą, która często wciąga do niego myśl niekoniecznie związaną z doznanymi cierpieniami, myśl wobec cierpienia i porażki neutralną. Ofiarą cierpień i porażek nie można być częściowo, dlatego pastwą ofiary tak często pada myśl wobec cierpienia i porażki neutralna, a nawet myśl zbuntowana. Nad całością polskiego życia umysłowego dominuje jednak – jako skutek cierpienia i ofiary – niepamięć, czy też, jeśli kto woli, pamięć ahistoryczna, pamięć zmonumentalizowana. Żyjemy w społecznych ramach niepamięci z jednej strony i pod władzą Ministerstwa Pamięci z drugiej.

Pastwienie się nad historią dziewiętnastowiecznej Polski już się wszystkim powoli nudzi, więc aby nie podejmować beznadziejnych sporów przypomnijmy po krótce genezę mechanizmu, który tak sprawnie działa do dzisiaj.

Utrata niepodległości w 1795 roku spowodowała sławne i gorszące spory pierwszych emigrantów, jednak od pierwszego momentu były to spory o patriotyczną wiarygodność raczej niż o przyczyny i postawy, które doprowadziły do nieszczęścia. Każda okazja, każda złudna choćby nadzieja sprawia, że Polacy się jednoczą, zapominają, wybaczają sobie nawzajem aby tylko razem, w jednolitym froncie stanąć i walczyć. Kariera największego kameleona polskiej myśli politycznej – Józefa Kalasantego Szaniawskiego, człowieka skądinąd nadzwyczaj inteligentnego, który od skrajnego jakobinizmu przez umiarkowany liberalizm przechodzi do postawy zwyczajnie reakcyjnej, jest znakomitym tego dowodem. Szaniawski nigdy się nie kajał, nie tłumaczył, nie rozliczał z własną ideową przeszłością. Jeden Mochnacki miał odwagę powiedzieć, że w różnych momentach historycznych warto stosować odmienne taktyki i w ten sposób wyjaśniał swoje meandry polityczne. Ale Mochnacki był wyjątkiem pod wszystkimi względami.

Po powstaniu listopadowym, rewolucji 1846 roku, powstaniu styczniowym powstawały natychmiast dziury niepamięci wypełniane tylko albo personalnymi swarami, albo ideologicznymi manipulacjami, zawłaszczeniem sprawy narodowej przez poszczególne ugrupowania. Ten stan rzeczy trwał przez cały dziewiętnasty wiek i trudno się dziwić skoro polityka nie była polityką. Sytuację ratowały do pewnego stopnia spory ideowo-artystyczne, chociaż spór pozytywistów z romantykami był już tylko słabym powtórzeniem wielkiego i rzeczywistego sporu romantyków z klasykami. Tak czy owak były to w znacznej mierze spory zastępcze. Triumfy odnosiła pamięć ahistoryczna, bo przecież pamięć patriotyczna, wpajana dzieciom „od kolebki”, ma baśniowy, muzealny w najlepszym razie charakter. Dzieci – nawet takie dzieci jak wspominający wychowanie przez matkę Józef Piłsudski – nie pytają o przyczyny, nie domagają się diagnozy i nie pojmują ciągłości, lecz żądają jasnego odróżnienia dobra od zła, naszych od nie-naszych, bohaterów od łobuzów.

Skutki możemy dostrzec jeszcze dzisiaj. Znamy dobrze, często bardzo dobrze przebieg wielkich zdarzeń z historii dziewiętnastego wieku i znacznie gorzej, czasem fatalnie przedstawia się stan badań historycznych obejmujących proces „długiego trwania” polskiego społeczeństwa na rozebranych ziemiach. Jest to zrozumiałe psychologicznie, a po części także politycznie. Trudno o jasne stanowisko w odniesieniu do sytuacji istotnych raczej ze względu na ich skutki moralne niż na ich rezultaty polityczne. A skoro coraz lepiej wiemy, że polskie powstania dziewiętnastego wieku były z góry politycznie przegrane, to tym bardziej nie wiemy jak je oceniać Stąd spory o powstania na zawsze pozbawione ewentualnej konkluzji, stąd brak społecznego wymogu zajęcia stanowiska wobec błędów czy choćby decyzji podjętych przez przywódców intelektualnych i politycznych.

Kiedy zdawało się, że cierpienie, że los ofiary na krótko oszczędził Polskę w okresie międzywojennym, nie chciała przyjąć tego w pełni do wiadomości generacja rządząca i generacja wychowana w czasach niewoli. Polska kombatancka, Polska cierpiętnicza i Polska jako ofiara historii przeważyła więc w świadomości zbiorowej nad Polską rzeczywistą i społeczeństwo dzięki temu weszło w wojnę dobrze przygotowane do pełnienia znanej mu roli i znowu gotowe zapomnieć. Były wprawdzie niewczesne spory, ale szybko zepchnięto je w cień co było nieuniknione wobec konieczności narzucanych przez walkę. I raz jeszcze zatriumfowała niepamięć.

Spór o powstanie warszawskie będzie więc toczył się do końca świata, ale nikt, żaden z jego przywódców nic powiedział nigdy: to był błąd, popełniłem błąd. Nie powiedział, ani zapewne nie pomyślał, bowiem sprawa jest wystarczająco niejasna, by spokojnie pozostawić ją społecznej niepamięci, nikt zresztą – poza autorami stalinowskich procesów – tego się nie domagał, bohaterowie są niewinni, pamięć nierzeczywista, chociaż tragedie były rzeczywiste. Powstanie warszawskie nie jest tu jedynym przykładem, innych przykładów nie brak i to nie brak takich, kiedy bohaterowie tak niewinni już nie byli, a może wcale nie byli bohaterami.

Przypadek stalinizmu jest naturalnie szczególny, bowiem czysto negatywny, ale działanie polskiej pamięci społecznej okazało się podobne. Trzeba oczywiście uwzględnić rozmaite okoliczności, a przede wszystkim cenzurę, która przez wiele lat uniemożliwiała pisanie w kraju wprost o cierpieniach narodu i szaleństwach umysłowych intelektualistów. Jednak nie cenzura już jest odpowiedzialna za to, co sami intelektualiści czynili z prawdą i pamięcią o stalinizmie. Nie cenzura tylko jest odpowiedzialna zatem za umysłowe skutki nie dość jasnego przeżycia stalinizmu i nie dość jasnego zdania sobie sprawy z tego, jak to przeżycie rzutowało na późniejszy stan ducha i kultury.

Parę więc słów o tym, czym był stalinizm, a raczej o tym, co się zdarzyło po 1944 roku. Zdarzyła się rewolucja, w rezultacie której mniejszość narzuciła swoją wolę większości i obojętne jak duże poparcie ta mniejszość otrzymała z zewnątrz, doszło do wojny domowej, w której po obu stronach zaangażowały się setki tysięcy, natomiast miliony stały z boku, chociaż ich sympatie były raczej po stronie antyrewolucyjnej. Rewolucja ta politycznie została wygrana, zaś społecznie częściowo tak, częściowo nie. Były więc dwie strony i była rzeczywista walka (chociaż sama walka zbrojna miała względnie małe znaczenie). Stalinizm był ponadto próbą totalnej zmiany myślenia, całkowitej przebudowy tradycji, kultury i natury Polaków.

Rewolucja ta rozpoczęła się w 1944 roku (a nie w 1948 – jak wolą sądzić jej aktywni uczestnicy – intelektualiści) i nie zakończyła w 1956, lecz trwa nadal, mimo okresu spowolnienia i zmian taktyki. Lata 1948-1956 były więc szczególne, ale nie wyjątkowe, zaś podział narodu na obozy – chociaż ogromnie zmieniony – nie przestał z dnia na dzień istnieć.

Póki nie mówimy sobie tego wprost, póty trwają legendy i złudzenia, póty trwa i wcale nie ulega zmniejszeniu zamieszanie umysłowe, póty wreszcie pamięć jest kaleka, a oceny przeszłości niesprawiedliwe lub co najmniej nieuważne.

Jeżeli była to naprawdę wojna domowa – powtarzam: raczej w sensie społecznym niż militarnym — to staliniści byli po drugiej stronie frontu i żadne późniejsze zmiany poglądów tego faktu nie podważą. Kto zaś był po drugiej stronie barykady, ten zmieniając zasadniczo poglądy musi wskazać na moment przełomu, musi powiedzieć: „panowie, zmieniłem zdanie, myślałem – jak dziś sądzę – niesłusznie”.    Powinien też – co ważniejsze – powiedzieć, czego przedtem chciał, w czym pobłądził, jakie wnioski wyciąga ze swoich uprzednich deklaracji i z ich zmiany. Tego uniknąć się nie da, jeżeli pragnie się zdrowia życia umysłowego. W Polsce jednak przez lata udawało się tego uniknąć.

Po 1956 roku bynajmniej nie nastąpił koniec „zniewolenia umysłu”. Dzisiaj z rozrzewnieniem, ale i pewnym zdumieniem wspominamy meandry i intelektualną walkę z historią podejmowaną przez tak zwanych rewizjonistów po to przecież, iżby zmieniając pogląd nie zmienić go całkiem, zrywając nie zerwać. Pisał o tym kiedyś w „Res Publice” Paweł Śpiewak („Warszawska szkoła historii idei”) a sprawy stały się w miarę jasne, bo i ten okres mamy już za sobą. Powstały zresztą w tym czasie dzieła naprawdę wybitne, jak kilka tomów Leszka Kołakowskiego, Andrzeja Walickiego i innych. Świat był jednak wciąż podzielony. Wprawdzie trudno byłoby mówić o wojnie domowej, jednak między tym, co reprezentowała grupa „Tygodnika Powszechnego” a warszawskim przede wszystkim środowiskiem „rewizjonistycznym” istniała dalej całkowita i nie pozbawiona akcentów wrogości izolacja.

Traktując sprawę szerzej trzeba powiedzieć, że zmiany wcale nie były aż tak radykalne, jak to dzisiaj zwykliśmy sobie wyobrażać. Innymi słowy: zmiany były bardzo poważne w stosunku do lat terroru, ale wcale lub niemal wcale nie zaniechano przeprowadzania rewolucji i w dalszym ciągu duża część polskiego społeczeństwa była tej rewolucji przeciwna. Wszyscy naturalnie cieszyli się ze zwiększenia marginesu swobód, z wypuszczenia więźniów politycznych, ale w latach bezpośrednio popaździernikowych dokonano rozliczeń częściowych i szybko zapomniano.

Próbowano stawiać diagnozy, jednak w ramach obozów uformowanych po 1956 roku ograniczano się do krytyki obozu przeciwnego. Krytykowano więc władza – na ogół zresztą w formie zawoalowanej nie tylko ze względu na cenzurę, ale i na pewne nadzieje ideologiczne wciąż łączone z obozem marksistowskim. Władza jednak w bardzo skromnym zakresie krytykowała samą siebie. Mocne natomiast słowa zaczęły stopniowo padać pod adresem uczestniczących w stalinizmie, teraz mniej lub bardziej opozycyjnych intelektualistów, którzy z kolei bardzo tylko wyrywkowo i minoderyjnie potrafili wyrazić się o swojej ówczesnej roli.

Ludzie zaś stopniowo konstruowali wyobrażenia o stalinizmie jako okresie nienaturalnym w przeciwieństwie do czasów późniejszych – naturalnych. Nawet ludzie nastawieni zdecydowanie antyrewolucyjnie uznali stalinizm za okres, który należy wyjąć z czasu historycznego i przenieść do czasu baśniowego lub anegdotycznego.

Wszystko to miałoby znaczenie tylko historyczne, gdyby nie fakt, że te kolejne zapomnienia spowodowały kolejne cięcia w ciągłości tradycji. Najpierw cięcia takiego dokonała rewolucja 1944 roku (chociaż – jak wspominałem-słowo rewolucja pasuje tu tylko częściowo). Potem ciągłość naruszyły wydarzenia roku 1948 i następnych. Dalej 1956. Lecz na tym nie koniec. Wydarzenia roku 1968 były niewątpliwie autentycznym buntem intelektualistów i studentów oraz rezultatem walki frakcyjnej w aparacie władzy. Jakkolwiek było, w ich wyniku zakończony został okres „rewizjonizmu”, doszło do następnego drastycznego cięcia i rozpoczęły się czasy pozorowanej jedności „moralno-politycznej” narodu, czasy odmiennego tym razem, bo czysto materialnego, zdeprawowania istotnej części środowisk intelektualno-artystycznych. I następne cięcie to oczywiście rok 1980 i powstanie „Solidarności”. Po 16 miesiącach znowu zmiana i stan wojenny.

W okresie „Solidarności” Polacy wprawdzie budowali pomniki na cześć ofiar 1956 i 1970 roku, ale historia powojenna w solidarnościowej postaci jeśli istniała w ogóle, to tylko jako dzieje narodowej martyrologii. Czas powolnie rozciągający się między datami – słupami milowymi został zapomniany. Nie bardzo zresztą było wiadomo co z nim uczynić, wszystko bowiem było i jest wątpliwe – socjalizm demokratyczny lat powojennych, stalinizm, rewizjonizm i tzw. neopozytywizm, zwrot ku nacjonalizmowi, amoralny pragmatyzm lat siedemdziesiątych. Historia kolejnych cięć, kolejnych potknięć, kolejnych dwuznaczności, a równocześnie historia lat spędzonych we wciąż podobnych w istocie warunkach.

Triumfy pamięci ahistorycznej były naturalnie niezbędne i wcale nie jest pewne czy społeczeństwa muszą odczuwać historię jako żywą, jako ciągłą. Być może, z tego punktu widzenia, polskie społeczeństwo nie różni się tak bardzo od innych społeczeństw europejskich. Jednakże za brak poczucia ciągłości płaci się pewną cenę, a jest to szczególnie widoczne w planie życia indywidualnego. Brak poczucia ciągłości musi bowiem powodować analogiczną lukę w odniesieniu do przyszłości. Kto nie umie opowiedzieć przebiegu minionych lat dwudziestu bądź trzydziestu, dla kogo jest to czas ciszy przerwanej grzmotami, które pojawiają się nagle i równie nagle znikają, ten nie potrafi planować niczego na następne lat dwadzieścia lub trzydzieści, ten żyje stanem bieżącym, teraźniejszością trudną do opisania, do określenia, bo nie odróżniającą się od przeszłości ani od przyszłości.

Wszelako triumfy pamięci ahistorycznej miały i mają miażdżące skutki dla zawodowej i ideowej świadomości przywódców duchowych społeczeństwa, dla intelektualistów i dla grup opiniotwórczych. Liczne przykłady niepamięci indywidualnej i niepamięci zbiorowej spowodowały, że świadomie lub nieświadomie przyjmowana jest postawa omijająca pamięć. Ostatnio – nie pora tu wnikać w całość tego tematu – mieliśmy doskonały przykład w postaci dyskusji wokół sławnego artykułu Jana Błońskiego opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym”. Niezrozumienie jasnych przecież intencji Błońskiego wynikało z zagubienia, z zapomnienia czym jest pamięć, czym jest obowiązek pamiętania. W moim bowiem przekonaniu w sporach o polski stosunek do Żydów chodzi nie tyle o brak miłości bliźniego ile o brak pamięci. Pamięć zaś to nie tylko cmentarze, pomniki i sztuczne odtwarzanie czasów minionych, to przede wszystkim obecność w świadomości jednostek i całego społeczeństwa.

Niepamięć zatem równa się nieobecności, pamięć natomiast oznacza rozważanie, krytykowanie, odnoszenie się, spieranie, ale w ramach ciągłości. Każda przerwa, każde zerwanie ciągłości uniemożliwia wytworzenie własnego stosunku do przeszłości, a bez tego świadomość duchowa może mieć charakter tylko liturgiczny, bądź – jak kto woli – symboliczny. A przecież mit stał się dla intelektualistów doświadczonych przez rozmaite złudzenia ideologiczne przeciwnikiem numer jeden. Jak więc i w oparciu o co można budować świat wyobraźni, świat duchowości, skoro historia jest niemożliwa, a mit niedopuszczalny?

I co dzieje się wobec tego z pamięcią społeczną? Pisałem przed ośmioma laty o „zastygłym obrazie przeszłości” czyli o pamięci przerzucającej nad okresem powojennym kładkę ku latom przedwojennym, pamięci monumentów i tradycji już martwych, chociaż historycznie ważnych. To było i jest wyjście wciąż aktualne. Istnieją wszelako inne możliwości, a przede wszystkim ewentualność najbardziej niebezpieczna. Wobec rozerwania i to wielokrotnego ciągłości, pamięć społeczna, żywa historia może w ogóle przestać istnieć. Kto pamięta dzisiaj na przykład spory estetyczne wokół socrealizmu, który nie był tylko i wyłącznie produktem presji politycznej (ostatnio przypomniał o tym Wojciech Włodarczyk w ważnej książce Socrealizm. Sztuka polska w latach 1950-1957), kto pamięta wielki okres Teatru Dramatycznego z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kto pamięta tzw. polską szkołę filmową, kto pamięta osiągnięcia wspomnianej „Warszawskiej szkoły historii idei”, kto pamięta dobre prywatne wydawnictwa z lat 1945-1948, kto pamięta świetne sesje w Instytucie Badań Literackich, kto pamięta teatr Grotowskiego, kto pamięta Klub Krzywego Kola?

Nie chodzi przy tym o zwyczajną niepamięć faktów, ale o to, że w rezultacie kolejnych cięć w ciągłości osiągnięcia te i wiele podobnych poszły w niepamięć intelektualną, że ani nie miały kontynuacji, ani intelektualnej opozycji, że wszystko co zniknęło, zniknęło w zasadzie bezpowrotnie i omnis moriar. A proces miękkiego zapominania został w okresie powojennym rozpoczęty od zapomnienia stalinizmu.

Tu pora na kilka uwag o pamięci zbiorowej, pamięci historycznej jako odmiennej od pamięci faktów. Fakty, w naszych czasach rozbudowanej dokumentacji, mają to do siebie, że na ogół są do odtworzenia. Fakty zapomniane bywają więc przez historyków przypominane. Wiem, że nie jest dobrze, kiedy historycy nie mogą tego czynię bez skrępowania, ale żywiąc nadzieję, że dopóki są źródła, dopóty jest możność odtworzenia tego, jak było. Natomiast pamięć historyczna bądź historia żywa trwa tylko dzięki ludziom, dzięki temu, że kolejne pokolenia zajmują wyraźne stanowiska wobec tego, co było. Kontynuują więc, polemizują lub odrzucają. Kiedy pamięć zbiorowa przestaje być ciągła, kiedy zamiast zająć stanowisko rozmienia się poglądy na drobne, rozmydla się i poprzestaje na unikach, wówczas pamięć zbiorowa staje się niepamięcią. A jest to – jak słusznie pisał Milan Kundera – zagrożenie śmiertelne.

Czytam więc teraz wspomnienia, rozmowy i relacje, oglądam filmy o stalinizmie i cieszę się, że mówi się o tym zarówno w obiegu oficjalnym, jak i nieoficjalnym. Ale ja – a nie sądziłby inaczej było z milionami Polaków – nie dowiaduję się z tych wspomnień relacji i filmów niczego nowego. Myśmy to wszystko wiedzieli od dawna. Nie dowiaduję się także niczego nowego o mechanizmach stalinowskiego systemu, myśmy to także wiedzieli. Dowiaduję się, że to było niedobre, ale nie dowiaduję się co to spowodowało nie tyle w zakresie osobistych tragedii i martyrologii, ile w zakresie życia umysłowego, mód i fascynacji, ucieczek od ocen i równoczesnej moralistyki. Nie dowiaduję się jaki wpływ miało odrzucenie z pamięci stalinizmu na stosunek intelektualistów do „Solidarności” i na ich postawy w okresie po wprowadzeniu stanu wojennego. Nic dowiaduję się wreszcie, jaki wpływ ma zbiorowa niepamięć na poczucie tożsamości polskiego społeczeństwa, na to, z czym młody człowiek ma dzisiaj się utożsamiać, do czego odwoływać, gdzie były rzeczy cenne, gdzie chybione, co warte jest trwania, a co odrzucenia.

Kundera mistrzami niepamięci mianuje władców i ma oczywiście rację Ja jednak sądzę, że chociaż rola władzy w procesie zapominania jest niebłaha, to warto zajmować się tym, co zależy także od nas, a więc rolą i funkcjami intelektualistów. Od pierwszych bowiem momentów odchodzenia od stalinizmu uruchomiony został ten szczególny mechanizm niepamięci i to uruchomiony przez samych odchodzących. Zaś nowe lektury wywiadów, wspomnień i relacji w większym stopniu tego mechanizmu nie zmieniają ani nie podważają. A to sprawia, że ostatnie czterdzieści trzy lata przedstawiają się nam bądź jako lata kompletnego chaosu, bądź to jako lata silnego oporu i martyrologii. Jednak myśmy przez te lata żyli – ja właśnie dokładnie tyle – czytali, pisali, patrzyli na świat, porządkowali go na miarę naszych uzdolnień i możliwości, zaś nasze osobowości ani się nie rozpadły, ani nie skamieniały na kształt posągów przeszłości martwej.

A ponadto wszyscy ludzie zawodowo zainteresowani światem duchowym, i to bez względu na deklarowany sceptycyzm bądź relatywizm – szukają zawsze punktów stałych. Odrzucenie żywej historii, podważanie mitów, wreszcie miękka niepamięć polityczna władzy – wszystko to sprawia, że poszukiwania te kierują się ku wartościom elementarnym, ku sytuacjom, w których łatwo jest powiedzieć tak lub nie. Powoduje to skutki dla życia umysłowego dotkliwe, a czasem zgubne. Nie dlatego iżby nie istniał świat wartości bezwzględnych – on istnieje – lecz dlatego, że dla wierzącego w jego istnienie, przekonanego o jego istnieniu tu dopiero rozpoczynają się zasadnicze problemy, które dla wierzących wiarą bądź to ślepą, bądź to gorączkową i uproszczoną tu się właśnie kończą.

Polska jest krajem szczególnym. W Polsce – inaczej niż w większości krajów europejskich – walka duchowa nie jest dziś skierowana przeciw relatywizmowi, który nie stanowi zagrożenia, nie przeciw historycyzmowi, lecz powinna być skierowana przeciw symplifikacjom antyrelatywizmu i antyhistorycyzmu. Historia bowiem nadaje dziejom wymiar ludzki, sacrum (czy jak kto woli – mit) – wymiar nadprzyrodzony Odrzucenie jednego z tych wymiarów jest nie tylko sprzeczne z tradycją chrześcijańską ale jest także zgubne dla myślenia. O czymże tu bowiem myśleć skoro świat jest rzekomo taki prosty? O czymże tu myśleć skoro teraźniejszość – jak zawsze jest chaotyczna, przeszłości nie ma, a przyszłość w rękach Opatrzności?

Niepamięć ma wreszcie dojmujące konsekwencje dla wyobrażeń jakie intelektualiści mają o sobie samych. Niepamięć równa się bowiem nie tylko nieobecności dziejów społecznych, dziejów cudzych, ale nieobecności własnej, utracie poczucia powagi i tożsamości. Liczne miękkie przejścia z jednego świata do drugiego, z jednej wiary przez sceptycyzm do wiary drugiej, wszystko na miękko, bo przecież nie możemy się oskarżać nawzajem, bo przecież naprawdę nie wypada, skoro takie wewnętrzne swary, z satysfakcją wykorzysta przeciwnik – wszystko to słuszne, dopuszczalne i zrozumiałe Jakże tu się oburzać Ale my nie o pojedynczych ludzkich losach tu mówimy i nie domagamy się autokrytyki, lecz coraz bardziej zdumieni patrzymy, jak polskie życie duchowe wychodzi z historii. Powiada się, że zapomnieć znaczy wybaczyć – i słusznie, ale wydaje się, że jest źle, kiedy aby wybaczyć trzeba zapomnieć, zapomnieć samemu i nauczyć niepamięci świadomość społeczną.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru Res Publiki (6) 1987

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa