KONOPCZYŃSKI: Ministerstwo od uniwersytetów

Kształcenie akademickie w coraz mniejszym stopniu zależy od kadry profesorskiej, a w coraz większym od polityków


Minister Jarosław Gowin od chwili objęcia teki za swój główny cel postawił reformę szkolnictwa wyższego. Słowa i działania ministra w polskich warunkach są jednak nie reformistyczne, ale – jak na krakowskiego konserwatystę przystało – zachowawcze. Sens zwrotu “reformować” polega bowiem na tym, że jakiś obiekt znajduje się w konkretnym stanie, po czym działanie aktora ten stan odmienia. Polska nauka i szkolnictwo wyższe nie są jednak w żadnym stabilnym “status quo”. Wręcz przeciwnie, od dekad podlegają gwałtownym zmianom społecznym i systemowym. W całej historii jest tylko jedna stała: nakłady na szkolnictwo i naukę. W 2017 roku Polska wyda na ten cel 0,82 proc. PKB – mniej więcej tyle, ile w kryzysowym roku 2001r.

Kiedy myślimy o szkolnictwie wyższym, musimy dobrze zdefiniować występujących na tym polu aktorów. W przypadku Polski najsilniejszymi graczami są: państwo, środowisko akademickie oraz rynek rozumiany jako popyt (studenci) i kapitał (inwestorzy).

Powiew wolności

Na początku lat 90. polskie społeczeństwo stanęło przed nowymi, kapitalistycznymi wyzwaniami. Powiew wolności gospodarczej zdmuchnął centralne sterowanie gospodarką. Zeitgeist i eksperci przekonywali, że deregulacja jest jedynym rozwiązaniem, a prywatna inicjatywa zawsze wychodzi na dobre.

W tym duchu polityczna większość podeszła też do tematu edukacji. Komunistyczna Polska była krajem zamkniętym i zacofanym, należało więc dać społeczeństwu wolność i samorządność. Tzw. “ustawa Grzelaka” z 1990 r. przyznała władzom uczelni szerokie prawa i autonomię względem ministerstwa, którego rolę w odniesieniu do uczelni publicznych ograniczono do roli płatnika bez prawa głosu. Po raz pierwszy w powojennej Polsce wzmocniony został samorząd uczelniany, ze szczególną rolą władz rektorskich.

Jeszcze więcej swobody przyznano “prywatnej inicjatywie”. I tak każdy, kto mógł wykazać się stosunkowo niewielką gotówką na koncie mógł zostać założycielem niepublicznej uczelni wyższej. Po znalezieniu kilku firmujących kierunek naukowców można było przystąpić do rekrutowania studentów, pobierania czesnego i wydawania dyplomów. Taka inwestycja była tym lepsza, że ustawodawca zwolnił uczelnie wyższe (w tym prywatne) m.in. z podatku dochodowego CIT. Innymi słowy, przychody z działalności edukacyjnej od tego czasu są traktowane preferencyjnie względem działalności gospodarczej.

Są ludzie, jest biznes

W 1988 r. jedynie 6,5 proc. Polek i Polaków posiadało wykształcenie wyższe. Polska przeżyła ogromny wstrząs, a jej dynamika rewolucyjnie się zmieniła. Coraz mniej pracy w biznesie, a coraz więcej w: usługach, administracji i działalności przedsiębiorczej sprawiały, że wykształcenie nabrało nowego wymiaru. Wcześniej dyplom magisterski, czy inżynieryjny gwarantował stabilną i na ogół prestiżową pracę. Pozwalało to w części zminimalizować skalę obiektywnego ubóstwa społeczeństwa i duchotę autorytarnej władzy. Teraz dyplom stawał się jedną z przewag, które pracownik mógł mieć w arsenale w starciu ze zmiennym i nieprzyjaznym wolnym rynkiem pracy. Ten, kto w walce zwycięży, miał obiecane bogactwo. Na resztę miało czekać to, na co zasłużyła: bezrobocie lub w najlepszym razie marna płaca.

Zaowocowało to łatwym do przewidzenia umasowieniem edukacji wyższej. Indeks skolaryzacji netto skoczył w ciągu dekady z 10 do 40 proc. – oznaczało to, że nie co dziesiąty, a niemal co drugi maturzysta szedł na studia. Dla uczelni i kadry akademickiej oznaczało to złote lata i dużo ofert pracy. […]

Nadchodzi Europa

W ramach pogłębiania relacji z krajami zachodu Polska od 1999 r. jest stroną tzw. deklaracji bolońskiej. To dokument prawa międzynarodowego, w myśl którego państwa zobowiązują się do współpracy naukowej i akademickiej w ramach przyjętego modelu. Jego podstawy to podział studiów na trzy stopnie, jednolity system “ważenia” zajęć (ECTS), wprowadzenie wspólnego systemu opisu struktury przekazywanej wiedzy oraz aktywna promocja transgranicznej mobilności studentów i badaczy. System boloński w szybkim czasie uzyskał rolę europejskiego hegemona, według którego zasad organizowane mają być systemy szkolnictwa w poszczególnych krajach. System boloński co prawda nie doprowadził do ujednolicenia zrzeszonych w nim struktur, ale znacząco ułatwił mobilność studentów i naukowców oraz uprościł współpracę uczelni z różnych krajów.

Najbardziej znanymi programem systemu bolońskiego jest system wymian międzynarodowych (Erasmus, Socrates). To właśnie tej polityce zawdzięczamy znaczący wzrost wymiany studenckiej i naukowej. W ostatnich dekadach umożliwił on wielu studentom poznanie innych krajów, kultur i sposobów uprawiania nauki. Program ma charakter cywilizacyjny: Erasmus dał młodym Europejczykom realną szansę, na to, aby się poznali i spróbowali zrozumieć. Kiedy w 2015 r. polityk PiS Piotr Gliński skrytykował system boloński w mediach, opinia publiczna przejęła się właśnie tym, że oznacza to koniec popularnego Erasmusa.

Wdrażanie systemu bolońskiego do polskiej edukacji i szkolnictwa wyższego było programem rozpisanym na lata. Jego adaptacja miała miejsce w ramach prawa, które przyznawało uczelniom wysoki poziom samoregulacji, zmiany miały charakter głównie administracyjny. Ten etap historii polskiego szkolnictwa wyższego został najpełniej wyrażony w ustawie z czasów ministra Michała Kleibera uchwalonej tuż przed końcem kadencji koalicji SLD-UP-PSL w 2005 r.

Bolonia, czyli pretekst

Wprowadzenie nowego systemu stało się dla polityków w Polsce pretekstem do rozpoczęcia etapu permanentnych reform. Deklaratywne cele reform: umiędzynarodowienie, wzrost jakości i transparentność procedur, większa mobilność studentów zostały włączone do politycznej agendy jako częścią programu Platformy Obywatelskiej. Co najmniej od 2007 r. można mówić o stałym programie reformatorów, którego kontynuacji nie przeszkodziła nawet zmiana obozu rządzącego. Minister Gowin podąża bowiem za koncepcją wyznaczoną za czasów minister Barbary Kudryckiej.

Po 20 latach wolnej Polski politycy uznali, że nastroje społeczne uzasadniają zwiększenie kontroli nad sektorem. Polskie szkolnictwo wyższe coraz częściej nie było w stanie rozwiązać swoich patologii (“sprzedaż” dyplomów, łamanie standardów w relacjach ze studentami, obniżenie wymagań merytorycznych wobec studentów, naruszanie minimów kadrowych dla kierunków etc.). Klimat dla “projakościowej reformy” budowały też kolejne edycje międzynarodowych rankingów uczelni, w których najlepsze polskie ośrodki błąkały się na pograniczach 3, 4, czy 5ej setki.

Język samorządności i wolności został zastąpiony charakterystycznym międzynarodowym żargonem efektywności. Wraz z hasłami “podporządkować uczelnie biznesowi!” nastąpił szereg zmian ograniczających autonomię uczelni wyższych. Wbrew deklaracjom uczelnie podporządkowano nie przedsiębiorcom, ale politykom. Zmiany dotyczyły przede wszystkim kwestii pracowniczych (pogorszenie pozycji doktoranta, ograniczenie wieloetatowości) i finansowych (prowadzenie rozbudowanej sprawozdawczości jako forma “rozliczenia” dotacji publicznych). Rolę regulatora ministerstwo zrzuciło z siebie tylko formalnie, przekazując uprawnienia urzędnikom, którzy odpowiadają przed ministrem.

Przy stabilnie niskim poziomie finansowania (z pominięciem 6 proc. wzrostu w budżecie z 2014 r.) wprowadzanie reform dało okazję do wprowadzenia mechanizmów kontrolnych. Państwo poprzez swoje organy (resort, PKA, PolKA, Narodowe Centrum Nauki i inne instytucje grantowe) przejął od uczelni dużą część polityki naukowej. W nowym systemie większa część stypendiów naukowych leży w gestii podporządkowanych ministerstwu agend, zamiast zależeć od strategii uczelni. To, co miało mieć skutki “projakościowe” w efekcie doprowadziło do centralizacji zarządzania karierami naukowymi studentów i naukowców w rękach urzędników. Głos recenzentów np. w programach typu Preludium, Sonata, czy Opus jest oczywiście wymagany, ale z punktu widzenia prawa administracyjnego jest to decyzja delegowana w ramach kompetencji ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Pion polityczny ma więc mocne podstawy, aby wpływać na działalność podległych mu agencji i instytucji. Tzw. “reformy Kudryckiej” wyposażyły podległych politykom urzędników w narzędzia umożliwiające prowadzenie centralistycznej polityki naukowej.

Ostatnie lata to także szybki spadek liczby studentów w systemie. Jest on efektem zarówno niżu demograficznego (spadek zastępowalności pokoleń w latach transformacji ustrojowej spowodowany m.in. zwiększoną niepewnością statusową) jak i “wyczerpania” popytu na wykształcenie wśród osób dorosłych i starszych. Braki po PRLu w ciągu prawie trzech dekad zanikły: kto chciał i mógł na ogół już podwyższył swoje wykształcenie. […]

Nauka jako zawód, nie powołanie

W ciągu ostatnich lat radykalalnie zmieniła się także istota kariery naukowej. Jednym z efektów umasowienia edukacji wyższej jest wzrost liczby osób z doktoratem. Tylko w latach 2006-13 nastąpił wzrost o 60 proc. Gospodarka – nie tylko polska, bo problem jest globalny – nie radzi sobie z nadprodukcją osób z tak wysokimi kwalifikacjami. Sposób, w jaki ten problem rozwiązano w Polsce przynosi na myśl popularny cykl filmów “Igrzyska Śmierci”: studenci, doktoranci i doktorzy muszą rywalizować między sobą o ograniczone środki w sposób właściwy dla rynku zamówień publicznych – otwarte konkursy. Ta quasi-rynkowa metoda spowodowała proste do przewidzenia efekty: liczba osób, które są w stanie skutecznie o pieniądze rywalizować spada, bo najlepszym sposobem na to, aby konkurs wygrać jest to, że można pochwalić się sukcesami z przeszłości. Próg sukcesu w karierze akademickiej obniżono dość znacznie: teraz, aby marzyć o pracy w akademii granty trzeba zdobywać w zasadzie cały czas.

Przejście na finansowanie badań w modelu grantowym sprawiło, że naukowcy, aby myśleć o sukcesie w swojej dziedzinie muszą funkcjonować jak jednoosobowe agencje badawczo-usługowe. Praca badawcza podporządkowana jest temu, na co można otrzymać grant. O ile procedury grantowe są w pełni zrozumiałe w przypadku wysoce kosztochłonnych badań technicznych, inżynieryjnych i laboratoryjnych, to poddanie tym samym mechanizmom nauk społecznych i humanistycznych budzi poważne wątpliwości. […]

Co dalej?

“Projakościowe” plany reformy Ministra Gowina podążają w kierunku wyznaczonym przez poprzedników. Głos środowiska ograniczany jest do niezbędnego minimum – części rektorów uczelni publicznych i pewnych kręgów sektora niepublicznego. Poziom kontroli ministerstwa nad środowiskiem akademickim prawdopodobnie będzie zwiększony, a polityka grantowa i badawcza ministerstwa w mniejszym stopniu uwzględniać będzie oczekiwania badaczy. W kluczowej dla szkolnictwa wyższego rywalizacji o zakres władzy między państwem a środowiskiem te pierwsze uzyskało wyraźną przewagę. Czas pokaże, czy środowisko akademickie spróbuje zmienić wynik rozgrywki.

Nie można nie ulec wrażeniu, że zarządzający polską oświatą po 1989 nie mieli spójnego pomysłu na to, czym system szkolnictwa wyższego powinien być. Odrzucona przez polityków dekadę temu autonomia uczelni kojarzy się przede wszystkim z feudalizmem, nieprzejrzystością i arbitralnością kariery naukowej. System finansowania grantowego z kolei zaowocował oddaniem władzy w zakresie indywidualnych karier decyzjom urzędników i polityków. Nikt nie zastanowił się też na poważnie, jaki pożytek społeczeństwo mogłoby czerpać z dziesiątek tysięcy “niepotrzebnych” doktorów. Rytualne hasła o potrzebie “dostosowania uczelni do rynku pracy” w czasach, kiedy nikt nie wie, jak ten rynek będzie wyglądał za 5 lat należy skwitować tylko ironicznym uśmiechem. Nie wiemy, gdzie zmierza świat – dla środowiska akademickiego powinna być to świetna okazja do tego, aby zabrać głos i przedstawić perspektywy na to, jak te “jutro” urządzić. Niestety, w polskich warunkach na takie dyskusje miejsca jest mało, a zarządzający polską edukacją wyższą zajęci są sporem o to, kto uzyska w nim największą władzę.

______________________________________________________

Fragmenty artykułu Filipa Konopczyńskiego, który w całości ukaże się w lipcowym numerze Res Publiki. Archiwalne numery dostępne są w naszej księgarni.

______________________________________________________

Filip Konopczyński – członek Zarządu Fundacji Kaleckiego, absolwent prawa i antropologii kulturowej w ramach MISH UW. Współpracował m.in. z Biurem Rzecznika Praw Obywatelskich, Akademią NASK, czy oko.press. Publikował m.in. w Gazecie Wyborczej, Krytyce Politycznej, Kulturze Liberalnej, Kontakcie, Kulturze Współczesnej.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa