KOŁAKOWSKI: Czy może Europa zaistnieć?

Dziedzictwo Kontynentu w równym stopniu obfituje w arcydzieła, co w nikczemności i zbrodnie. Te pierwsze bywają dziełem wybitnych jednostek, te drugie efektem masowych wstrząśnień


Kiedy we wrześniu 1946 roku Winston Churchill na Uniwersytecie w Zurychu wzywał do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy, różne części kontynentu były jeszcze w ruinie; okropne rany wojenne jeszcze się nie zabliźniły. Istniały strefy okupacyjne, ale jeszcze nie istniały dwa państwa niemieckie. Churchill przypisywał obie wojny światowe niemieckiej żądzy panowania i wierzył, że Zjednoczona Europa, której przymierze francusko-niemieckie miało być filarem, pozostawi w końcu za sobą pamięć o okropnościach wojny i nie dopuści do tego, by Niemcy mogły znowu rozniecić straszliwy pożar.

Również dzisiaj podobne motywacje często się zauważa, zwłaszcza wśród Francuzów, by wspierać proces europejskiej unifikacji: Zjednoczona Europa może trzymać na uwięzi niemieckie imperialistyczne zapędy. Wszyscy wiemy oczywiście, że dzieje Europy są również dziejami wojen, czasem przeraźliwie niszczycielskich i krwawych, i że w tych dziejach nie ma niewinnych: wszystkie narody europejskie mają na sumieniu rzezie, inwazje, wyprawy zbójeckie, a chociaż w 1946 roku było rzeczą naturalną upatrywać przyczynę wojny w reżimie hitlerowskim, to jednak udział Związku Radzieckiego był znaczny: początkiem był pakt Ribbentrop-Mołotow i plan wspólnego rozbioru Polski przez dwa nienasycone w rozbojach imperializmy, chwilowo w sojuszu, lecz dobrze wiedzące, ile była warta ich przyjaźń. Churchill w swoim przemówieniu ledwo wspomniał o Związku Radzieckim i nie było jasne, czy wierzył, że również to barbarzyńskie imperium ucywilizuje się w końcu i będzie zdolne wejść do rodziny europejskiej jako jej współuczestnik, nie zaś zdobywca potrząsający już nie tylko nahajką, lecz bronią atomową.

Dziś, po więcej niż pół wieku, po ruinie komunistycznych reżimów, po tylu wysiłkach tylu ludzi, miło nam wierzyć, że Zjednoczona Europa, jeśli się uda, usunie całkiem upiory wojny z naszego horyzontu. Lecz nie wiemy, czy się uda, nie wiemy jeszcze, jaka Europa i jak zjednoczona, w jakim sensie zjednoczona. (…)

Demokratyczne zaufanie do elit

Opory przeciwko Unii Europejskiej w ogóle, a przeciwko wspólnej walucie w szczególności, nie są wynikiem racjonalnych kalkulacji, lecz powstają z obaw o utratę suwerenności państwowej. Często działa też irytacja w obliczu restrykcji i reguł, narzucanych przez biurokrację brukselską poszczególnym narodom, czasem w sposób uciążliwy i upokarzający: oto myśmy produkowali te sery przez tysiąc lat i wszyscy byli zadowoleni, a tu nagle pojawia się rozkaz z Brukseli, by zmienić recepturę produkcji, rzekomo z racji zdrowotnych.

Ma się nieraz wrażenie, że tysiące urzędników, sowicie przez Europę opłacanych, a nie płacących podatków, trudzi się, by wymyślać coraz nowe, całkiem zbyteczne a uciążliwe, przepisy i ukazy (w dawnej Rosji dekret wydawany przez cara – przyp. red.), dotyczące na przykład ogórków, dżemów czy marchwi, co budzi podejrzenie, że, po pierwsze, znacznej części tych urzędników można bez szkody się pozbyć, po drugie zaś, że są to ludzie o mentalności totalitarnej, którzy marzą o tym, żeby wszystko w świecie było identyczne, żeby usunąć wszelką historycznie narosłą różnorodność, żeby wszystkich przemocą zmusić do identycznych form życia. Opór przeciwko tej tendencji jest zarówno zrozumiały, jak godny wsparcia.

Podobną uwagę można zresztą poczynić o instytucjach politycznych. Oto prosty przykład. Brytyjska Izba Lordów, nie wybierana demokratycznie, może uchodzić za anachronizm tak samo jak monarchia. Istniała ona jednak przez wieki i, chociaż nie pochodząca z wyborów powszechnych i mająca całkiem ograniczone uprawnienia legislacyjne, pełniła w sumie nader pożyteczne funkcje w dziele reformowania kraju i niepodobna twierdzić, że sprawowała despotyczną władzę wbrew ludności. Nie pasuje do demokracji współczesnej, to prawda, lecz nie pasuje do niej także żaden proces wyłaniania się elit kulturalnych, finansowych czy przemysłowych, które ostatecznie decydują o stabilności i pomyślności kraju. Celem instytucji demokratycznych jest sprawić, by znaczenie i wpływ elit politycznych mniej więcej odpowiadały rozmiarom zaufania, jakie w nich pokłada społeczeństwo, nie jest nim natomiast samo wyłanianie elit; niepodobna w demokratycznych wyborach mianować najlepszych piłkarzy, najwybitniejszych uczonych czy poetów, najsprawniejszych menadżerów.

Jak więc rzecz się ma z suwerennością? Na próżno twierdzić, że proces jednoczenia europejskiego pozostawia suwerenność państw nietkniętą. Suwerenność jest stopniowo obcinana i będzie obcinana coraz bardziej. Suwerenność, zauważyć trzeba, nie polega na tym, by państwo mogło się nie liczyć z istnieniem, interesami i aspiracjami innych państw. W takim sensie nie są suwerenne nawet Stany Zjednoczone. Państwo jest suwerenne nie przez brak faktycznych ograniczeń narzucanych przez innych ani przez – niewykonalną – autarkię gospodarczą, ale przez to, że jakiekolwiek decyzje podejmuje, złe czy dobre, podejmuje je samo, również gdy wymusza je sytuacja albo inni: państwo, które coś postanawia w wyniku groźby sąsiadów, nie traci przez to suwerenności, jest bowiem w jego mocy postanowić inaczej, choćby wbrew własnym interesom.

Traci ją natomiast, jeśli istnieje mechanizm, mocą którego inne państwa mają prawo podejmować decyzje w jego imieniu lub bez pytania go o zgodę. Kraje należące do bloku sowieckiego nie były suwerenne, bo władze metropolii mogły podejmować w ważnych sprawach decyzje, które państwa peryferyjne, formalnie niepodległe, obowiązywały. Kiedy w różnych sprawach istotnych w Unii Europejskiej decyzje podejmowane są większością głosów uczestników Unii, bez prawa weta, kraje wyzbywają się suwerenności, zmuszone są bowiem te decyzje wprowadzać w życie, choćby wbrew własnej woli. Wprawdzie w przypadku Unii Europejskiej, inaczej niż w przypadku bloku sowieckiego, państwa członkowskie podjęły suwerenne decyzje o wstąpieniu do wspólnoty, można więc dowodzić, że dobrowolnie utraciły suwerenność, lecz nie można twierdzić, że jej po prostu nie utraciły. Gdy prawo weta działa, suwerenność nie jest naruszona.

Co tworzy naród?

Zapytać tedy należy, czy znaczne okrojenie suwerenności, a z czasem może redukcja państw członkowskich do statusu prowincji, które od władz centralnych otrzymują polecenia, jest rzeczywiście nieszczęściem. (…)

Często słyszy się taki oto głos: chcą nam odebrać suwerenność, a więc zniszczyć naszą tożsamość narodową. Jest to jednakowoż argument wątpliwy i lęk bardzo przesadny. Zbiorowości etnicznie wyróżnione, plemiona czy narody, mogą obumrzeć już to wskutek fizycznej eksterminacji przez wrogów sprawionej, już to przez to, że są kulturalnie nie dość mocne, by oprzeć się innej cywilizacji, że więc są wchłonięte przez obce narody. Nie ma wśród nas Hetytów, Wizygotów, Prusów, Jadźwingów, Azteków, Kornwalijczyków, Samojedów i niezliczonych innych plemion. Rusyfikacja przemocą narzucana narodom ZSRR, znacznie skuteczniejsza niż carska polityka, zmierzała istotnie do unicestwienia nierosyjskich kultur, celowego roztapiania małych narodów w masie rosyjskiej, niszczenia języków. Tam jednak, gdzie, jak w Unii Europejskiej, nie stosuje się gwałtu, by niszczyć narodowe odrębności, naród mógłby przestać istnieć tylko, gdyby istnieć nie chciał, gdyby z własnej woli preferował przejście do innej narodowej niszy. Nie grozi to żadnemu z dobrze zakorzenionych, kulturalnie czynnych narodów Europy: ani Polakom, ani Francuzom. (…)

Przywykliśmy ideę suwerenności przypisywać państwu narodowemu. Państwo narodowe jest stosunkowo świeżym wynalazkiem i rzadko je można spotkać w postaci doskonałej. Nie ma bodaj nic naturalnego ani oczywistego w żądaniu, by podmiotem suwerennym był tylko i zawsze naród.

Równie dobrze suwerenny może być kawałek narodu albo gromada narodów razem. Dlaczegóż ja sam nie mógłbym ogłosić, że jestem osobnym narodem i żądać suwerenności na moim terytorium? Niepodobna też podać takiej definicji narodu, by nie budziła wątpliwości w poszczególnych wypadkach i decydowała nieomylnie, kto zasługuje albo nie zasługuje na suwerenność. Jeżeli naród prawdziwie chce być suwerenny, jeśli gotów jest zapłacić cenę, jakiej wymagają okoliczności (na przykład w postaci odmowy przynależności do wspólnego rynku, czego wymaga członkostwo Unii), ma do tego prawo, lecz jeśli część narodu ogłasza się sama narodem, ma takie samo prawo.

Język stwarza trudności. Istnieje ruch niepodległościowy na Korsyce, gdzie miejscowi twierdzą, że mowa korsykańska nie jest dialektem francuszczyzny, lecz samodzielną jednostką lingwistyczną o własnych korzeniach historycznych; nie mnie osądzać te pretensje; istnieje też wśród Basków; utrwalili po raz pierwszy w dziejach własną państwowość narodową Ukraińcy, Chorwaci, Słoweńcy, Słowacy i inni, utwierdzą ją rychło Palestyńczycy. Narody mogą ginąć, ale mogą także się narodzić. Im bardziej postępuje ruch ku zjednoczeniu Europy, tym lepiej kwitną separatyzmy, nacjonalizmy, zaborcze pretensje do sąsiadów – jakbyśmy potrzebowali coraz liczniejszych straży granicznych i celników; coraz więcej słychać złowrogich głosów domagających się czystości etnicznej państwa, a jak tę czystość można praktycznie zapewnić, wszyscy wiemy – czystość etniczna to hasło ludobójcze.

Granice migracji

Z drugiej strony nie można się domagać od państw europejskich, by pozwalały się osiedlać na swoim terytorium każdemu, kto zapragnie. Prawdą jest, że migracje i mieszanki etniczne od zarania dziejów miały miejsce. W naszym wieku jednakże co najmniej trzy okoliczności zmieniły sytuację. Kiedyś migracje trwały wiekami, dzisiaj podróże z każdego miejsca na drugi koniec świata są niemal błyskawiczne. Po wtóre, imigranci korzystają z usług państwa opiekuńczego na terytorium, dokąd przybywają i nie sposób ich skazywać na śmierć głodową; lecz żaden kraj nie ma zasobów nieograniczonych. Po trzecie, są względy czysto demograficzne, sprawa samej gęstości zaludnienia. Jest prawdą, że rozmaitość etniczna jest źródłem bogactwa kulturalnego. Ale jest także nieuchronnie źródłem konfliktów.

Nie można oburzać się na rządy, które chcą imigrację dopuszczać, lecz ją ograniczać do znośnych rozmiarów; gdybyśmy żądali nieograniczonej swobody imigracji, żądalibyśmy, żeby miliard Chińczyków i tyluż Hindusów miało prawo osiedlić się bez przeszkód w Szwajcarii. Konflikty zależą też od kulturalnej zdolności do asymilacji w nowym kraju. Kiedy Polacy albo Chorwaci osiedlają się w Niemczech lub Stanach Zjednoczonych, można oczekiwać, że ich dzieci będą zgermanizowane albo zamerykanizowane, jest to bowiem zasadniczo ta sama cywilizacja. Inaczej w przypadku Turków, którzy tworzą enklawy innej kultury. A cóż powiedzieć o celowym niszczeniu kultury i tożsamości mniejszych narodów przez imperia komunistyczne lub kraje kolonialne.

W Tybecie jest, jak słyszymy, dużo więcej Chińczyków niż Tybetańczyków w wyniku celowej polityki chińskiego rządu; możemy już zrobić referendum i wykazać, że większość mieszkańców Tybetu jest za aneksją kraju przez Chiny. Sowieckie władze próbowały zaludniać podobnie Estonię i Łotwę Rosjanami, chociaż jeszcze bez tak daleko posuniętych wyników. Estończycy żądają, żeby Rosjanie tam mieszkający, jeśli chcą uzyskać obywatelstwo, wykazali się znajomością języka estońskiego. Rosjanie udają, że oburza ich takie pogwałcenie praw człowieka. Wydaje się jednak, że nie ma nic niestosownego w tym minimalnym wymogu estońskiego rządu: żądać, żeby mieszkaniec Estonii miał prawo do obywatelstwa bez znajomości miejscowej mowy, jest pozostałością rosyjskiej imperialnej bezczelności. Nikt nie musi namawiać cudzoziemców osiedlających się w Anglii do nauki języka angielskiego, jeśli chcą zostać obywatelami; każdy wie, że to jest niezbędne.

Ale powtarzam: chociaż kontrola i ograniczenie imigracji są konieczne, to żądać czystości etnicznej państwa albo przymusowego wypędzenia „obcych”, jak chcą rasistowskie partie w Europie, to wzywać do ludobójstwa. Sprawa tożsamości narodowej obfituje tedy w nieskończone komplikacje.

Powtarzam jednak: ograniczenie suwerenności wszystkich narodów należących do wspólnoty europejskiej, a także do NATO, nie zagraża tożsamości żadnego z tych narodów, o ile sam nie jest gotów z niej zrezygnować, a w tej wspólnocie, w której wszystkie kraje muszą spełniać standardy demokracji i swobód obywatelskich, nikt nie jest narażony na utratę tożsamości narodowej w wyniku przemocy i eksterminacji.

Wojna i pokój

Polska w szczególności nie ma wyboru. Gdyby nie była wstąpiła do NATO, a z czasem do Unii, niechybnie, po niedługim czasie, znalazłaby się ponownie w orbicie Rosji, do czego też sprowadzają się głosy, które atakują polski udział w europejskich strukturach. Mimo swojej degrengolady gospodarczej, wszechogarniającej korupcji i złodziejstwa, rozpadu struktur organizacyjnych, a nawet wojskowych, Rosja hoduje nadal potężne siły, które nie wyrzekły się marzeń imperialnych i w pomyślniejszych warunkach mogą wrócić do znaczenia. Nie chcecie zależności od Unii? Musicie chcieć zależności od Moskwy.

Skoro zjednoczenie skojarzone jest ze wzrostem separatyzmów i szowinizmów, za wcześnie mówić o zmierzchu państwa narodowego. Nowożytne próby jednoczenia Europy biczem – napoleońskim, hitlerowskim czy moskiewskim – zaszczepiły też nieufność zróżnicowanym ludom kontynentu. Czy jednak, zakładając dalsze trwanie tożsamości narodowych, możemy obok nich albo ponad nimi zbudować tożsamość europejską? Czy taka tożsamość istnieje, a jeśli nie, czy należy jej sobie życzyć? Czy powstała albo powstać może rzecz taka, jak patriotyzm europejski?

Z pewnością największą zdobyczą europejskiego zjednoczenia ma być trwały pokój. Czy taki pokój jest możliwy, zależy to od dodatkowych warunków, nie tylko od obecności biurokracji brukselskiej. Są to również warunki kulturalne, nie tylko militarne i gospodarcze. Często słyszymy uwagę, że I wojna światowa, jako że pozostawiła tyle roszczeń nie załatwionych, tyle poczucia krzywdy i niespełnienia, uczyniła II wojnę czymś nieuchronnym. Międzywojenne dwudziestolecie musi zatem uchodzić za krótkie interludium między dwoma kataklizmami. W rzeczywistości nie było chyba takiej nieuchronności. Druga wojna światowa pozostawiła równie wiele roszczeń nie załatwionych, pretensji niewygasłych, poczucia skrzywdzenia: aneksje sowieckie w środkowej i wschodniej Europie, utrata niepodległości przez tyle narodów, okrojenie Niemiec, okrojenie Polski, różne waśnie narodowe. Do III wojny europejskiej jednak nie doszło. Czy nie może do niej dojść? Zbyt śmiałe byłoby przypuszczenie, że jest to zasadniczo niemożliwe.


Czy pod podszewką każdej demokracji ukrywa się przemoc? O tym Res Publika w numerze Przemoc. Kup już teraz w naszej internetowej księgarni.

2-15-T-cov-wer

Wydaje się, że żaden z licznych resentymentów i terytorialnych pretensji z osobna nie ma takiej mocy, by wprawić w ruch mechanizm europejskiej samozagłady. Lecz naprawdę nie ma co do tego pewności. Spójrzmy na mapę: Północna Irlandia. Górna Adyga. Katalonia. Korsyka. Baskowie. Walia. Jeszcze raz Bośnia. Węgrzy na Słowacji. Węgrzy w Rumunii. Rosjanie na Ukrainie. Flamandowie i Waloni (pytałem kiedyś znajomego w Brukseli, czy istnieją w ogóle Belgowie, czy tylko Flamandowie i Waloni. Powiedział, że zawsze jest garstka polskich Żydów, którzy nie są ani Flamandami, ani Walonami, więc pewnie są Belgami).

Pragnienie separacji albo przeciwnie – zjednoczenia wedle zasad etnicznych jest wyrazem niepokoju, czasem desperacji, potrzeby samoutwierdzenia plemiennego w obliczu Europy zmierzającej ku federacji, nawet jeśli nie ma, jak wolno sądzić, racjonalnych powodów do strachu. Co więcej: nacjonalizm, szowinizm, ksenofobia są to odruchy proste, łatwe, łatwo też z nich przyrządzić prymitywną ideologię, wszędzie taką samą, ale wszędzie wrogą wszystkim innym.

Duchowa konstytucja Europy

Idea europejska, chociaż ma zadatki historyczne, nie daje się łatwo upowszechnić. Ściśle biorąc, jeśli Europa jest kategorią geograficzną, nie może być najoczywiściej podstawą żadnej idei; jeśli zaś ma mieć definicję kulturalną, musi ta definicja być uprzednio sformułowana, zanim wiemy, czym jest Europa. Jeżeli na przykład określić obszar Europy przez granice chrześcijaństwa zachodniego, wyłączamy z Europy Rosję, Serbię, Rumunię, Albanię, Grecję i Bośnię, ale włączamy Amerykę Północną i Południową i musimy podać racje, dla których taka definicja nie jest arbitralnym kaprysem. To prawda, istnieją antyczne korzenie, z których rozwinąć się miała kultura europejska: żydowskie, greckie, łacińskie – ale granice, gdzie te korzenie były nieprzerwanie żywe albo nadal są żywe, niełatwo określić. I dlaczego właściwie mozaizm, w którego łonie narodziło się chrześcijaństwo, mielibyśmy uważać za rzecz europejską, skoro ani geograficznie, ani językowo do Europy nie należał i został wchłonięty przez kulturę chrześcijańską na mocy nadzwyczajnych przypadków historycznych?

A czy ośmieliłby się kto powiedzieć, że Żydzi, którzy chrześcijaństwa nigdy nie przyjęli, a wpłynęli w sposób tak niesłychanie skuteczny na dzieje europejskiej kultury, do tej kultury nie należą? Czy to, co niechrześcijańskie, nie jest częścią tej kultury, a więc znaczne połacie Oświecenia, znaczne połacie ruchów socjalistycznych i ruchów liberalnych, znaczne części wolnomularstwa? Nie należą więc do Europy ani Spinoza, ani Hobbes, ani Wolter, ani Kant, ani Diderot, ani Sartre, ani dziesiątki najwybitniejszych pisarzy i myślicieli, którzy albo byli względem chrześcijaństwa obojętni czy niechętni, albo doznali potępienia przez Kościół? Ktoś mógłby rzec, że wszyscy ci ludzie byli chrześcijanami mimowiednie, w głębi ducha, lecz to należałoby udowodnić. Kościół rzymski jest kosmopolityczny z natury swego posłannictwa, a papież nieraz z dobrych powodów kładzie nacisk na potrzebę duchowych podwalin ruchu, co ma Europę jednoczyć; trzeba jednak powiedzieć, gdzie i jak ustanawia się kulturalne granice tego, co europejskie.

Ci politycy czy posłowie polscy, którzy zwalczają ruch europejski, powołując się właśnie na naszą przynależność do rzymskich, greckich i chrześcijańskich korzeni, byliby wiarygodni, gdyby mogli wykazać, iż, po pierwsze, znają łacinę i grekę, po wtóre, znają dzieje dogmatów i teologii, oraz po trzecie, że w życiu własnym dają przykład ducha ewangelicznego, a więc gardzą dobrami ziemskimi, nigdy nie dają fałszywego świadectwa, nigdy nie pożądają cudzej żony, wrogom przebaczają, są pokorni i czystego serca. Bez tego ich deklaracje będą tym, czym są – nadętym pustosłowiem.


Nowy numer Res Publiki Nowej „Jak być razem?„, o potrzebie odbudowy wspólnoty w Polsce i w Europie, jest już dostępny w naszej internetowej księgarni.


I cóż zresztą miałoby znaczyć żądanie, by Europa była chrześcijańska? Chrześcijaństwo, choć znacznie osłabione, istnieje przecież i nie jest w Europie prześladowane. Albo więc chodzi o to, żeby je narzucać przemocą prawa, w teokratycznym porządku, uczynić przymusową ideologią państwową (nie chrześcijaństwo, ściśle biorąc, lecz katolicyzm rzymski) – co jest z pewnością niewykonalne, chwalić Boga – albo o to, by bez przymusu nawracać pogan, ewangelizować i głosić Dobrą Nowinę; to z kolei jest dozwolone, jest to oczywiste zadanie dla kapłanów, ale i dla świeckich misjonarzy; tylko od ich wysiłku i dobrego przykładu, nie zaś od gróźb i prawnych ustanowień zależy, jak się powiedzie. Żadne deklaracje partyjne nie mają w tych sprawach znaczenia, szkoda papieru. Tak jest, głoście orędzie chrześcijańskie w duchu pokoju, a jeśli skutków nie widać, siebie macie winić, nie szatana.

Nie wiadomo zresztą, jak można kosmopolityzm Kościoła pogodzić z zachwytem dla sarmackiej obory albo z antychrześcijańskim mniemaniem Dmowskiego, że narody są sobie wrogami. Tyle rzekłszy, wierzę w to, że jest taka rzeczywistość jak kultura europejska i że chrześcijaństwo należy do jej rdzenia: nie w tym absurdalnym sensie, by każdy Europejczyk z osobna był chrześcijaninem albo ten, co chrześcijaninem nie jest, do tej kultury nie należał, ale w tym, że wiara chrześcijańska, na przekór wszystkim okropnościom, prześladowaniom i gwałtom, jakie towarzyszyły jej upowszechnianiu i utrwalaniu, była nośnikiem wielkich osiągnięć intelektualnych, artystycznych i moralnych naszego kontynentu i należy oddać jej hołd także w tych przypadkach, gdy siły ongiś z jej inspiracji powstałe odrywały się od źródła.

Około 20 lat temu napisałem esej (Szukanie barbarzyńcy – przyp. red.), właściwie wykład, w którym broniłem idei eurocentryzmu i zwracałem uwagę na osobliwości ducha europejskiego, w szczególności na zdolność do wyrwania się z własnego zamknięcia, zdolność do patrzenia na samego siebie oczami innych (bardzo charakterystyczną w literaturze oświeceniowej), do samokrytycznego dystansu, a więc do odmowy zakończonej i trwałej samoidentyfikacji; ta cywilizacja umiała, mimo potężnych oporów, wyzwolić ducha tolerancji, uznać rozmaitość za szczególną wartość życia, stymulować ducha wynalazczości, a zarazem sceptyczną nieufność.

Podkreślałem też, że chrześcijaństwo okazało między innymi swoją płodność w tej kulturze przez to, że odkryło drogę, która chroniła je przed dwiema przeciwstawnymi pokusami: przed manichejską czy gnostycką pogardą dla materii oraz przed panteistyczną niewrażliwością na sprawę przemożnej obecności zła. Dzięki temu ciało, świat fizyczny nie był postrzegany ani jako dzieło diabelskie, od którego uciekać trzeba, ani jako wcielenie boskości, które mamy po prostu uwielbiać, ale jako przeciwnik, którego można zniewolić. Było to duchowe zaplecze podboju natury przez Europę.

Mówimy zatem o cywilizacji europejskiej, pomijając niemożliwe do ustalenia kryteria terytorialne, lecz mając na względzie jej duchową konstytucję. Jakże jest jednak z tą konstytucją w procesach jednoczenia? Słabo. To prawda. Unia Europejska wymaga, by wszyscy jej uczestnicy spełniali wyraźne warunki ustrojowe: mają to być kraje, gdzie zapewnione są swobody obywatelskie i funkcjonują dobrze osadzone instytucje demokratyczne. To wiele, ale może nie wszystko.

Są oczywiście kryteria ekonomiczne. Kryteria natury kulturalnej są zbyt nieuchwytne, by można je było praktycznie egzekwować. Nie o to też chodzi, kto ma prawo albo nie ubiegać się o udział w Unii, ale raczej o to, czy możemy przyczynić się do tego, by fundament cywilizacyjny, owa konstytucja duchowa właśnie, był obecny i żywotny. Czy możemy? Na pewno nie przez to, że będziemy się chełpić i powtarzać, jakich to mamy antenatów znakomitych w Atenach, Rzymie i Jerozolimie. I kim są ci antenaci, na Boga?

Sokrates, czy raczej ci, co go za bezbożnictwo na śmierć skazali? Wielcy cesarze rzymscy jak August czy Marek Aureliusz, czy raczej Kaligula, Neron i Tyberiusz (przynajmniej w opisie Swetoniusza). Wielcy i czcigodni święci Kościoła czy raczej ci papieże, co organizowali krucjaty, rzezie katarów, balety kurtyzan w Watykanie? Dzieje Europy tylko chwilami były chwalebne.

Cywilizacja europejska stworzyła dwudziestowieczne totalitaryzmy: hitleryzm, komunizm, faszyzm – nie były to przecież szaleńcze urojenia kilku fanatyków, ale potężne, śmiałe, dobrze zorganizowane ruchy masowe z mocnym zapleczem ideologicznym; komunizm był zwyrodniałym bękartem oświecenia, hitleryzm był zwyrodniałym bękartem romantyzmu. Nasze dziedzictwo obfituje równie w arcydzieła, świetne pomniki ducha, co w monstrualne nikczemności i zbrodnie; te pierwsze są głównie dziełem wybitnych jednostek, te drugie głównie dziełem masowych wstrząśnień.

Jeśli chcemy, by Europa była nie tylko miejscem, gdzie rosną w górę imponujące świątynie pieniądza – towarzystwa ubezpieczeniowe, giełdy, banki – gdzie jest, w porównaniu z Azją, Afryką, Ameryką Południową, wysoki stopień zaspokojenia potrzeb materialnych, gdzie jest, co więcej, wolność słowa i praworządność, a więc wynalazki wspaniałe, bez których życie jest nie do zniesienia, jeśli chcemy ponadto, by bogactwo obrastało sztuką, co nas zachwycać będzie i by służyło łagodzeniu biedy, poprawie losu upośledzonych i by wolność słowa, która z natury rzeczy musi rodzić i upowszechniać także kłamstwa, podłości i zło, obfitowała w dzieła budujące, życiodajne i zabawne – jeśli tego wszystkiego chcemy, co możemy uczynić?

Res Publica Europaea?

Na nic nam sztuczne klejenie jakiejś ideologii czy filozofii europejskiej. Gdybyśmy chcieli mieć ideologię albo religię, albo filozofię obowiązującą, musielibyśmy najpierw zbudować tyranię, która będzie radykalnym zaprzeczeniem duchowej konstytucji Europy z jej upartą, choć tylekroć niszczoną afirmacją wolności. Bez tego będziemy mieli – jak też mamy – liczne i skłócone ideologie, religie i filozofie, zawsze w niepewności co do tego, czy i jak różne, nawet pozornie niewinne idee mogą być zapłonami niszczycielskich wybuchów (historyk niemiecko-amerykański Holborn sugerował, że wojnę Niemiec hitlerowskich ze Związkiem Radzieckim można by interpretować jako spór prawicy heglowskiej z heglowską lewicą: patrzcie, cóż za hołd złożony filozofii!).

Nie możemy też sztucznie wyprodukować – prawie nie istniejącego jak dotąd – europejskiego patriotyzmu, który będzie harmonijnie i bez skłóceń współżył z patriotyzmami plemiennymi i lokalnymi, tych zaś ani niszczyć, ani potępiać niepodobna. A jednak coś zrobić możemy.

Europa jako przestrzeń kulturalna rodziła się chyba w XVI wieku, turecka groza też się do tego przyczyniała. Erazm był Europejczykiem par excellence, włóczęgą bez plemienia; chciał być i był obywatelem świata, podobnie jak stoicy antyczni. W jego to czasach powstało to terytorium duchowe, które zwało siebie pysznie res publica litterarum, to znające się wzajem, korespondujące ze sobą grono uczonych, miłośników literatury antycznej, piszących klasyczną, nie scholastyczną łaciną, nieliczna oczywiście, ale nadzwyczaj ważna elita umysłowa Europy, świadoma swej przynależności ponadnarodowej, gdziekolwiek byli: we Florencji czy w Bazylei, w Erfurcie czy w Krakowie, w Oksfordzie czy w Lejdzie. Ta Rzeczpospolita trwała przez wiek XVII, później jednak obumarła, powstanie nowoczesnych narodów jakoś ją sparaliżowało. Czy istnieje dzisiaj, przy współczesnej łatwości przenoszenia się z miejsca na miejsce i komunikowania? Wolno wątpić.

Oczywiście, każdy z nas, trudniących się akademickimi zajęciami, bywał na niezliczonych kongresach, zjazdach i dyskusjach, w rozmaitych krajach i miastach, każdy z nas zna setki współakademików, każdy po świecie wojażował, każdy publikował czasem w międzynarodowych pismach, a mimo to wolno wątpić w istnienie humanistycznej rzeczypospolitej. Dlaczego?

Guérot: Europa jako republika. Historia Europy w XXI wieku

Być może chodzi o to, że ta dawna rzeczpospolita istniała dla dających się wyrazić zadań kulturalnych, miała reformować religię i Kościół w duchu cnót tradycyjnych, zwalczać zabobon, ciemnotę, fanatyzm, a wszystko to przez odwoływanie się do piękna i mądrości starożytnej. My też mamy, to prawda, namiastkę łaciny, angielszczyznę, ale my jej nie kochamy, nie kochamy zresztą żadnego języka, łącznie z ojczystym; tamci kochali języki antyczne, dla nas angielszczyzna jest oczywiście środkiem komunikacji. Tych, co język, swój czy cudzy, kochają, jest niewielu, niektórzy poeci, niektórzy pisarze, niektórzy językoznawcy. Ale my mamy po prostu zawody, mamy świadomość uformowaną przez potrzeby profesjonalnego życia.

Za czasów Erazma istniała już od pewnego czasu albo rodziła się właśnie wielka literatura w językach ludowych: Dante, potem Montaigne, Plejada, Kochanowski, Cervantes i inni arcymistrzowie pióra. Nie było już prawdą, że do wyłożenia rzeczy mądrych i pięknych łacina jest niezbędna. Mimo to łacina nie tylko istniała, ale kwitła. Kwitła też wiara, że uprawa sztuk wyzwolonych sama w sobie jest celem, szlachetnym i wielkim celem, choćby była udziałem nielicznych. Może się to dziwnym wydawać: był wspólny język klasy wykształconej w Europie, po czym stopniowo zaniknął razem z poczuciem obywatela europejskiego, civis mundi. Czy to samo z angielszczyzną się stanie?

Tego nie wiemy, lingwiści jednak są zdania, że języki nieuchronnie się dzielą i zmieniają, tak że po pewnym czasie różne dialekty i formy regionalne tej samej mowy nie są już wzajem zrozumiałe, a potem są nierozpoznawalne. Są odmiany angielszczyzny czy niemczyzny, których rodowici Anglicy lub Niemcy nie rozumieją. Są to na ogół twory ludowe, nieliterackie, które wydawać się mogą prymitywne, lecz pewnie nie bardziej niż były kiedyś ludowe dialekty, z których miały się wyłonić wielkie języki Europy. Pożytki z angielszczyzny są oczywiste i trudno się dziwić, że norweski lub węgierski matematyk woli udostępniać swoje rozprawy międzynarodowej uczonej widowni, a nie tylko garstce użytkowników egzotycznej na pozór mowy, w której się wychował. I w jakim języku mają rozmawiać ze sobą Japończycy z Tanzańczykami?

Nieuchronnie jednak przy tej tendencji języki ubożeją, w różnych dziedzinach trudno już dziś nieangielskie wyrażenia znaleźć; dość czytać polskie gazety (przyznaję, że zgrzytają mi wyrazy takie jak developerzy, marketing, holding, leasing). Francuzi się bronią dość uparcie, Polacy trochę, lecz z mniejszym przekonaniem. Również języki starych pozaeuropejskich kultur z wielką własną literaturą są zagrożone: na uniwersytetach krajów arabskich, o ile wiem, wykłada się po arabsku Koran i teologię, ale fizykę i chemię po francusku lub po angielsku. Profesor historii z Delhi mówił mi, że u nich również historię wykłada się w języku hindi tylko dla studentów pierwszego roku, później zaś po angielsku. Był zdumiony, gdy mu powiedziałem, że u nas wszystko się wykłada na uczelniach po polsku, również nauki matematyczne i przyrodnicze. Liczne języki czarnej Afryki giną bezpowrotnie; ginie rozmaitość, a więc bogactwo kulturalne świata.

Oswajanie pustki

Chociaż nie wiemy, czy zjednoczenie Europy się uda, chociaż nie możemy mieć pewności, że rzezie i wojny, któreśmy w ostatnich latach widzieli i widzimy w byłej Jugosławii, nie mogą się nigdy powtórzyć w innych zakątkach Europy; chociaż nie możemy absolutnie wykluczyć pojawienia się nowych (albo i starych) imperializmów z zaborczymi pretensjami, chociaż świadomość europejska czy patriotyzm europejski wegetują słabo i często są bezradne w obliczu interesów lokalnych, to jednak zjednoczona Europa, choć jeszcze nie superpaństwo, jest w interesie swoich segmentów i nie naraża ich odrębności etnicznej, o ile im samym ta odrębność nie jest obojętna.

Niebiurokratyczne wsparcie dla Europy jako przestrzeni kulturalnej jest jednak możliwe. Możliwe są mianowicie powroty do wcześnie zaczynanej edukacji skierowanej nie na umiejętności zawodowe, lecz na przyswajanie sobie tej pozornie luksusowej, a w rzeczy samej nadzwyczaj potrzebnej zdolności do rozmowy przyjacielskiej ponad interesami narodowymi i sprawami finansowymi na gruncie wielkiej tradycji. Potrzebne są nam szkoły, gdzie będzie prawdziwa wysilona nauka łaciny i greki, szkoły, które będą budziły radość z zanurzenia się w naszej wspólnej przeszłości kulturalnej. Potrzebne nam jest nauczanie historii, w którym młodzi ludzie będą uczyć się rozumienia kim są jako dziedzice przeszłości zarówno chwalebnej, jak i nikczemnej.

Jeśli utracimy przeszłość historyczną jako naszą własność, jako część nas samych, a razem z nią zdolność do odpowiedzi na pytanie o to, kim jesteśmy, utracimy nieutylitarne racje dla życia, grozi nam chaos duchowy i pustka. Dowiedziałem się z zadowoleniem, że powstały w różnych krajach środkowo- i wschodnioeuropejskich, ale także w Ameryce ośrodki, które chcą uprawiać i uprawiają sztuki wyzwolone, artes liberales, które więc służą Europie przez ukazywanie europejskiej wspólnoty duchowej. Jest to nauczanie wiedzy w tym sensie bezinteresownej, że nie służącej żadnym określonym umiejętnościom zawodowym, a w tym sensie nadzwyczajnie pożytecznej, że odkrywającej na nowo nie umarły jeszcze, ale w znacznej części utajony fundament, na którym Europa stoi.

Interesy ludzi są skłócone z natury rzeczy, nie z przypadku. W tym sensie wojny, grabieże i prześladowania są naturalne. Sam rynek nie wytwarza ludzkiej solidarności. Atmosfera rynku doradza dbałość o prywatne interesy, choć przewagi gospodarki rynkowej nad nakazową są tak oczywiste i tylekroć dowiedzione, że kwestionować ich racjonalnie niepodobna. Czasem, jak to już w XVIII wieku wiedziano, prywatne wady stają się publicznymi cnotami, a prywatne interesy, którymi każdy z osobna się kieruje, mogą w końcu służyć dobrobytowi powszechnemu. Mogą, ale nie muszą, zwłaszcza gdy tyle jest publicznych spraw, które wymagają ogromnych nakładów, a których rynek automatycznie nie załatwia.

Solidarność etniczna spojona jest bardzo często nienawiścią wobec innych plemion, choć tak być nie musi. Wspólnota europejska, o ile jest możliwa, nie wymaga nienawiści do innych kontynentów. Jest możliwa, ale rynek sam z siebie jej nie wytworzy. Na dobroczynność rynku nie liczmy wtedy, gdy robi się niebezpiecznie, a często się robi nieoczekiwanie, z przypadku.

Kultura jest także, chociaż nie tylko, oswajaniem losu, który nie kieruje się litością i nie jest nam przyjazny.


Tekst pierwotnie ukazał się w dodatku „Apokryf” nr 18 do „Tygodnika Powszechnego” nr 43/2002. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Następnie został przedrukowany Res Publice Nowej w numerze Najpierw masa, potem rzeźba 


Dziękujemy Tamarze Kołakowskiej za życzliwą zgodę na przedrukowanie tekstu na łamach „Res Publiki Nowej” oraz w materiałach towarzyszących I. Sympozjum Kołakowskiego, które odbyło się w Warszawie 18 listopada 2015 roku. Sympozjum zorganizowały: Instytut Nauk o Człowieku w Wiedniu, Uniwersytet Oxfordzki oraz Uniwersytet Warszawski. „Res Publica Nowa” była operatorem wydarzenia

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa