JEDLICKI: Organizowanie nienawiści

Jak poznać kampanie podburzania ludzi przeciwko ludziom? Przypominamy esej Jerzego Jedlickiego sprzed 30 lat, mogący być miarą przykładaną do rzeczywistości niezależnie od czasów


Poprzednicy

Pobudzanie nienawiści politycznej lub wyznaniowej tłumów, popychanie ich do zbiorowych aktów gwałtu, wymierzonych przeciwko bezbronnym grupom mniejszościowym, było środkiem dobrze znanym trybunom ludowym w starożytności, fanatycznym kaznodziejom i demagogom w średniowieczu i czasach nowożytnych.

Wraz z rozwojem masowego czytelnictwa dzienników pojawił się jednak nowy, potężny instrument zbiorowej sugestii, werbowania i podżegania, a więc instrument władzy de facto. W ciągu ostatniego stulecia instrument ten bywał sprawnie używany zarówno przez rządy, jak i przez stronnictwa opozycyjne, do różnorakich politycznych celów. Nie należy się łudzić, że chroni przed tym ustrój demokratyczny.

Demokracja wyborcza, oparta na systemie większościowym, może nawet sprzyjać demagogii i podsycaniu emocji tłumów przez rywalizujące ze sobą ugrupowania. Zapewne, różnorodność kierunków ideowych, jeśli znajduje odbicie w prasie, zabezpiecza w pewnej mierze publiczność przed propagandowym monopolem, pozwala ujawnić sprzeczne zdania i konflikty postaw, ale triumfów rozumu i tolerancji bynajmniej nie gwarantuje.

(…)

Sposoby

Pozostaje nam próba (…) analizy chwytów stosowanych w akcji psychologicznego terroru. A więc jak się to robi?

We wszystkich podobnych kampaniach momentem kluczowym jest wytworzenie psychozy zagrożenia. Jest to łatwe w czasie wojny, kiedy jeden sygnał wystarczy dla wywołania histerii szpiegomanii i „piątej kolumny”; jest to łatwe w czasie poważnego kryzysu ekonomicznego, kiedy wszyscy szukają winowajców; jest to trudniejsze w okresie względnej pokojowej stabilizacji, jak w roku 1968. Ale próbować można i schemat jest zawsze ten sam: tajemne knowania i spiski ukrytych sił, dywersanci, sabotażyści, wichrzyciele, Żydzi, masoni… przygotowania do zamachu stanu, demontażu ustroju, morderstw politycznych, w ostatniej chwili pokrzyżowane. Niebezpieczeństwo niewyraźnie określone zdaje się zawsze groźniejsze

Rzeczą ważną jest wybór grupy, która ma być sprawcą zagrożenia. Nie może to być grupa lub organizacja silna, której zaatakowanie łączyłoby się z ryzykiem odporu. Przeciwnie, musi to być grupa słaba, marginesowa, ale posiadająca takie cechy wyróżniające, które pozwolą rozegrać efekt odmienności i zarazem zasugerować słuchaczom-czytelnikom, że grupa ta ma niezwykle rozgałęzione stosunki, że jest tylko ujawnionym fragmentem czegoś wielkiego, ukrytego, jakiejś międzynarodówki. Wszyscy zawsze bardzo się boją międzynarodówek.

Innymi słowy, wróg ma być – jak się mówiło na procesach politycznych – bezsilną garstką, bo takie określenie jest hołdem dla Zwycięskiej Idei i dla Jedności Moralno-Politycznej. Ale ta bezsilna garstka, aby wzbudzić gniew ludu, musi zagrażać samym podstawom ładu społecznego i państwowego.

Zidentyfikowana tym sposobem grupa „komandosów” sama nie wystarczy, potrzebne jest jeszcze wydarzenie, które stanie się detonatorem akcji. Nie może to znów być wydarzenie wielkie, ponieważ ma ono posłużyć jedynie do ujawnienia ukrytych dotąd sił”. Ale nie może też być za małe, za błahe, skoro ma się je przedstawić jako zamach na bezpieczeństwo państwa, jako „spisek polityczny. Musi to być wydarzenie w sam raz.

Jeżeli oczekiwane wydarzenie nie następuje samo, to trzeba mu pomóc. W tym celu najlepiej jest wmanewrować wytypowaną „wrogą” grupę w taką sytuację, w której musi ona coś przedsięwziąć. Można w tym celu np. aresztować, pobić albo wyrzucić ze studiów kilku jej członków. Jeżeli sprowokowana tym sposobem reakcja grupy i jej otoczenia społecznego jest za słaba lub zbyt zlokalizowana, to można ją rozszerzyć. Np. wypędzając studentów pałkami z dziedzińca uniwersyteckiego na ulice. Próba „zamachu stanu” jest bardziej wiarygodna, jeżeli studenci demonstrują na Nowym Świecie niż jeżeli urządzają skromny wiec za bramą uniwersytecką.

Równolegle przygotowuje się logistyczne zaplecze akcji. Jej centralę instruktażową i rozdzielnię. Materiały i dossiers, zwłaszcza wybrane z tajnych kartotek. Mobilizuje się swoich ludzi w kluczowych redakcjach, możliwie różnorodnych światopoglądowo”.

Gdy to wszystko jest gotowe, spontaniczny gniew ludu może już wybuchnąć ze wszystkich szpalt.

Nasiąknięcie językiem

Kampania nienawiści musi być ogłuszająca, zmasowana, działać jak szok – zarówno na obwinionych, jak na masy. Teza tej kampanii nie musi wcale być przekonywająca w porządku racjonalnym, w odniesieniu do rzeczywistości empirycznej – nie to jest jej siłą. Język, zwielokrotniony przez wszystkie głośniki, musi stworzyć rzeczywistość własną, która z empirią będzie miała wspólne tylko niektóre punkty orientacyjne, np. nazwiska i daty.

Ta sieć językowa musi być tak gęsta i szczelna, aby prawie nie można było jej się wymknąć: język musi stać się narzędziem terroru. Nagle wszyscy dokoła, przynajmniej publicznie – wszyscy sekretarze, dziennikarze, posłowie, wreszcie i przechodnie – zaczynają mówić tym językiem, używać tych przed chwilą zaledwie narzuconych kategorii typologicznych, nazw, zbitek, fraz, epitetów, powtarzanych w tej samej formie tysiące razy. Tym językiem nasiąkają nawet ci, którzy się bronią, opierają, walczą, którzy są celem ataku.

Tak strajkujący studenci Politechniki Warszawskiej obok „prasa kłamie” oznajmią, że „odcinają się od antysemityzmu i od syjonizmu. Ci biedni studenci, którzy jeszcze parę dni przedtem nie znali w ogóle tego słowa, nie znają jego znaczenia nadal, ale już są zanurzeni w tej nowej semantyce i wiedzą, że muszą się odciąć od „syjonizmu” niczym od stryczka, na którym ktoś chciałby ich powiesić.

Pobudzenie naszych fobii

Kampania nienawiści nie odwołuje się do naszych władz poznawczych, lecz do tych mrocznych miejsc naszej psychiki, w których czają się lęki i resentymenty. Któż w końcu z nas nie ma jakichś swoich „obcych”, jakichś swoich Żydów, Niemców, Ormian czy Cyganów, których nie lubi, których się kiedyś nauczył bać albo którymi gardzi. Któż z nas nie podejrzewa od czasu do czasu, że za jego niepowodzenia życiowe odpowiedzialni są jacyś oni”, którzy mu zablokowali awans, rozwój zdolności.

Tylko że w normalnym jasnym dniu te fobie, uprzedzenia, racjonalizacje kontrolujemy przy pomocy krytycznego rozumu i trochę się ich wstydzimy. Kampania nienawiści blokuje hamulce krytycyzmu i wstydu i pozwala nam wszystkie nasze ciemne podejrzenia i antypatie odreagować do końca. Jest to wielka sprawa: teraz już nawet najtępszy adiunkt będzie przekonany, że nie został dotąd akademikiem, ponieważ zagrodziła mu drogę, monopolizując dla siebie wszystkie zaszczyty i stanowiska klika Kołakowskiego i Baczki.

Materializm detektywistyczny

Modelowanie wizerunku wroga, jego portretu zbiorowego, jest głównym zadaniem reżyserów spektaklu: w tym sprawdza się ich talent. Słuchacz i widz w tym politycznym teatrze musi zostać przekonany, że wszystko co dotychczas widział i słyszał, było tylko pozorem. Wróg zmienia maski! Dopiero teraz nastąpi zdarcie masek i szat, wielkie razobłaczenije, obnażenie prawdy. I wtedy się okaże, że wszystko jest inaczej niż się państwu zdaje.

Ruch studencki jest manipulowany przez wichrzycieli, którzy skrywają prawdziwe swoje cele. Wichrzycielom nie chodzi bowiem o wolność kultury, lecz o to, żeby Zambrowski wrócił do Biura Politycznego. Wichrzyciele są manipulowani przez bankrutów politycznych, którzy chcą się odegrać i wrócić do władzy. Bankruci są manipulowani przez międzynarodowy spisek syjonistyczny. Syjonizm jest manipulowany przez imperializm i rewizjonizm niemiecki, albo odwrotnie. Każdy jest manipulowany przez kogoś. Nic się nie dzieje z własnego popędu. Za każdym inspiratorem stoi inny groźniejszy inspirator, który pociąga za sznurki. I tak cały świat okazuje się wielkim teatrem marionetek.

Ten materializm detektywistyczny był w czasach Stalina obowiązującą wersją marksizmu, teorią procesu historycznego. To jest deformacja światopoglądu, deformacja zawodowa. Agent widzi w polityce tylko agentów – i głupi, naiwny tłum.

Gdy chodzi o przeciwnika lub raczej o ofiary kampanii nienawiści, to w obciążaniu ich najmniejsze znaczenie ma to, co ci „wichrzyciele w danym momencie mówią i co czynią. Wiadomo przecież, że „naprawdę” chodzi im o coś zupełnie innego, a policyjny dziennikarz zna ich dusze na wylot i zawsze wie, o co im chodzi, do czego zmierzają.

Winę jednostki udowadnia się nie przez kwalifikacje jej rzeczywistych czynów i słów, lecz przez przypisanie osoby. Przypisanie jest bardzo ważną techniką perswazyjną. Polega ona na tym, że policyjno-prasowy ekspert przypisuje cię do tej lub innej narodowości, wyznania, koterii politycznej. Może to uczynić na podstawie brzmienia nazwiska albo na podstawie przynależności twojego stryjecznego dziadka. A także na podstawie czegoś, co można by nazwać świadectwem zakażenia.

Różni publicyści w roku 1968 pisali o jakimś tajemniczym „stoliku w kawiarni”, przy którym lęgły się straszne plany politycznych spisków. Chodziło o stolik w maleńkiej kawiarence PIW-u przy ulicy Foksal. Przy tym stoliku siadywał niekiedy były sekretarz KW PZPR, Stefan Staszewski, szczególnie znienawidzony przez moczarowców; przychodził tam także Antoni Słonimski i przysiadał się czasem student Adam Michnik. Czy to nie wystarcza za dowód, że przy tym stoliku „bankrut polityczny” instruował wichrzycieli? To przez ten stolik komandosi „zarazili się” od strąconych w otchłań polityków, dyszących jakoby żądzą powrotu do władzy. „Zarazili się” – i zostali przypisani.

Stosując tak finezyjną technikę przypisania można dość swobodnie konstruować rodowody polityczne i ideowe. Własne i cudze. Można dojść do tego, że Antoni Słonimski jest wyzutym z narodowego poczucia kosmopolitą, natomiast Ryszard Gontarz uosabia czysty nurt polskiego patriotyzmu. Można dojść do tego, że młodzi ludzie, którzy zbuntowali się przeciwko kłamstwu i konformizmowi, ludzie urodzeni po 1945 roku, są spadkobiercami tradycji byłego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, natomiast nie jest jej spadkobiercą generał, który był prominentem tego resortu.

Dochodziło tu zresztą i dochodzi nadal do osobliwego rozdwojenia historycznej jaźni: albowiem ta tradycja b. MBP i w ogóle stalinizmu okazuje się jednocześnie dobra i zła. Z dwóch ludzi władzy, którzy – o ile wiadomo – najściślej ze sobą w tamtych latach współpracowali, Berman jest zły, ale Bierut dobry. Różański jest najgorszy, ale jego szef Radkiewicz w ogóle wyparował. Kryterium tych rozróżnień między dobrymi a złymi, lub między pamiętanymi a przemilczanymi, jest przeważnie kryterium rasowym.

Te operacje na politycznych rodowodach, operacje, którym sprzyjała nieznajomość dziejów najnowszych kraju, były od samego początku, to jest od roku 1944, ważnym elementem każdej kampanii nienawiści. W ten bowiem sposób można było swobodnie przemianowywać żołnierzy Polski Walczącej na kolaborantów, socjalistów na reakcjonistów, komunistów na syjonistów, liberałów na stalinowców, ideowców na agentów, a agentów na ideowców.

Wywoływanie echa

Inną techniką propagandową jest wywoływanie echa. Wszczęcie prasowej kampanii antysemickiej wywołało, jak łatwo można było przewidzieć, nieżyczliwe reakcje prasy zachodniej. Nasi korespondenci mieli polecenie skrupulatnego nadsyłania tych krytycznych komentarzy, które z kolei wykorzystywane były tutaj dla podbudowania tezy o „szkalowaniu Polski – oczywiście przez światowy syjonizm i jego niemieckich zwłaszcza sprzymierzeńców.

Powstawał w ten sposób zamknięty obwód; im gorzej o naszym kraju pisano za granicą, tym bardziej podniecało to sprawców złej opinii do tego, żeby zepsuć ją bardziej jeszcze. Zdawało się, że czerpią z tego procederu jakąś szczególną uciechę. Myślę, że poza zimną kalkulacją działał tu psychologiczny mechanizm projekcji: jak wiadomo ludzie, którzy nienawidzą kogoś lub czegoś, chętnie odwracają kierunek emocji. Utwierdzają się w przekonaniu, że to oni właśnie są nienawidzeni i w ten sposób usprawiedliwiają własną furię albo cynizm.

Konsekwencje społeczne

Na koniec warto zastanowić się nad pytaniem, w jakiej mierze ta kampania 68 roku była skuteczna. Nie chodzi mi tu o jej skuteczność z punktu widzenia politycznych czy kadrowych celów sztabu, lecz o to, jakie były efekty kampanii w świadomości zbiorowej narodu.

Brak badań pozwala w tej mierze tylko na pewne hipotezy.

1. A więc wydaje się, że efekt mierzony aktywizacją agresywności ludzkiej był mniejszy niż oczekiwano. W tej rozgrzanej atmosferze nad podziw mało było spontanicznych aktów agresji przeciw studentom, krnąbrnym literatom, emigrantom czy „syjonistom”, znacznie chyba mniej niż wyrazów sympatii, solidarności, współczucia.

2. Sądzę, że poważniejszy był efekt dezintegrujący. Znaczna część społeczeństwa, także inteligencji, nie przyjmując tez kampanii dosłownie, uznała jednak, że to, co się dzieje, jest po prostu dalszym ciągiem walki o władzę między różnymi frakcjami i niczym więcej – najlepiej więc trzymać się od tego z daleka. Gdy wymiana informacji jest totalnie zaburzona, nieufność względem treści przekazów nie ratuje sprawy: łączności jak nie było, tak nie ma. W r. 1968 powszechna była postawa nieufności wobec wszystkich słów i haseł, skądkolwiek płynęły. Raz jeszcze, nie ostatni, przyszło społeczeństwu płacić koszty jego segmentacji. Koszty te wzrosły straszliwie w grudniu 1970 r.

3. Do dziś w codziennych rozmowach Polaków łatwo wykryć ślady tych deformacji intelektualnych, jakie pozostawiła operacja marcowa. To przecież wtedy właśnie ugruntował się pogląd, że świat polityki jest światem totalnej manipulacji i prowokacji, światem, w którym nikt nie jest sobą i nikt nie jest wiarygodny. To przecież z tej zgeneralizowanej podejrzliwości, która wcale nie jest lepsza niż naiwność, bierze się rola plotki w naszym obiegu informacji. Plotka, nawet najbardziej absurdalna, zdaje się wiarygodna, ponieważ z natury swojej odsłania to, co ukryte. Autorytet obiegowej pogłoski jest świadectwem schorzenia świadomości społecznej.

4. Najbardziej niewymierne są koszty psychiczne, które płacą także, a może przede wszystkim, reżyserzy i uczestnicy akcji. By ująć rzecz drastycznie: chińscy hunwejbini, których uczono pluć w twarz swoim profesorem i znęcać się nad nimi na placach publicznych, irańscy fanatycy, którzy urządzali spektakle nienawiści przed ambasadą amerykańską, przez wiele lat nie będą ludźmi o normalnych odruchach i reakcjach.

U nas nie doszło chyba nigdy do takich wynaturzeń, choć były momenty, kiedy nie było do nich daleko. Historia szczucia w Polsce w każdym razie nie jest uboga. Periodycznie reżyserowane kampanie zatruwają nasze środowisko moralne i intelektualne, ustanawiając najgorsze standardy antykultury politycznej i obyczajowej. Kampanie te, obojętne przeciw komu wymierzone, usiłują zaktywizować w nas to, co mamy w sobie najbardziej nędznego: nasze zawiści, pogardę, strach, przesądy, okrucieństwo – i legitymizują te odruchy zwalniając nas z blokującego wstydu, a nawet nagradzając akty podłości. Nie lekceważmy tego treningu, może on jeszcze okazać swoje owoce.

Fragmenty eseju, który ukazał się w numerze 4/1988 „Res Publiki”. Pogrubienia pochodzą od redakcji.

Jerzy Jedlicki (1930-2018) – był historykiem idei. Zajmował się m.in. tematyką polskiej inteligencji i Marca ’68. Działacz opozycji w PRL.

Na zdjęciu Expressions of Emotion (Hate or Jealousy, Anger) z Encyclopédie 1762/77 (Domena Publiczna) 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa