GRELA: Batmobil z budżetówki

O "Przedsiębiorczym państwie" Mariany Mazzucato


W ciężkich czasach ludzie potrzebują superbohaterów. Nie bez powodu ostatnio opowiada o nich co druga hollywoodzka superprodukcja. Problem jednak z nimi taki, że postaci te możemy oglądać tylko w kinie, a to czasem nie wystarcza.

Poza salą kinową nasze fantazje o herosach próbujemy projektować na to, co dostępne. A kto nadaje się do tego lepiej niż współcześni guru biznesu: najczęściej młodzi, genialni i bajecznie bogaci, a do tego – odkąd źródłem szybkich fortun stała się branża high-tech – niczym Batman zaopatrzeni w nowoczesne, elektroniczne gadżety. Bogactwo zdobyli dzięki ciężkiej pracy, niebywałej kreatywności i nutce szaleństwa. Mało kto przy tym powie, że na to nie zasługują. To godziwe wynagrodzenie za zmienianie świata na lepsze i poświęcenie całego życia w imię piękniejszego, nowocześniejszego jutra. Kochamy Steva Jobsa, Elona Muska i Larrego Page’a czy Marka Zuckerberga.

Państwo jest nudne?

W historiach ich geniuszu jest jednak pewien przemilczany element – państwo. Geniusze, niezależnie jak uzdolnieni, nie działają przecież w próżni. Nie stworzyli swoich fortun ani wynalazków zupełnie sami. Na podorędziu mieli przez lata rzesze pracowników, często wykształconych w publicznym systemie edukacji. By swoje pomysły realizować, używali przecież często różnego rodzaju państwowej infrastruktury. O tym jednak rzadko się wspomina. Państwowe wsparcie i ulgi podatkowe nie pasują do opowieści o bohaterach. Nie pasują też do obowiązującej, co najmniej od lat 80., narracji o wyższości dynamicznego i kreatywnego sektora prywatnego nad ociężałym i zblazowanym państwem.

Mariana Mazzucato w Przedsiębiorczym państwie nie tylko zwraca państwu należne honory. Idzie o krok dalej i pokazuje, że sektor publiczny jest nie tylko wsparciem dla firm – prywatnych lokomotyw postępu. Autorka udowadnia, że w większości przypadków na przestrzeni ostatniego wieku państwo pełniło rolę pierwszego i najważniejszego poruszyciela, bez którego duża część towarzyszących nam obecnie odkryć i wynalazków nigdy by nie powstała.

Badaczka cały rozdział poświęca np. dekonstrukcji mitu Apple i Steve’a Jobsa jako genialnego innowatora. Firma z jabłkiem w logo nie tylko przetrwała swój najgorszy okres w latach 90. dzięki olbrzymim zamówieniom publicznym. Jego sztandarowe produkty – iPhone i iPad powstały w większości w państwowych laboratoriach. Dotykowy wyświetlacz, bateria, GPS i internet to efekt olbrzymich wydatków i wytężonych prac amerykańskich i brytyjskich agencji rządowych. Apple okazuje się więc przede wszystkim mistrzem marketingu. To żaden grzech, ale trudno nazwać taką firmę motorem innowacji. Widać to w wydatkach na badania i rozwój. W 2001 r. poświęcono na ten cel tylko ok. 8 proc. przychodów. I chociaż było to najwięcej w historii przedsiębiorstwa, to i tak wyraźnie mniej od konkurencji. Dziesięć lat później było to już tylko ok. 2 proc. (a firma posiadała już wtedy olbrzymie rezerwy finansowe)[1].

O ile historia Apple to tylko ciekawa ilustracja, to poruszona w innym rozdziale kwestia koncernów farmaceutycznych może budzić złość. Mimo że 75 proc. leków w USA[2] powstało dzięki publicznemu finansowaniu, to głównie prywatne firmy posiadają na nie patenty, często kupione za bezcen lub otrzymane za darmo. Przy czym zarabiają na nich krocie. Jednocześnie giganci sektora leków potrafią rocznie wydać mniej pieniędzy na badania niż na marketing czy nawet na skupowanie własnych akcji, by zwiększyć wartość giełdową firmy. Przykładem, jak źle zadziałać może pozostawienie tej sfery gospodarki sektorowi prywatnemu, jest postać jednego z najbardziej znienawidzonych ostatnio osób na świecie – biznesmena Martina Shkreliego, który kupiwszy prawa do leku niezbędnego osobom chorym na AIDS, podniósł jego cenę aż 55-krotnie – do 750 dolarów za opakowanie.

Tu nie chodzi tylko o pieniądze

Ta sytuacja jest skrajnie niedemokratyczna. To klasyczny przykład mechanizmu, który uwydatnił się chociażby podczas ostatniego kryzysu finansowego – prywatyzacji zysków i upublicznienia strat. To państwo pcha do przodu innowacje, to ono ponosi całe finansowe ryzyko wczesnych, w wielu przypadkach niekonkluzywnych badań. Finansuje je z podatków obywateli. Gdy natomiast odkrycie się powiedzie, prywatne firmy przejmują je i sprzedają ze zwielokrotnionym zyskiem (pobieranym również z portfeli obywateli), płacąc znikomej wysokości podatki.

Nie to jednak przede wszystkim próbuje powiedzieć Mazzucato. Jej książka to kubeł zimnej wody na głowy decydentów, którzy wciąż ględzą o potrzebie innowacji, a jedyne, co potrafią zrobić, to zwolnić z podatku kilka firm. Podpierając się twardymi danymi, autorka mówi jasno: jeśli chcemy prawdziwie innowacyjnych gospodarek, musimy dostrzec, jaką rolę odegrał w procesach rozwojowych sektor publiczny. Nie tylko wynagrodzić należne mu zasługi w podatkach, ale pójść dalej. Państwo musi wyzbyć się kompleksów i stać się, jak w metaforze Keynesa, tygrysem – podejmować ryzyko, przecierać nowe szlaki. Kapitał prywatny podąży za nim.

Mazzucato na podstawie olbrzymiego zbioru badań nad przedsiębiorczością w zachodnich gospodarkach podważa wiele nieustannie powielanych mitów, jak choćby te mówiące, że liczba patentów ma jakikolwiek wpływ na innowacyjność firmy, małe start-upy są skuteczniejsze od wielkich korporacji, a innowacyjność można stymulować za pomocą ulg podatkowych. Materiał dowodowy prowadzi jednak głównie do jednego wniosku: prywatne przedsiębiorstwa nigdy nie były i raczej nie zostaną głównym motorem rozwoju technologicznego. Te dążą głównie do maksymalizacji zysku. To niekoniecznie coś złego, ale zysk i innowacyjność rzadko idą w parze. Anioły biznesu i fundusze venture capital mogą okazać się niezłym wsparciem dla małych firm, ale nie wytworzą innowacji. Nie zainwestują wtedy, kiedy to kluczowe, czyli na samym początku, w badania podstawowe, gdy ryzyko porażki jest największe. Wielkie odkrycia nierzadko potrzebują czasu – zbyt wiele czasu dla nastawionych na krótkoterminowy zysk prywatnych inwestorów.

Książka włoskiej badaczki jest czymś więcej niż dekonstrukcją mitu prywatnej przedsiębiorczości. Ale nie jest jednak jeszcze szczegółowym planem reform. To właściwie olbrzymi plan strategiczny poprzedzony solidną agregacją danych. Wielkim fanem książki jest minister rozwoju Mateusz Morawiecki – autor przedmowy do polskiego wydania. Wpływ Mazzucato widać wyraźnie w jego Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Pytanie, czy w praktyce będzie on w stanie przeciwstawić się powtarzanym od dekad zabobonom o dzielnych Batmanach biznesu i fajtłapowatych Robinach państwa.


Mariana Mazzucato, Przedsiębiorcze państwo. Obalić mit o relacji sektora publicznego i prywatnego, Wydawnictwo Heterodox, Poznań 2016


Recenzja pochodzi z najnowszego numeru Res Publiki „Prawda” 
do nabycia w naszej księgarni.

[1]Mariana Mazzucato, Przedsiębiorcze państwo, Wydawnictwo Heterodox, Poznań 2016, rozdz. 5.

[2] Ibidem, rozdz. 3.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa