GOWING: Relacjonując stan wojenny

Widzieliśmy czołgi na rogach ulic, ale włóczyliśmy się po mieście w śniegu kręcąc trochę tu, trochę tam, długo w noc


 

Nik Gowing, były korespondent zagraniczny ITN prezent BBC World, reporter w Polsce podczas stanu wojennego w rozmowie z Wojciechem Przybylskim


Dostał pan nagrodę BAFTA za relacjonowanie strajków “Solidarności”, potem został pan specjalistą ds. stosunków międzynarodowych telewizji ITN, a wreszcie prezenterem BCC. W pewien sposób pańska kariera zaczyna się od “Solidarności”.

Dołączyłem do ITN jako młody korespondent w 1978 roku i spędziłem trochę czasu w Rzymie w 1979. Był to typowy przypadek młodego, głodnego wrażeń dziennikarza, rozglądającego się za okazją. I wtedy w sierpniu ‘80 w stoczni wybuchł strajk.

Musi pan pamiętać, że były to czasy teleksów i słabych linii telefonicznych. Żeby zdobyć materiał z takiego miejsca jak Polska, która leżała wtedy głęboko w bloku komunistycznym, opieraliśmy się na monopolu telewizji publicznej oraz Polskiego Agencji Prasowej. Ludzie nie mogli włączyć telefonów w gdańskiej stoczni i po prostu sfilmować tego co się działo. A media publiczne o tej sprawie mówiły, ale oczywiście w sposób politycznie poprawny.

Naprawdę trudno było wydobyć informacje o strajku i negocjacjach, które ciągnęły się przez cały sierpień. Moi koledzy z Reutersa i innych agencji wykonywali wspaniałą pracę dostając się do pobliskiego hotelu Heweliusz, by przesłać wieści na zachód, narażeni na nalot funkcjonariuszy SB.

Udało mi się dostać wizę turystyczną i przyleciałem ze Sztokholmu na pokładzie praktycznie pustego samolotu SAS. Razem ze mną leciała moja szwedzka ekipa, dwóch kamerzystów i dźwiękowiec. W drodze do Warszawy daliśmy po sobie poznać, że się znamy, bo Szwedzi nie potrzebowali wiz, a moja była tylko siedmiodniowa i byłoby jasne, że naruszam jej zasady.

Gdy dotarliśmy do Gdańska strajki wybuchały w innych częściach kraju, więc odwiedziliśmy między innymi Lublin i Łódź. Byliśmy wykończeni jazdą, unikaniem policji, i tak dalej. W końcu złapali nas w Łodzi. Spaliśmy w samochodzie, prawdopodobnie nas śledzili. Wyrzucono mnie z Polski, ale dość szybko udało mi się dostać kolejną wizę.

Potem znalazłem się w końcu w stoczni, zachowały się nawet zdjęcia, na których stoję niedaleko bramy. To było niesamowite uczucie – poziom organizacji był tak imponujący, że wyglądało to niemal na zjazd partii komunistycznej. Jedno trzeba przyznać, w komunizmie ludzie wiedzieli jak się organizować, przynajmniej na ten jeden komunistyczny sposób, nawet jeśli prowadzili akurat strajk w stoczni.

W tamtych czasach większość z tego, co udało nam się nakręcić nie wydostawało się z kraju. Wciąż używaliśmy też filmu, nie taśm wideo. Najczęściej więc musiałem dostać się do Heweliusza, ludzie w Londynie mówili mi co mają na zdjęciach, a ja przez telefon puszczałem im ścieżkę dźwiękową. Składali to wszystko w Anglii. Także każdy nagrany fragment, najdrobniejsze nawet relacje były ciężkie do zdobycia. I tak to szło do września.

Wciąż pamiętam pierwszy raz, gdy użyliśmy audio-wideo. To było podczas odsłonięcia pomnika stoczniowców poległych podczas Grudnia ‘70, w dziesiąta rocznicę pacyfikacji. Potem szybko już poszło. W ciągu kilku miesięcy zaczęto testować pierwsze połączenia satelitarne, TVP straciła też wtedy monopol na relacje telewizyjne.

A po Gdańsku?

Nie było żadnego po, Gdańsk wtedy wcale się nie skończył – wciąż wybuchały jakieś kryzysy. Ale zaczęliśmy krążyć po kraju, by relacjonować co działo się w innych miastach i w kopalniach. Jedynym sposobem na zdobycie wartościowych informacji było być na miejscu osobiście. Nikt też nie miał jasnego obrazu sytuacji, nawet najlepiej poinformowani dyplomaci z ambasady amerykańskiej czy Klubu Brytyjskiego.

Proszę opowiedzieć o tym przyjęciu, na którym był pan w Warszawie 13 grudnia.

Chciałem uczcić fakt, że w końcu dostałem akredytację na kilka miesięcy. Prawdę mówiąc, kosztowało mnie to sporo butelek whiskey i brandy, żeby na lewo przekonać wielu ludzi, w tym – co mogę powiedzieć, bo już nie żyje – ambasadora PRL w Wielkiej Brytanii, Stefana Staniszewskiego. Musiałem naprawdę nieźle się postarać, żeby dostać tę akredytację.

Przyjęcie było przy Szpitalnej 6 i było dobre. Było dużo whiskey, dużo wódki, i wszystko działo się jak trzeba aż do 22:30, gdy zaczęli przychodzić ludzie i ostrzegać nas, że odcięto teleksy i telefony.

Donoszono o ruchach wojsk i ZOMO. Ludzie zaczęli wychodzić, część schodziła do podziemia. Wróciłem do hotelu Victoria gdzie się zatrzymaliśmy i powiedziałem swojemu redaktorowi, który akurat tego dnia przyleciał do Warszawy: to co się teraz dzieje – właśnie po to tu jesteśmy. To chyba zamach stanu. Nie działają telefony, muszę znaleźć swoją ekipę, więc idę pojeździć po mieście.

Więc wiedział pan już, że ogłoszono stan wojenny…

Nie, stan wojenny ogłoszono o szóstej rano następnego dnia, gdy Jaruzelski wygłosił oświadczenie. W każdym razie, mój redaktor spojrzał na mnie, mówiąc: Jestem zmęczony, czy moglibyśmy poczekać z tym do jutra? Więc poszedłem sam i znalazłem swojego kamerzystę, bardzo pijanego, poprosiłem jego żonę, żeby spróbowała doprowadzić go do porządku, a później po niego wpadnę razem z taksówkarzem i dźwiękowcem. Wszyscy byli wtedy pijani i przestraszeni.

Udało nam się odebrać kamerę z biura zanim weszła do niego policja. Jeździliśmy potem po mieście zbierając materiał. Widzieliśmy czołgi na rogach ulic, ale włóczyliśmy się po mieście w śniegu kręcąc trochę tu, trochę tam, długo w noc. Udało nam się też ukryć nagrania, gdy zatrzymała nas policyjna blokada drogowa na drodze na Okęcie i w celach do rana. Więc nie widzieliśmy wiele z tego, co działo się potem rano.

Kiedy wróciłem do biura mój redaktor siedział tam zmarznięty i trzęsąc się powiedział: Zastanawiałem się co się z tobą działo. Stan wojenny, to się stało! Dlatego tu jesteśmy. Potem zabrałem się za montowanie raportu, używając tego, co udało nam się ukryć przed policją. Robiliśmy to w całkowitej ciszy. Potem skopiowaliśmy go kilka razy, rozebraliśmy kasetę, wyjęliśmy szpulę i poszliśmy na Dworzec Gdański, gdzie przekonaliśmy dwóch pasażerów, jeden jechał do Wiednia, drugi do Świnoujścia, żeby wzięli je ze sobą i zawieźli na zachód.

Potem przekazano mi, że osoba, która zawiozła taśmę do Berlina tak przestraszyła się wschodnioniemieckiej policji, że schowała szpulę w mechanizmie pociągowej toalety. Ktoś chodził potem po peronie na stacji Zoo w krzycząc: ITN, ITN, ITN, ale nikt nie przyszedł. Pociąg z taśmą skończył w Paryżu, gdzie trzeba było potem iść do zajezdni i przeszukiwać wagony.

Także nawet ci, którzy świetnie rozumieją dziś dziennikarstwo nie do końca rozumieją z czym się to wtedy wiązało; jak musieliśmy walczyć o każdy temat, posługując się całym swoim sprytem i odwagą przy spotkaniach z policją, uciekając się do dyplomacji, a nawet fizycznie, biegając za materiałem z masą niewygodnych urządzeń, żeby efekt końcowy trafił na wizję. Nie było wtedy telefonów komórkowych z nieograniczonym przesyłem danych.

Fot. Nik Gowing | Wikimedia Commons

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa