Górski: Umeblować Europę na nowo

Brytyjskie referendum w sprawie wyjścia z UE nie powinno stać się powodem do rozważań nad stanem demokracji, a jedynie nad porządkiem europejskim


Po wynikach głosowania w referendum w Wielkiej Brytanii o wyjściu z Unii Europejskiej komentatorzy wiele czasu i miejsca poświęcili refleksjom nad stanem demokracji i jej bolączkom. To temat wyświechtany. Sprawą znacznie pilniejsza jest umeblowanie Europy na nowo.

Utyskiwanie nad demokracją i jej stanem jest powracającym tematem refleksji politycznej w Europie od czasów starożytnej Grecji po dzień dzisiejszy. W drugiej połowie XX wieku intensywnie zaczęto zastanawiać się nad warunkami dobrze funkcjonującej i odpowiedzialnej demokracji – uszlachetnionej, by użyć określenia Thomasa Pangla, ucznia Leo Straussa. We wszystkich wizjach jednym z elementów był oświecony obywatel. To w nim upatrywano rozwiązania wielu problemów współczesnej demokracji. Ale z oświeconymi obywatelami jest jak z oświeconymi władcami, będącymi również swego czasu ideałem – nie jest to fenomen powszechny. Łączy je również to, że w jednym, jak i drugim przypadku podejmowano wiele starań by osiągnąć pożądany efekt.

Wiązały się one przede wszystkim z procesem edukacji i wpajaniem choćby minimum wiedzy o sprawach, które go dotyczą i o których będzie decydować. Jednak polityka to nie program komputerowy, w którym co najwyżej może wystąpić błąd, tylko życie społeczne pełne niewiadomych, niespodzianek, wielu czynników, które w ostateczności wpływają na decyzje polityczne. Powody głosowania każdego obywatela za konkretnym kandydatem, partią czy opcją w referendum są rozmaite. Zamiast sprowadzać je do jednej lub kilku motywacji lub intelektualnych konstrukcji, co często czynią komentatorzy i politolodzy, radziłbym stworzyć ich długą listę – każdy ma inną wiedzę i/lub wyobrażenia na temat spraw publicznych, a także oczekiwania.


O mecenacie idei i filantropii w Polsce – nowy, 224 numer Res Publiki Nowej, „Złodzieje i filantropi”. Do zamówienia już teraz w naszej księgarni http://publica.pl/filantropia

2-15-TW-cov

Czy czynnik edukacyjny zaważył na decyzji Brytyjczyków? Były ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce Charles Crawford w wywiadzie dla Gazety Wyborczej przed referendum opowiadał o tym, że jego syn, z pewnością uczący się w bardzo dobrej szkole, w programie nauczania nie ma zajęć, na których mógłby dowiedzieć się niezbędnych informacji o Unii Europejskiej. Ale jeszcze bardziej znaczące wydaje się oświadczenie dyplomaty, człowieka z niewątpliwym doświadczeniem politycznym w Europie i wiedzą na jej temat, że ostateczną decyzję podejmie dopiero nad urną. Dla porządku dodam, że skłaniał się za oddaniem głosu za wyjściem z UE. Nie przypisywałbym wiedzy lub jej braku kluczowego znaczenia przy podejmowaniu decyzji. To przeświadczenia (przed-sądy) lub emocje najczęściej mają na nie kluczowy wpływ.

Nie ma też się co obrażać na to, że demokracja opiera się w dużej mierze na emocjach. Może wskutek badań naukowych oraz nowych środków komunikacji wiele osób potrafi lepiej nimi sterować, przekuwać je na swoją korzyść. Niekiedy prowadzi to do dobrych skutków, innym do negatywnych. Taki już urok współczesnej demokracji. Często rozczarowanie wiąże się właśnie z tym, że nie udało się zawładnąć nie tyle umysłami, co właśnie emocjami większości.

Pomimo dobrych chęci zdarza się dostać czerwoną kartkę od wyborców, trudno jest pojąć czemu szlachetne idee nie przyciągają. Szuka się wtedy winnych. To droga, którą przeszły dziś słusznie krytykowane elity europejskie. Warto na ich przykładzie uczyć się efektu odwrócenia – chcąc integrować najbardziej przyczyniły się do ruchów dezintegrujących. Zabrakło wyczucia i dobrego smaku. Dziś najbardziej powinniśmy się bać nie tyle wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, co reakcji polityków europejskich chcących odpowiedzieć na tę sytuację w taki sposób, że jeszcze bardziej zniechęcą obywateli państw członkowskich do projektu europejskiego niezależnie od tego jaki on teraz nie będzie.

Dlatego tak ważne zamiast podejmowania nerwowych ruchów jest poważne podjęcie tematu kształtu przyszłej Europy. To od niego będzie zależeć los kontynentu i jego mieszkańców. Obecna sytuacja sprzyja panice tych, którzy widzą bezalternatywność obecnego projektu europejskiego jako drogi do stworzenia pożądanego porządku, jak i euforii tych, którzy widzieli w nim jedynie upadek cywilizacji europejskiej. Warto jednak spojrzeć na to nieco bardziej rozsądnie.

Brexit nie cofa Europy, nie jest też jeszcze początkiem jej końca – tym bardziej, że jeszcze nic nie możemy powiedzieć o warunkach na jakich miałoby do niego dojść, ani jaki nowe relacje zostaną ustalone między Wielką Brytanią a UE. Jest to nowa sytuacja stwarzająca zagrożenia, ale i szanse, jeśli wyciągnie się właściwe wnioski oraz zaproponują rozsądne zmiany w porządku europejskim.

Brexit burzy co najwyżej dotychczas dominującą opowieść o Europie – kontynentu integrującego się. Jeśli do niego dojdzie, po raz pierwszy liczba członków wspólnoty zmniejszy się, w dodatku o niezwykle ważnego uczestnika. I nie chodzi tu o jego siłę gospodarczą, wkład do budżetu unijnego czy siłę militarną, co z perspektywy Unii niewiele znaczy. Rola Wielkiej Brytanii polegała przede wszystkim na patrzeniu z dystansu i ocenie proponowanych działań wspólnoty, na które miała również wpływ, czego teraz zabraknie.

Wpływ Wielkiej Brytanii na integrowanie się kontynentu był szczególny i paradoksalnie wiązał się z podkreślaniem własnej odrębności, staniem z boku. Tylko dzięki temu mogło dojść do coraz większej integracji Europy. Ta specyfika sięga początków działań zjednoczeniowych na kontynencie. Kiedy jeszcze spod gruzów wielu miast wydobywał się „fetor poprzerywanych przewodów kanalizacyjnych i trupów, rozkładających się w zasypanych piwnicach”, przemierzali je liczni migranci, których mobilność utrudniali Amerykanie i Anglicy, o czym dowiadujemy się choćby z dzienników Jerzego Stempowskiego, to były premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill na uniwersytecie w Zurychu przedstawiał wizję Stanów Zjednoczonych Europy.

Za ich rdzeń uważał przywództwo francusko-niemieckie. Nie wiele miejsca poświęcił roli jaką miała w tym projekcie odgrywać Wielka Brytania. Trudno uznać, że tak łatwo oddałby pierwszeństwo innym państwom. Zrozumieć to można, kiedy cofniemy się o kilka miesięcy i przeniesiemy na kontynent Amerykański do Fulton. Wygłaszając tam słynne przemówienie, Churchill mówił o braterstwie i jedności świata anglojęzycznego. Był to czas kiedy w kręgach międzynarodowych wciąż dominował język francuski, czego okruchy są wciąż z nami obecne choćby w tym, że jest on wciąż (obok angielskiego i niemieckiego) językiem roboczym UE.

Specjalne stosunki amerykańsko-brytyjskie miały wiązać znaczną cześć naszego globu i tworzyć światową potęgę, równoważącą siłę Rosyjską. Europa miała się zjednoczyć by móc się odbudować, by zapanował pokój na kontynencie i by wzrastał dobrobyt (do tych elementów wróciła Angela Merkel odnosząc się do wyników brytyjskiego referendum).

Nic więc dziwnego, że kiedy zaczął się proces integracji kontynentu Wielka Brytania nie znalazła się wśród państw założycieli. Stanowiska wyrażane na początku okazują się niezwykle trwałe. Do dziś wielu Brytyjczyków traktuje UE jako projekt francusko-niemiecki, co może okazać się samospełniającą przepowiednią po rezygnacji Wielkiej Brytanii. Specjalne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, o których marzą Brytyjczycy są wciąż możliwe, ale pozycja Albionu nie będzie w nich już ta sama, co za czasów Churchilla, a i sojusz byłby mniej znaczący w skali świata.

Minęło blisko 25 lat zanim Wielka Brytania dołączyła do projektu europejskiego. Akcesję w 1973 roku poprzedziła próba przystąpienia na początku lat sześćdziesiątych storpedowana przez Charlesa de Gaulle’a. Jednak od samego początku była niesfornym członkiem, funkcjonującym na specjalnych warunkach. W kilka lat po przystąpieniu do Unii Europejskiej, Wielka Brytania zagwarantowała sobie korzystne warunki jeżeli chodzi o wpłaty do budżetu unijnego. Wynegocjowała również wyłączenie z konieczności przystąpienia do strefy Euro, czyli projektu mającego na celu integrację polityczną kontynentu. Doprowadziła również do podpisania tzw. protokołu brytyjskiego do Karty Praw Podstawowych, który wyłączał ją z punktu dotyczącego solidarności  – jednej z naczelnych idei powojenne Europy – w sprawach socjalnych oraz stosunków pracy (ciekawe, że również rząd PiS odciął się od tych kwestii).

Kolejnym przykładem odrębności Wielkiej Brytanii w procesie integracji kontynentu było nieprzystąpienie do strefy Schengen. To instytucja niezależna od Unii, ale niezwykle ważna z punktu budowania jedności europejskiej. I znowu Wielka Brytania stała z boku.

Mimo tych wszystkich odrębności, ekscentryczności oraz irytacji nimi pozostałych państw kontynentu, już teraz czuć tęsknotę za tym enfant terrible integracji europejskiej. Niekiedy wręcz rozpaczy za rozsypującym się zastanym porządkiem. Dzisiejszy klimat w Europie możemy porównać do tego z 1909 roku. Opisał go Jerzy Stempowski:

Panowanie trzech cesarzy zaczęło się właśnie wykruszać w wyobraźni poddanych. Koniec ustalonego porządku był już w zasięgu przewidywań. Nawet bliskość terminów dawała się chwilami odczuwać jak dreszcz poprzedzający wysoką gorączkę. Tym trudniej było wyjść myślą poza abdykację monarchów, ucieczkę ministrów, otwarcie więzień, słowem poza koniec istniejącego porządku. Wiadome było tylko, że nowy rozdział historii zacznie się od zwołania zgromadzeń konstytucyjnych. Jakie idee porządkowe i jakie interesy ludności dojdą w nich do głosu?

To pytanie i przewidzenie odpowiedzi na nie powinno zaprzątać głowę wszystkich tych, którzy wierzą w Europę. Nie będzie ona już spełnieniem marzeń poprzednich pokoleń, ani realizacją wizji sprzed dekad. Decyzja Brytyjczyków powinna skłonić obecne elity europejskie i wszystkie narody do umeblowania naszego domu na nowo, podjąć działania i wziąć odpowiedzialność za ten akt. Stoimy przed wyborem mebli oraz ich aranżacją. By dobrze czuć się we wspólnej przestrzeni musimy kierować się wyczuciem, smakiem i stylem.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa