Polska wprowadzi Chiny do Europy

O roli Polski w walce o dominację na światowym rynku finansowym - Aureliusz Pędziwol rozmawia z profesorem Bogdanem Góralczykiem


Aureliusz M. Pędziwol: Co oznacza wejście Polski do grona założycieli Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB)?

Bogdan Góralczyk: Przede wszystkim jest to ruch zaskakujący, bo Polska uchodzi, i słusznie, za bardzo bliskiego partnera Amerykanów, a Stany Zjednoczone nie zapisały się do tego przedsięwzięcia. Zrobiły to natomiast tak ważne państwa europejskie jak Niemcy, Wielka Brytania, Włochy czy Austria. To dobrze, że Polska jest wśród 57 państw-założycieli AIIB, bo będziemy wiedzieli, o co tu chodzi. Warto też podkreślić, że Polska jest w tym gronie jedynym krajem z Europy Środkowo-Wschodniej. Pozostałe ten moment przespały.

Czym ma być ten bank?

Władze chińskie chcą zrobić z AIIB instytucję modelową. To nie będą sami Chińczycy, mają tam być najlepsi eksperci i bankowcy z całego świata.

Chiny pokazują nam, że nowy tygrys wchodzi na scenę – są już zdolne do tego rodzaju przedsięwzięć instytucjonalnych, które są wyzwaniem dla systemu z Bretton Woods, czyli Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Nie ma wątpliwości, że to poważny krok. Tym bardziej, że Chiny mają środki na to, żeby taki bank rozkręcić.

Co wynika z tego, że jest się w gronie założycieli? Czy daje to dostęp do informacji, do pomysłów, do planów inwestycyjnych?

Tego jeszcze oczywiście nie wiemy dokładnie. Ale dzięki udziałowi w nasiadówkach, przynajmniej tych plenarnych, dowiemy się, o co chodzi. Nie jest też jeszcze jasne, czy wejdziemy do kręgów decyzyjnych. Podejrzewam, że ze względu na nasz potencjał raczej nie. Jeszcze dużo nie wiemy, ale statut tej instytucji ma powstać w najbliższych dwóch, trzech miesiącach, czyli między majem a lipcem tego roku.

Czy Polska jest ważnym partnerem dla Chin?

Mierzmy siły na zamiary. Chiny są kontynentem – Polska państwem liczącym niespełna 40 milionów obywateli. Wydaje się, że należytym wyjściem byłaby współpraca nie tyle z całymi Chinami, które są dla nas zbyt duże, ile postawienie na poszczególne ich regiony, zbliżone potencjałem i możliwościami do Polski – na przykład na Syczuan czy na prowincje północno-wschodnie.

Chińczycy dobrze wiedzą, że Polska leży między Rosją a Niemcami. Dla nas to było historyczne przekleństwo, dla nich jednak jest to nasz największy atut.

Traktują położenie Polski jako geostrategiczne: już wewnątrz Unii Europejskiej, ale nie w strefie euro – a zatem taniej. A do tego jeszcze na pograniczu terytoriów poradzieckich. Chiny to Państwo Środka, a Polska leży w środku Europy. Nasi politycy mogliby to rozgrywać, gdyby myśleli kategoriami geostrategicznymi.

To, że przez Polskę można wejść do Unii Europejskiej jest oczywiste. Ale żeby przez Polskę można było wchodzić także na ogarniętą wojną Ukrainę, czy znajdującą się w ustawicznym konflikcie z Polską Rosję, to chyba trudniejsze do wyobrażenia?

To jest wyobrażalne. Znaczenie Polski polega na tym, że to państwo, które jest i w przewidywalnej przyszłości będzie stabilne, bo jest członkiem Unii Europejskiej i NATO, a nie krajem ogarniętym destabilizacją. Bezpiecznie można budować w nim swój zakład, a jednocześnie jest się blisko tego rynku i można tam sprzedawać swoją produkcję.

Jakiego rodzaju chińska działalność inwestycyjna wchodzi w Polsce w rachubę?

Praktycznie każda, aczkolwiek strategia chińska nie jest do końca znana. Teraz Chińczycy wyszli z koncepcją dwóch Jedwabnych Szlaków – lądowego i morskiego. Szczególnie morski jest fascynujący, bo Chiny nigdy nie były potęgą morską, a teraz chcą nią być. To ciekawe, geostrategiczne wyzwanie wobec Stanów Zjednoczonych.

Którędy mają prowadzić te nowe Jedwabne Szlaki?

Chodzi głównie o grę na Pacyfiku i trochę na Oceanie Indyjskim. Natomiast szlak lądowy prowadzi wprost do Europy, z odnogą do Pakistanu i Afganistanu.

Szlak lądowy ma być drogowy czy kolejowy?

Wszystko, wszystko. To nie tylko budowa autostrady czy linii kolejowej, ale i rozmaite inwestycje wzdłuż tej trasy. Chińczycy przeznaczyli już na to odpowiednie środki i mówią, że w każdej chwili mogą je podnieść.

Co chcą w ten sposób osiągnąć?

Ponad dekadę temu Chińczycy rozpoczęli niesamowitą ekspansję na Afrykę. Wtedy i przez ostatnie kilkanaście lat byli na etapie zdobywania surowców energetycznych i prostej wymiany handlowej.

A teraz, w 2015 roku, jesteśmy świadkami strategicznego zwrotu w zachowaniu Chin. Surowce są im nadal potrzebne, ale na celowniku mają też innowacje, myśl techniczną, high-tech. I idą już nie w kierunku Afryki, lecz Europy.

Nie zamierzają budować przedsiębiorstw typu greenfield, czyli od podstaw, lecz raczej nastawiają się na fuzje i przejęcia. Tak jak to zrobili ze szwedzkim koncernem Volvo [kupionym w 2010 roku przez producenta samochodów Geely z Taizhou we wschodniochińskiej prowincji Zhejiang – przyp. AMP], czy polską Hutą Stalowa Wola [której cywilną część w 2011 roku przejęła firma Guangxi LiuGong Machinery z Liuzhou w regionie autonomicznym Guangxi na południu Chin – przyp. AMP].

To dobrze?

Uważam, że Polska się powinna temu przeciwstawiać, bo jesteśmy zainteresowani tworzeniem nowych miejsc pracy.

Bilans wymiany handlowej jest dziś niezwykle korzystny dla Chin.

Zawsze tak było – dziesięć albo dwanaście do jednego na rzecz Chin. Mamy już połączenie kolejowe z Łodzi do Chengdu, stolicy Syczuanu, najludniejszej prowincji chińskiej. Pociągi te jadą z towarem tak naprawdę tylko w jednym kierunku.

Jak to zmienić?

Polska nie przemyślała tego, co się stało po 2008 roku. Do dziś nazywamy te państwa Trzecim Światem, czy wręcz nierozwiniętym światem. Ale jednocześnie zaczęliśmy je nazywać terminem „emerging markets” – „wschodzące rynki”. Wśród nich mamy najludniejsze państwa świata: Chiny, Indie, Indonezję i Turcję. A Polska to przespała. Nie wypracowała żadnej strategii wobec wschodzących rynków. Po 1989 roku z absolutnie zrozumiałych względów postawiła tylko i wyłącznie na Zachód. Ale dzisiaj to za mało. Jak wykazują wszystkie statystyki, światowy wzrost gospodarczy wypracowują ostatnio właśnie wschodzące rynki.

Rozmawiamy w kuluarach Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, w ramach którego od lat odbywają się fora „Europa – Chiny” i „Afryka – Europa Centralna”, a od tego roku także „Indie – Europa Centralna” oraz „Polska – kraje Półwyspu Arabskiego”. Chce Pan powiedzieć, że to są tylko działania pozorne?

Nie. Zaczynamy o tym mówić, ale ciągle dzieje się to w sferze deklaracji. Myślę, że najbardziej solidne, bo nie tylko urzędowe, czyli formalne, jest zaangażowanie Kulczyka i jego firm w Afryce. Bo przecież są to prywatne pieniądze, których nie wysyłamy tam po to, by je stracić.

Ale akurat firmy Kulczyka nie są polskie, należą do zarejestrowanej w Luksemburgu spółki Kulczyk Investments.

Miejmy nadzieję, że to się będzie również przekładało na relacje polskie, bo on otwiera w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie specjalny kierunek przygotowujący polskie kadry do prowadzenia tego rodzaju biznesu. Czyli może być tak, że te największe pieniądze nie powędrują bezpośrednio do Polski, ale Polska na tym zyska – przede wszystkim nowe horyzonty i nowych partnerów.

Natomiast z Chinami czy z Indiami problem jest bardziej złożony, bo ten proces musi być rozłożony na lata. Jestem tu już czwarty czy piąty raz i zawsze biorę udział w panelach polsko-chińskich, czy unijno-chińskich; Indie dopiero teraz dołączają. I wiem, że z Azjatami inaczej się nie da. Te kontakty trzeba budować powoli. Tam się nie da pojechać z jedną delegacją i od razu zrobić biznes. To jest inna mentalność; musi być proces aproksymacji – zbliżania się do siebie. Niewątpliwie to forum w Katowicach taką rolę spełnia.

Pan był ambasadorem w Azji Południowo-Wschodniej. O tej części świata mało się w Polsce mówi.

Wcale się nie mówi! Na temat Azji, która jest teraz siłą napędową światowej gospodarki, mówi się w Polsce dorywczo, wybiórczo, przy okazji jakiejś sensacji albo takiego właśnie kongresu. Natomiast systematycznej wiedzy, czy głębszego zainteresowania tamtym obszarem nie ma. Niestety.

I w tym Polacy odróżniają się od swoich sąsiadów?

Nie. Tak samo jest i na Słowacji, i na Węgrzech. Robimy się zaściankiem Unii Europejskiej.

A Niemcy?

A to już jest zupełnie inna kategoria.

Niemcy jako jedyne państwo Unii Europejskiej mają strategię wobec Chin, Indii, Korei – i w efekcie tej strategii mają też zrównoważony bilans handlowy z tymi krajami.

Gdy jeżdżę do Chin i rozmawiam na tamtejszych uniwersytetach, to pytają mnie: „A co Niemcy na to?” Czasami pytają też, co mówią Francuzi. Ale nie interesuje ich opinia Unii Europejskiej. Chińczycy i Hindusi chcą rozmawiać z Berlinem, Londynem, czy Paryżem, a nie z Brukselą.

Proszę sobie dośpiewać, co to oznacza.

Bogdan Góralczyk – politolog i sinolog, profesor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 2003-08 ambasador Polski w Tajlandii, Mjanmarze i na Filipinach. Przedtem był szefem gabinetu ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza. W latach 1991-98 pracował w ambasadzie RP w Budapeszcie. Jest też autorem i współautorem książek o Chinach, Azji Południowo-Wschodniej i Węgrzech.

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa