GNIAZDOWSKI, KRÓL, WAŚKIEWICZ: Paradoks mistrza

Profesor Szacki był uczonym w najlepszym rozumieniu niedzisiejszym. Jerzego Szackiego bez czołobitności wspominają jego uczniowie


 

Andrzej Gniazdowski

Pożółkły już wtedy egzemplarz Kontrrewolucyjnych paradoksów czytałem dwadzieścia lat temu. Ich autora wyobrażałem sobie wtedy jako jednego z klasyków myśli współczesnej z niedosięgłego, intelektualnego Olimpu. Z przerażeniem dowiedziałem się, że profesor Szacki wykłada na Karowej i ma recenzować moją pracę doktorską, w której jego koncepcję tradycji potraktowałem jako tarczę strzelniczą, wycofany na z góry upatrzone pozycje hermeneutyki filozoficznej. Jego życzliwej recenzji, w której ani słowem nie wspomniał, że – jak zawstydzony dowiedziałem się wkrótce – ze stanowiskiem tym polemizował już w swoich „Dylematach historiografii idei”, zawdzięczam całą moją obecną pozycję naukową. Być może dlatego w jego obecności z trudem przychodziło mi wydusić z siebie później choćby słowo. Kiedy z kolegą z Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej zapraszaliśmy go do udziału w dyskusji panelowej Mistrzowie i Uczniowie, rozmowa toczyła się, dopóki nie zostaliśmy na chwilę sami. Po powrocie do stołu kolega zapytał nas: „O czym tak, panowie, milczycie?”. Dwa tygodnie przed śmiercią profesora mój doktorant poradził się mnie, czy wypada mu zwrócić się do niego z prośbą o opinię w sprawie stypendium, mimo że jego koncepcję tradycji poddał krytyce w swojej pracy magisterskiej. Powiedziałem mu, że nie wiem, ile człowiek potrafi znieść. I poradziłem, żeby zatelefonował.

Marcin Król

Jerzy Szacki był naszym mistrzem. Nie wszyscy, zwłaszcza znacznie od niego młodsi, zdają sobie z tego sprawę, ale to on nas nauczył historii idei. Miałem szczęście być jego studentem i wiem, że moi studenci, którzy już mają studentów dalej przekazują ten styl myślenia o humanistyce. Na szczęście tradycja ta jest wciąż żywa i nie ma powodów, by się o jej przyszłość obawiać. Jerzy Szacki był mądrym człowiekiem, nieskorym do formułowania stanowczych ocen. Jednak jego przekonanie, że liberalizm ma jeszcze w Polsce bardzo płytkie korzenie, przekonanie silnie obecne w świetnej książce Liberalizm po komunizmie okazało się trafne. Pamiętajmy o jego naukach i o tym, jak ważne jest umieć je przekazać następnym pokoleniom.

Andrzej Waśkiewicz

Profesor Szacki był uczonym w najlepszym rozumieniu niedzisiejszym. Powiedziałem o nim kiedyś w laudacji, że nie ma charyzmy showmana, przyciągającego setki studentów, ani rzutkości przedsiębiorcy budowlanego, ściągającego milionowe granty. Sądząc po publikacjach nie był też przekonany do team work, a funkcje administracyjne pełnił pewnie bez entuzjazmu. Wiem, że spodobało mu się przynajmniej to, że nie jest w nauce developerem. Sam o tym mówił, nie bez ironii, z okazji odnowienia mu doktoratu. „Tak jak każdy lubię od czasu do czasu ponarzekać. Staram się jednak zachować proporcje i nie daję sobie obrzydzić tego, co jest dzisiaj w Polsce, a nawet w tak bardzo zaniedbanej polskiej nauce. I naprawdę czasem mi żal, że jestem emerytem. Ale tylko czasem i nie za bardzo.”

Ostatni raz spotkałem go jednak przed wejściem do biblioteki uniwersyteckiej; do końca życia pozostał uczonym akademickim. Słowo „akademicki” jest charakterystycznie ambiwalentne, mamy bowiem i „akademicki spokój”, i „akademicką obojętność”; „akademicki poziom” i „akademickie rozważania”. Ambiwalencja ta odsłania złożony status uniwersytetu w społeczeństwie, instytucji legitymizującej się ostatecznie użytecznością dla „miasta”, od której oczekuje się jednak utrzymania standardów badań i nauczania właściwych dla „wieży z kości słoniowej”. Nie jestem pewien, czy współczesny Uniwersytet zdolny jest sprostać tym podwójnym wymaganiom, ale gdybym miał wskazać uczonego, który to potrafił, to bez wahania wymieniłbym właśnie profesora Szackiego.

Fot. Jerzy Szacki. Kadr z filmu „Autoportret profesora Jerzego Szackiego | TVIATVN Youtube

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa