Embargo na subwersję

W dyskusji nad odwołaniem Roku Polskiego w Rosji pojawiło się kilka przeoczeń. Pomylono ideologiczny i polityczny sens uwikłania kultury. Zbagatelizowano także jej polityczną siłę. Właściwie okazało się, że na krajową politykę kulturalną też nie mamy […]


W dyskusji nad odwołaniem Roku Polskiego w Rosji pojawiło się kilka przeoczeń. Pomylono ideologiczny i polityczny sens uwikłania kultury. Zbagatelizowano także jej polityczną siłę. Właściwie okazało się, że na krajową politykę kulturalną też nie mamy pomysłu. Wobec tego bojaźliwemu rządowi pozostało jedynie embargo na kulturę.

Treść niedawnej decyzji Rady Ministrów w sprawie odwołania planowanego na rok 2015 Roku Polskiego w Rosji wydaje się jak w zwierciadle odbijać bojaźliwość Europy wobec subwersywnych strategii wschodniego sąsiada. Ta bojaźliwość, która – jak na łamach „New York Timesa” pisał kilka dni temu Bernard-Henri Lévy – wywoływać może jedynie zniechęcenie i niesmak, rzuca pewne światło na toczącą się właśnie dyskusję nad oceną sensowności wspomnianej decyzji. Podnoszone w niej argumenty, wyrażane przez polityków z różnych stron politycznej sceny, mniej lub bardziej mainstreamowe frakcje środowiska artystycznego czy wreszcie publicystów, mimo że w wielu wypadkach interesujące a nawet celne, pomijają kilka aspektów całej sprawy.

Mając przed oczyma wyjaskrawiony przez Lévy’ego błąd bojaźliwości spróbujmy przyjrzeć się im po kolei. Po pierwsze, słychać głosy mówiące o tym, że działania kulturalne powinny być politycznie neutralne a próba uczynienia ich, jak pisze Marta Sienkiewicz „(…)narzędziem świadomego politycznego oddziaływania” jest podejrzana. Choć, tak jak Sienkiewicz, jestem krytyczna wobec decyzji o odwołaniu Roku Polskiego w Rosji trudno zgodzić mi się z tym popularnym argumentem. Dochodzi tu do pomieszania sensów w liberalnej demokracji bowiem – z definicji – kultura zyskuje neutralność wobec ideologii ale już nie polityki. Mimo bliskości pojęć, nie chodzi tu przecież o to samo.

Legitymizowanie politycznych działań

Czym innym, jeśli nie świadomym politycznym działaniem, miałyby być subwersywne artystyczne skandale? Oburzeni odebraniem możliwości prezentowania krytycznej wobec reżimu Putina sztuki twórcy to właśnie w ich sile odziaływania pokładali wielkie nadzieje. Kontestując więc polityczny wymiar działań kulturalnych warto wyraźnie wskazać źródła, z których płynie to polityczne zaangażowanie (i ewentualnie odmówić im legitymizacji) zamiast krytykować samo zjawisko uwikłania weń kultury. Mamy prawo oburzać się na aplikowanie zbyt dużej dawki polityki w obszar jakichkolwiek artystycznych wypowiedzi, czy wytykać nadmierną ideologizację sztuki – zwykle przecież chodzi tu o proporcje – ale już absurdalnym będzie dopominanie się całkowitego oddzielenia sfery kultury od polityki. Już choćby z tego względu, że jak uczy antropologia w najszerszym pojęciowym znaczeniu ta ostatnia wywodzi się z pierwszej.

Rząd nie zawinił więc w tym, że próbował politycznie wykorzystać planowane na rok 2015 wydarzenia, ani też w tym, że odwołując je wykonał wątły polityczny gest. Zawinił raczej tym, że uprawia bojaźliwą politykę. Skutkiem czego pomylił adekwatność możliwych do użycia środków i zrezygnował z jednego z elementarnych składników dyplomatycznego instrumentarium jakim są działania kulturalne.

(CC BY-NC-SA 2.0) Sunchlid57 Photography / Flickr
(CC BY-NC-SA 2.0) Sunchlid57 Photography / Flickr

Żonglowanie ideologią

Po drugie, wskazane rozróżnienie (polityka vs. ideologia) ma znaczenie także w odniesieniu do tego, co szeregując kolejne argumenty w rzeczonej dyskusji pisze Joanna Wichowska w tekście Bojkoty i manifesty. Relacjonując naiwne bądź cyniczne głosy zajętego w dużej mierze jedynie własnymi interesami środowiska artystycznego kuratorka trafnie zauważa, że kultura jako narzędzie walki o polityczne interesy (w tym wypadku interesy Kremla) ma ogromne znaczenie i, z czym mniej już jestem skłonna się zgodzić, ostrzega że realizacja planowanych wydarzeń byłaby wodą na młyn kremlowskiej propagandy.

Zapamiętały w subwersywnej, ideologicznej żonglerce Władimir Władimirowicz pewnie nie przepuściłby i tej okazji. Chcą go ubiec za sprawą rządowego bojkotu straciliśmy jedną z okazji, do tego by „(…)zająć się wyłuskiwaniem z rzesz gorliwych popleczników Putina tych, którzy gotowi są mówić o nim, o Rosji i o Ukrainie otwartym tekstem”. By rozpocząć ów proces „wyłuskiwania” niezbędna byłaby konfrontacja ze środowiskiem rosyjskich twórców. Ta jednak jak na razie została odroczona, co daje artystom i kuratorom czas na swobodne rozmyślania jak się do wspomnianego wyłuskiwania zabrać. Nie wiedzieć czemu, to działanie na zwłokę wcale nie martwi przejętej „korporacyjnymi wzorami rządowych programów wymiany kulturalnej” Wichowskiej.

Embargo w miejsce zobowiązań

Czyżby niedostrzeganie wątpliwych skutków takiego odroczenia wynikało z faktu, że nikt tak naprawdę nie ma pomysłu na to jak miałyby wyglądać alternatywne wersje akceptowalnej polityki kulturalnej? Po trzecie więc, aspektem który w całej tej dyskusji umyka nam chyba najbardziej jest sprawa słabej kondycji rodzimej polityki kulturalnej. Gdybyśmy mieli na tym polu wypracowane jasno określone, skuteczne standardy łatwiej byłoby nam operować środkami polityki kulturalnej także w międzynarodowym wymiarze.

Ogłoszona właśnie decyzja brytyjskiego parlamentu dotycząca odwołania wydarzeń trwającego od stycznia brytyjsko-rosyjskiego roku kultury nie powinna nam wcale zapewniać poczucia komfortu. Już choćby z powodu geograficznej bliskości (i co za tym idzie większego narażenia na zagrożenie) powinniśmy czuć się do takiej kulturowej dyfuzji nieco bardziej zobowiązani. Póki co bojaźliwemu rządowi pozostało jedynie embargo na kulturę. 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa