DOMARADZKI: W objęciach niepraworządnego sojuszu

Brak jednoznacznego stanowiska Unii Europejskiej w kwestii praworządności przyczynia się nie do dalszej europeizacji, lecz do prawdziwej deeuropeizacji


Uruchomienie przez Komisję Europejską art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej wobec Polski było historycznym momentem nie tylko w stosunkach między Brukselą a Warszawą, ale również dla całego procesu integracji europejskiej. Wydawało się, że Komisja pokazała kły i zarysowała granice tolerancji dla polityki głuchego telefonu uprawianej przez Jarosława Kaczyńskiego i jego rządu. Można byłoby odnieść wrażenie, że Unia na poważnie bierze się nie tylko za Polskę, ale w ogóle za problem praworządności, a pole manewru Warszawy kurczy się do desperackiej nadziei na węgierskie weto, które pozostałoby jedyną przeszkodą na drodze do pozbawienia Polski prawa głosu w Radzie UE. Wizyta Morawieckiego, nowego premiera Kaczyńskiego, w Budapeszcie miała na celu wyłącznie uzyskanie gwarancji, że Węgry nie zmienią stanowiska w tej sprawie. Chociaż jak wiadomo, w polityce nic nie jest ostateczne.

Jednakże nowy rok przyniósł nowe nadzieje nie tylko dla zwykłych obywateli, lecz także i dla nowego rządu w Warszawie. Wzmagająca się presja ze strony Unii Europejskiej zmusiła prezesa Kaczyńskiego do zmiany tonu i przeprowadzenia zmian w rządzie, które mają pokazać nowe – łagodniejsze – oblicze polskich władz wobec unijnych partnerów. Mianowanie na premiera Mateusza Morawieckiego, który uchodził za łagodne i nowoczesne oblicze polskich władz w rządzie Beaty Szydło, a także następna roszada na stanowisku szefa MSZ mają doprowadzić do nowego otwarcia.

Zanim jednak owo otwarcie rzeczywiście nastąpiło, na horyzoncie pojawił się niespodziewany sojusznik w relacjach z Brukselą. Bułgaria, która od 1 stycznia przejęła półroczne przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej nie tylko zaoferowała swoje usługi pośrednictwa między Warszawą a Brukselą, ale także jednoznacznie dała do zrozumienia, że dążyć będzie do uniknięcia dalszego procedowania art. 7 sugerując, że trudno jest przewidzieć wyniku dyskusji na ten temat. Alternatywą ma być polubowne rozwiązanie problemu między KE a Warszawą. Bułgarska elastyczność nie wynika jednak z bezgranicznej sympatii dla Polski, lecz z próby legitymizacji swojego systemu politycznego, któremu do unijnych wartości jest o wiele dalej niż Polsce. Co więcej, jest to sojusz nie tylko przypadkowy, ale i niezwykle niebezpieczny.

Przewodnictwo w Radzie UE było długo oczekiwane w Sofii. Ciężar odpowiedzialności za sprawne sprawowanie tej funkcji miał i nadal ma szczególny wydźwięk, ponieważ łączy się z panicznym strachem bułgarskich władz przed wykorzystaniem przez unijnych przywódców okazji do zwrócenia uwagi na wewnętrzne problemy Bułgarii dotyczące niezależności sądów, walki z korupcją oraz przestępczości zorganizowanej. Tym bardziej, że przełom roku przyniósł trzy spektakularne i przerażające morderstwa przywracające upiory mafijnych porachunków, które stanowiły stały element potransformacyjnej bułgarskiej rzeczywistości.

Bułgaria w cieniu Rumunii

Problemy Bułgarii i Rumunii z praworządnością są na tyle poważne, że zmusiły Komisję Europejską do uruchomienia, wraz z przystąpieniem obu państw do UE w 2007 r. specjalnie stworzonego Mechanizmu Współpracy i Weryfikacji, który corocznie dostarcza informacji na temat reform, bądź raczej ich braku, w sferze wymiaru sprawiedliwości, walki z korupcją oraz przestępczości zorganizowanej.

Po dziesięciu latach obowiązywania MWW wśród bułgarskich i rumuńskich polityków nie brakuje głosów za tym, że mechanizm należy znieść jako upokarzające i niestosowne narzędzie. Z kolei unijni biurokraci zarzekają się, że MWW jest tylko niegroźnym narzędziem pomocy Bułgarii i Rumunii w ich reformach. I chociaż obie strony dążą do umniejszenia roli MWW to jego oddziaływanie jest fundamentalne.

Po pierwsze, chociaż oficjalnie Bułgaria i Rumunia są pełnoprawnymi członkami UE, to w praktyce nie mogą przystąpić do strefy Schengen, ponieważ niektóre państwa unijne, takie jak Holandia czy Finlandia, mają zasadnicze obawy, co do skutków przyjęcia państw o niewiarygodnym wymiarze sprawiedliwości oraz wszechobecnej korupcji dla bezpieczeństwa całej strefy. Co prawda, bułgarski premier Bojko Borisow za pomocą muru na granicy turecko-bułgarskiej stara się wykorzystać kryzys migracyjny i przekonać unijnych kolegów, że Bułgaria jest w stanie bronić Unię. Świadomie przy tym ignoruje argument, że nie chodzi o granicę, ale o zasady.

Faktem jest, że doświadczenia Sofii i Bukaresztu z ostatniej dekady są odmienne. Dwa lata temu Claudia Ciobanu zauważyła w kontekście masowych protestów jakie ogarnęły Sofię i Bukareszt, że na pierwszy rzut oka identyczne protesty przeciwko nadużyciom władzy i korupcji w obu państwach miały całkowicie odmienne skutki. O ile w Rumunii narodziło się namacalne społeczeństwo obywatelskie, to w Bułgarii, był to tylko chwilowy wzrost społecznej frustracji.

Również w walce z korupcją w ostatniej dekadzie oba kraje poszły odmiennymi drogami. W Bułgarii jest ona repliką rosyjskiej rzeczywistości w pigułce. System polityczny opiera się na korupcji, ale odpowiedzialność ponoszą tylko osoby, które się juemu narażą. Jednocześnie, wysiłki władz na rzecz zwalczania korupcji skoncentrowane są na przyjmowaniu kolejnych strategii, tworzeniu bezsilnych instytucji oraz groteskowych atrapach reform rozpadających się na sali obrad bułgarskiego parlamentu.

Z kolei w Rumunii od paru dobrych lat prężnie działa Krajowa Dyrekcja Antykorupcyjna (DNA) będąca dowodem na to, że i po przystąpieniu do Unii Europejskiej można w dalszym ciągu dążyć do europeizacji, przez usprawnienie systemu politycznego i walkę z korupcją. Imponująca liczba osób pociągniętych do odpowiedzialności – w tym byłych premierów, ministrów i polityków – napotyka na ostry opór politycznych elit, które za wszelką cenę chcą utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, czego najlepszym dowodem jest i obecny kryzys rządowy. Nie zmienia to faktu, że DNA stała się symbolem zwalczania korupcji, a wszelkie próby jej osłabienia wywołują społeczne protesty. Co istotne, dzieje się tak nie przy pomocy Unii, lecz pomimo niej, ponieważ unijni przywódcy entuzjastycznie pozują do zdjęć z politykami dla których DNA jest głównym wrogiem.

O różnicy między Bułgarią i Rumunią stanowi również problem przestępczości zorganizowanej, który na południe od Dunaju zdominował życie społeczne, ekonomiczne i polityczne do takiego stopnia, że wśród bułgarskich elit intelektualnych nie brakuje porównań do rzeczywistości w Ameryce Łacińskiej.

Zresztą, jak wynika z ujawnionych przez Wikileaks notatek, o powiązaniach obecnego premiera Bułgarii z przestępczością zorganizowaną amerykański Departament Stanu wiedział już w 2005 r. Nie stoi to jednak na przeszkodzie, aby elity UE i jej państw członkowskich rozpoznawały w Bojko Borisowie ostoję proeuropejskości w Bułgarii. W obecnej sytuacji międzynarodowej, wobec rosyjskiej i tureckiej asertywności, Brexitu, kryzysu migracyjnego, greckiej niestabilności oraz środkowoeuropejskiej rebelii, Borisow jawi się jako mąż opatrznościowy zapewniający przynajmniej w Bułgarii stabilność. Stabilność, której ceną jest całkowite „porwanie” państwa, w którym nie ma niezawisłego wymiaru sprawiedliwości, walka z korupcją jest fikcją, a granica między przestępczością zorganizowaną i państwem nie istnieje. To nic, że gdy była rumuńska minister sprawiedliwości Monika Makovei odwiedziła Bułgarię dwa lata temu, bez ogródek stwierdziła, że obecny (i ówczesny) premier Bułgarii nie jest zainteresowany walką z korupcją.

Unijny parasol

Pompatyczne otwarcie bułgarskiego przewodnictwa, podczas którego Sofię odwiedzili wszyscy przewodniczący unijnych instytucji, a Donald Tusk zasłynął ze swojego przemówienia po bułgarsku, dodało wiatr w żagle bułgarskim władzom. Skoro śmietanka unijnej biurokracji uznaje dorobek i osiągnięcia rządu Bojko Borisowa, chwali organizację i łechta poobijaną bułgarską dumę narodową, to kwestia praworządności już nie istnieje.

Bojko Borisow i Jean-Claude Juncker (tyłem), fot. EU2018BG Bulgarian Presidency (CC BY 2.0)

W ten ton najlepiej wpisał się, nieprzewidywalny przewodniczący KE Juncker, który podczas swojej wizyty w Sofii, głosił, że ubolewa nad wizerunkiem Bułgarii kreowanym przez zachodnie media jako państwa skorumpowanego. W swojej istocie, jak stwierdził przewodniczący, Bułgarii brakuje asertywności, która zmieniłaby ten wizerunek. W ten sposób przewodniczący KE idealnie wpisał się w czasy post-prawdy, gdzie górę bierze propaganda, a nie prawda. Parę dni później, po wystąpieniu Borisowa w Parlamencie Europejskim przedstawiającym priorytety bułgarskiego przewodnictwa, znowu Juncker nie omieszkał podkreślić swojej radości, że w przeciągu najbliższych sześciu miesięcy częściej będzie widział swojego przyjaciela Borisowa.

Szczera sympatia unijnych przywódców dla bułgarskiego premiera ma swoje źródła w bułgarskiej postawie wobec Brukseli i Niemiec. Sofia bezkrytycznie odnosi się do wszelkich pomysłów Berlina na temat integracji, przyjmując założenie, że priorytetem jest utrzymanie strumienia unijnych pieniędzy. Bojko Borisow wie, że kluczem do sukcesu jest ślepe popieranie Niemiec w zamian za unijną kroplówkę, którą wykorzystuje jako dowód swojej skuteczności na poziomie krajowym. Dla wielu Bułgarów fakt, że za rządów Borysowa buduje się drogi i UE nie wstrzymuje funduszy, jak to było za czasów koalicji socjalistów, jest wystarczającym powodem, aby na niego zagłosować. Stopień społecznego obrzydzenia polityką jest tak wysoki, że sam fakt istnienia jakaś namiastki funkcjonowania państwa zaspokaja minimum społecznych oczekiwań.

Gra interesów a praworządność

Praworządność jest jedną z podstawowych wartości Unii Europejskiej. Jednak już jej definiowanie i przeniesienie na grunt integracji europejskiej jest czynnością wybitnie polityczną. W trójkącie między Polską, Bułgarią i Brukselą widoczne są jej trzy odmienne wizje. Dla Bułgarii, która nigdy nie przywiązywała do niej wagi, lecz nauczyła się trwać w Unii pod presją cyklicznej krytyki, jest to temat niewygodny, którego najlepiej unikać i go ignorować. Dla Polski, która wykorzystała dwa lata otwartej konfrontacji z Komisją Europejską na przeprowadzenie rewolucji w sprzeczności z zasadą praworządności, nadszedł czas poprawy wizerunku, w którym bułgarska niechęć do tego tematu czyni Sofię naturalnym sojusznikiem.

Dla Brukseli zasada praworządności powinna być gwiazdą przewodnią, lecz nią nie jest. Odmienne traktowanie polskich i bułgarskich władz w kwestii praworządności świadczy o tym, że Unii wcale nie chodzi o praworządność, lecz o stabilność krajowych elit mierzoną bezkrytycznym przytakiwaniem dla pomysłów Berlina i Brukseli. Szerokie spektrum państw członkowskich o całkowicie odmiennych doświadczeniach historycznych i politycznych zaczyna uwierać proces integracji. Tam, gdzie demokracja była pozimnowojenną nagrodą mamy do czynienia z powolnym powrotem do niedemokratycznych obyczajów w demokratycznym, bo unijnym, opakowaniu. Brak jednoznacznego stanowiska Unii Europejskiej w kwestii praworządności przyczynia się nie do dalszej europeizacji, lecz do prawdziwej deeuropeizacji.

O słabości polsko-bułgarskiego antypraworządnego sojuszu powinien chociażby świadczyć fakt, że w odróżnieniu od Warszawy bułgarskie władze deklarują chęć poparcia dla pomysłu uzależnienia unijnych funduszy strukturalnych od kwestii praworządności. W istocie tej ewidentnej hipokryzji zawarta jest kwintesencja interesu bułgarskich elit.

Głównym celem Sofii jest usankcjonowanie quasi-demokratycznego modelu politycznego, który wegetuje w unijnej oranżerii. W trudnych czasach rozważań nad przyszłością UE, bułgarskie władze postawią na państwa, które będą dyktować warunki. Wśród nich bez wątpienia będą płatnicy netto do unijnego budżetu.

To właśnie Holandia, która blokuje wejście Bułgarii do strefy Schengen, najmocniej naciska na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Sofia więc będzie dążyć do zniesienia Mechanizmu Współpracy i Weryfikacji oraz przyjęcia do Strefy Schengen, w zamian za poparcie dla połączenia praworządności i funduszy. Jednym ruchem Sofii uda się wyzwolić od upokarzającego mechanizmu, ogłosić wielki sukces przez członkostwo w Schengen, dołączyć do grona silnych w UE oraz przypieczętować niedemokratyczny charakter swojego systemu politycznego.

Ziszczenie się takiego scenariusza uczyni chwilowy sojusz z Polską zbędnym. Warszawie pozostanie wiara w roztoczoną przez Orbana tarczę ochronną, lecz Polska znajdzie się w gorszej pozycji w Unii Europejskiej. Technicznym zabiegiem liczba problematycznych krajów w UE zostanie zmniejszona, a mniejsza liczba praworządnych rozbójników pozwoli na użycie bardziej skoncentrowanej siły Brukseli, aby ich okiełznać.

Spasimir Domaradzki – ekspert w zakresie stosunków międzynarodowych. Z wykształcenia politolog, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, były stypendysta Wilbur Foundation (Stany Zjednoczone) oraz Dialog Europa Center for Excellence (Bułgaria). Wieloletni obserwator wyborów z ramienia OBWE. Członek Prezydenckiego Programu Eksperckiego „Laboratorium Idei” 2013-2014. Komentator i publicysta (TVN, TVP, Polsat News, Jedynka Polskie Radio, Polskieradio24, Nasz Dziennik, Dziennik Polski).

Fot. EU2018BG Bulgarian Presidency (CC BY 2.0

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa