Domaradzki: Szczyt farsy

Unia Europejska złoży haracz nowemu Sułtanowi w Ankarze w nadziei, że łaskawie zmieni swój stosunek do kryzysu uchodźczego


W poniedziałek odbył się w Brukseli długo oczekiwany szczyt Turcja – Unia Europejska. Uwaga rozmówców miała skupić się przede wszystkim na kryzysie uchodźczym i jego rozwiązaniu dzięki aktywnej współpracy obu stron – zgodnie z wizją Europy Angeli Merkel. Zanim jednak przyjdzie czas na ocenę postanowień samego szczytu, należy przyjrzeć się rzeczywistości.

Za namową austriackich władz i w ślad za wdrożonym przez nie rozwiązaniem, państwa tzw. „szlaku bałkańskiego” wprowadziły dzienne limity osób przepuszczanych przez granice. Zawężenie strumienia przepływu uchodźców i imigrantów pozwoliło poszczególnym państwom nabrać trochę powietrza, ale zdecydowanie pogorszyło sytuację Grecji. Ateny zresztą kapitulując przed koniecznością ochrony własnych granic, domagały się, aby pozostałe państwa leżące na trasie czyniły to samo na zasadzie: „skoro Niemcy zapraszają, to my nie będziemy przeszkadzali”. Grecy tak bardzo wzięli sobie do serca rolę „schodów ruchomych”, że nawet nie uznali za konieczne, by tworzyły pozory realizacji rozwiązań proponowanych przez Komisję Europejską, jak chociażby niezbędna ilość miejsc w obozach dla uchodźców, na które zresztą dostali środki z UE. Głośno reklamowane „hot spoty”, czyli punkty rejestracji migrantów, nadal nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań. Zresztą, nikt w Europie nie łudzi się, że Grecja może w jakikolwiek sposób przyczynić się do rozwiązania kryzysu migracyjnego. Wobec tej kapitulacji nie dziwi fakt, że pomysły na przeniesienie granicy UE bardziej na północ, są jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Zresztą, paradoksalnie, dzisiaj granicy UE chronią Bułgaria, która jest poza strefą Schengen, i Macedonia, której daleko jest do członkostwa w UE. Oba te państwa są jednak na cenzurowanym organizacji międzynarodowych ze względu na sposób traktowania przybyszów.


Zwróćmy masom demokrację! Nowy numer Res Publiki: „Najpierw masa, potem rzeźba” już w sprzedaży. Zamów go w naszej internetowej księgarni!

2-15-FB-cov

W największym skrócie, według Angeli Merkel klucz do rozwiązania kryzysu leży zatem w Ankarze. Jeżeli tylko Turcy potraktują sprawę poważnie, to ogromne ilości napływających do Europy ludzi zmaleją – chociażby z tej strony. Trudno nie odnieść wrażenia, że w Berlinie prym bierze przekonanie, że tylko Niemcy wiedzą co robią. Zagadką pozostaje pytanie, dlaczego Berlin wierzy, że Ankara nie ma pojęcia, co się dzieje? Jak donoszą media, tak naprawdę na szczycie nie omawiano unijnej propozycji dla Turcji, lecz tureckiej dla Unii. Kto jest zatem głównym rozgrywającym? Zwróćmy uwagę na proponowane rozwiązania: Turcja musi ukrócić napływ imigrantów, na co dostanie wsparcie finansowe (od 3 do 6 mld euro w dłuższej perspektywie) i jak to emocjonalnie i humanitarnie ujął turecki premier Davutoglu: „Turcja nie będzie JUŻ patrzyła, jak kobiety i dzieci toną w morzu”. Proste, skuteczne i naiwne. Do tej pory Ankarze nie przeszkadzali ginący ludzie. Symbol dramatu, jakim było ciało sześcioletniego chłopczyka na tureckiej plaży nie wywołało jakiekolwiek skruchy władz tureckich, związanych z uczestnictwem w tym dramacie. Co więcej, dzisiaj za realizację tego masowego przestępstwa dostaną wsparcie ze strony wspaniałomyślnej Unii Europejskiej. Złoży ona haracz nowemu Sułtanowi w Ankarze w nadziei, że łaskawie zgodzi się zmienić swój stosunek do całego problemu.

Co więcej, przed szczytem Turcy skutecznie podbili stawkę. Niespodziewanie sprawy, które dawno temu odsunięto na dalszy plan nagle ujrzały światło dzienne. Proces negocjacji członkowskich między UE a Turcją, który stał w miejscu od niemal dziesięciolecia, ma teraz z impetem ruszyć ponownie. Do tej pory, choć otwarto piętnaście rozdziałów negocjacyjnych, zamknięto tylko jeden. Teraz UE ma otworzyć lub odmrozić kolejne pięć. Co więcej, jedna z głównych przyczyn unijnej wstrzemięźliwości, czyli swobodny przepływ Turków do UE, ma również ulec rozluźnieniu. Do czerwca ma obowiązywać ruch bezwizowy, a Davutoglu mówi o „naszym kontynencie Europa”. Czyli kryzys migracyjny rozwiążemy otwarciem granic Europy dla osiemdziesięciomilionowego narodu. Czy nie lepiej zatem zostać przy obecnym kryzysie, zamiast wywoływać alternatywny? Co więcej, czy chociaż przez chwilę ktoś zastanowił się, jak potencjalna debata nad zbliżeniem z Turcją odbije się na wysiłkach utrzymania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej? Jakie argumenty zwolennikom pozostania w Unii Europejskiej dostarczy obraz Europy klęczącej przed tureckim bezprawiem? Kto zgodzi się przyjąć państwo tłamszące jakiekolwiek formy demokratycznej opozycji?

Ankara postanowiła wziąć się za Unię Europejską. Wyczuwając jej słabość zaczęła wykręcać jej ręce wiedząc, że Unia nie tylko nie chce, ale i nie może oddać. Jeżeli sam przewodniczący Tusk widzi nadzieję w zgodzie się na tureckie propozycje, to nie może być mowy o żadnym przełomie – jedynie porażce. Jak zresztą interpretować ideę przesiedlenia uchodźców bezpośrednio z Turcji do UE według formuły, że za jedną odesłaną osobę z Grecji do Turcji, Unia Europejska przyjmie jednego Syryjczyka z tureckich obozów? Argument, że takie rozwiązanie będzie promowało legalny wjazd do UE zamiast nielegalnego, wcale nie rozwiązuje problemu, jakim jest rosnący opór społeczny w państwach unijnych wobec narastającej fali imigrantów. Dzisiaj, gdy problemem nie jest to ile jeszcze osób przyjąć, a co z nimi zrobić, wprowadzanie takich rozwiązań jest niczym innym jak kolejnym brukselskim absurdem i dowodem ignorowania głosu społeczeństw. Biorąc pod uwagę koszty odesłania nielegalnego imigranta, które zapewne weźmie na siebie UE, warto się zastanowić, czy taka wymiana w ogóle ma sens?

Kanclerz Merkel trwale obstaje przy swoim rozwiązaniu kryzysu wierząc, że polityka rozdawnictwa unijnych pieniędzy i udobruchania niegrzecznego sąsiada rozwiąże problem. Chciałbym wierzyć, że zakres możliwych narzędzi w rękach UE wynika z zachodnich wartości, których Unia strzeże. Tak jednak nie jest. Dzisiaj Unia po raz kolejny udowadnia, że żadne wartości nie mają znaczenia. W momencie, gdy w Turcji łamane są podstawowe prawa człowieka, a czwarta władza jest świadomie i systematycznie niszczona, opływający w dobrobycie brukselscy urzędnicy przy akompaniamencie Berlina wierzą, że wszystko da się kupić. Wielki dylemat stanowi fakt, że jedyne praktyczne wysiłki na rzecz zażegnania kryzysu podejmowane są przez państwa, które odwróciły się od lansowanej przez Niemcy polityki. Paradoksalnie, im lepiej będą one sobie radziły, tym Niemcy głośniej będą mogli krzyczeć, że ich polityka jest skuteczna. Gdy Niemcy domagają się, żeby w deklaracji końcowej szczytu unikać stwierdzenia, że szlak bałkański został zamknięty, Słoweńcy i Serbowie ogłaszają, że nie będą już przyjmowali osób bez odpowiednich dokumentów. Prawdziwe kroki rozwiązania kryzysu podejmowane są na Bałkanach przez kolejne rządy, a nie w Brukseli czy Berlinie.

Wracając do kwestii Turcji, faktem jest, że nie można układać się z państwem, które tak naprawdę wykonało zwrot w kierunku autorytaryzmu. Gdyby tureckie żądania uwzględnione na szczycie zostały zrealizowane, państwa unijne musiałyby się niebawem poważnie zastanawiać nad perspektywą członkostwa Turcji w Unii. Jak wiadomo, w tym temacie nie tylko nie ma jednomyślności w UE, ale istnieje grupa państw, która twardo opowiada się przeciw takiemu rozwiązaniu. Podążanie tym tropem jest nie tylko kolejną ślepą uliczką, ale dodaje kolejny nierozwiązywalny problem do listy niecierpiących zwłoki.

Turcja jest członkiem NATO i w tym kontekście przerzucenie ciężaru ochrony granicy turecko-greckiej na sojusz, mogłoby być skutecznym rozwiązaniem. Jeżeli ani Grecy, ani Turcy nie chcą kontrolować swoich granic, to przejęcie inicjatywy przez pozostałe państwa członkowskie byłoby urzeczywistnieniem art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego.  Co prawda, nie stanowi to zagrożenia militarnego, ale już zagrożenie dla bezpieczeństwa państw członkowskich – jak najbardziej. Dołączenie Amerykanów do ochrony europejskich granic, nawet jeśli ponownie upokarza Brukselę, byłoby kolejnym dowodem na racjonalność istnienia NATO, a że przy okazji obnaży słabość Europy w czasach twardej rywalizacji – tym lepiej.

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa