Domaradzki: Gest donacji

Polscy studenci zapytani czy byliby skłonni podzielić się majątkiem z uczelnią, która utorowała im drogę do życiowego sukcesu odpowiadają: nie. Dlaczego?


Każda wizyta na kampusie amerykańskiej uczelni wyższej robi podobne wrażenie. Schludne i funkcjonalne budynki rozdzielone są równo ostrzyżoną i zawsze odpowiednio zroszoną trawą. Idąc zadbanymi alejkami, można odpocząć na ławce, na której najczęściej zamontowana jest niewielka tabliczka z nazwiskiem lub nazwiskami osób powszechnie zupełnie nieznanych. Również nazwy budynków pochodzą od nieznanych lub mało znanych postaci. W bibliotece można usiąść przy biurku, na którym znajduje się kolejna tabliczka z niewiele nam mówiącym nazwiskiem, na krześle również taką znajdziemy. Kolekcje zbiorów książkowych, z których korzystamy, też mogą być oznaczone nazwiskiem osoby, o której nic nie wiemy. W nazwach katedr, zanim zostanie określony ich profil, również pojawia się powszechnie niewiele mówiące nazwisko. We wszystkich tych przypadkach to nazwiska darczyńców – ludzi, którzy w jakiejś chwili swojego życia uznali, że chcą podzielić się częścią swojego majątku. Tylko co ich do tego skłoniło?

Szukając odpowiedzi na to pytanie, jakiś czas temu zapytałem studentów, czy wyobrażają sobie sytuację, w której po odniesieniu życiowego sukcesu podzielą się częścią swojego majątku z uczelnią, która otworzyła im drogę do niego. Nie było ani jednej pozytywnej odpowiedzi. Natomiast głównie pojawiło się zaskoczenie, zdumienie i zażenowanie. „A niby dlaczego mielibyśmy to robić”? Muszę uściślić, że byli to studenci uczelni prywatnej płacący czesne za studia, a zatem świadomi kosztów i zysków związanych z edukacją.


Tekst pochodzi z nowego, 224. numeru Res Publiki Nowej, „Złodzieje i filantropi” – o mecenacie idei i filantropii w Polsce. Do zamówienia już teraz w naszej księgarni http://publica.pl/filantropia

2-15-TW-cov

Pomyślałem, że jednym z powodów takiej reakcji ze strony studentów jest brak związku przyczynowo-skutkowego między zdobywaniem wiedzy a życiowym sukcesem. Niezależnie od ministerialnych wymogów nawiązania więzi między uczelniami a „interesariuszami”, wprowadzonych przez reformy Barbary Kudryckiej, nauka na studiach wyższych nadal służy głównie otrzymaniu dyplomu przez studenta i nie jest związana z wyraźnie wytyczonymi ścieżkami rozwoju zawodowego. Posiadanie dokumentu potwierdzającego ukończenie studiów wyższych jest raczej formalnym wymogiem potrzebnym do podjęcia pracy, niż certyfikatem opanowania konkretnych umiejętności. Lecz również w Stanach Zjednoczonych ukończenie studiów wyższych nie gwarantuje natychmiastowego podjęcia pracy lub kariery w zawodzie, do którego przygotowywały. Zatem perspektywy po ukończeniu studiów nie są kluczowe przy podejmowaniu decyzji o darowiźnie. Może więc powodem odmiennego podejścia jest różnica w jakości świadczonych usług edukacyjnych? Brak przełożenia wiedzy zdobytej na uczelni na późniejszą praktykę zawodową świadczy o braku związku przyczynowo-skutkowego między własnym dobrobytem a źródłem wiedzy, która jest jego podstawą.

Przy porównaniu obrazka z amerykańskiej uczelni z opisaną sytuacją w Polsce różnice wydają się oczywiste. W Stanach Zjednoczonych darowizna to wręcz naturalna część życia społecznego. Odpowiednie regulacje podatkowe zachęcają do dzielenia się majątkiem z innymi. Chociaż tak jak w Polsce darowizna jest opodatkowana, to szeroki zakres zwolnień i względnie wysoka maksymalna kwota darowizny wolna od podatku (13 tys. dol. na osobę i 26 tys. dol. na małżeństwo) dają duże możliwości oddziaływania na wszelkie formy społecznych i prywatnych inicjatyw. Co więcej, wprowadzono ustawowe ograniczenia uderzające w najbogatszych darczyńców, a nie tych mniej zamożnych. W Polsce natomiast państwo pozostawiło podatnikowi możliwość rozdysponowania 1 proc. od tego, co i tak mu zabiera, w dodatku jedynie na ściśle określone organizacje „pożytku publicznego”. Co więcej, darowizna również obłożona jest podatkiem (jeśli przekracza kwotę wolną od podatku wynoszącą 3 091 zł w roku 2016 r.). Jak to w meandrach prawa bywa, wyjątki od opodatkowania darowizny są obwarowane szczegółowymi warunkami i najczęściej dotyczą najbliższej rodziny. To pokazuje, że społeczny wymiar darowizny nie istnieje.

Niewątpliwie pęd do dzielenia się jest częścią „kodu genetycznego” amerykańskiego społeczeństwa. Wśród Amerykanów panuje przeświadczenie o potrzebie docenienia nie tylko wykonywanej pracy, lecz również podzielenia się swoim sukcesem. Przejawia się to od znacznie bardziej hojnych niż w Europie napiwków po powszechne przekazywanie darowizny, której roczna wartość na gospodarstwo domowe w USA wynosi 2 974 dol. Raz po raz docierają do nas również informacje, że w Stanach Zjednoczonych majętni przedsiębiorcy na emeryturze sprzedają swoje firmy, a następnie dzielą się częścią tak uzyskanego majątku z pracownikami.

Taka postawa w Polsce jest nie tylko niezrozumiała, ale tak samo jak w przypadku pytania do studentów – wprawia w osłupienie. Na tle powszechnej znieczulicy i niechęci do bliźniego, w ślepym pędzie za dobrobytem i pogardą dla ekonomicznych i społecznych ofiar transformacji łagodne, niesformalizowane i żywiołowe dzielenie się majątkiem zdumiewa pod naszą szerokością geograficzną. Poza niedzielnymi datkami „na tacę”, Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, Caritasem, okazjonalnymi zbiórkami i spontanicznymi ruchami naprawiającymi ewidentną, niczym niezawinioną niesprawiedliwość (często promowanymi przez media), w polskim społeczeństwie brakuje świadomości, że dzielenie się majątkiem ma głębszy sens i nie dotyczy wyłącznie materialnego wymiaru.

Już w XIX wieku, analizując amerykańską demokrację, Alexis De Tocqueville opisał doktrynę dobrze rozumianego interesu, odróżniając ją od europejskiej moralności opartej na „ślepych poświęceniach i instynktownych cnotach”. Widział w niej „doktrynę niezbyt podniosłą, lecz jasną i pełną”. Jej kwintesencją jest zastąpienie górnolotnych celów tym, co możliwe do osiągnięcia. Jak pisze Tocqueville, doktryna ta „świetnie pasuje do słabostek ludzkich”, ponieważ przez pryzmat interesu osobistego uzasadnia dobrowolne i świadome obdarowywanie, pozostawiając darczyńcę w przeświadczeniu, że praktycznie niczego nie traci, ponieważ dokłada się do dobra wspólnego.

Doktryna dobrze rozumianego interesu „nie wymaga wielkich ofiar, ale każdego dnia nakłania do drobnych wyrzeczeń. Sama przez się nie zdołałaby uczynić człowieka cnotliwym. Kształtuje jednak rzeszę obywateli zdyscyplinowanych, wstrzemięźliwych, przewidujących, opanowanych. I chociaż nie prowadzi wprost do cnoty dzięki woli, przybliża do niej niedostrzegalnie dzięki nawykom”.

Idąc za myślą Tocqueville’a, można powiedzieć, że amerykański pęd do darowizny jest emanacją ludzkiej próżności. Strach przed odejściem z tego świata bez pozostawienia żadnego namacalnego dowodu naszego istnienia odbija swoje piętno na potencjalnych darczyńcach. Zakładając, że próżność jest uniwersalna, należy się zastanowić, dlaczego w Polsce nie oddziałuje ona w ten sam sposób?

Pomijając osobiste powody, dla których decydujemy się pomóc, podobne po obu stronach Atlantyku, odpowiedzi na to pytanie szukałbym intuicyjnie we wpływie poprzedniego systemu. Komunizm nie tylko dążył do wyrównania szans i warunków bytowych, ale przy okazji wyeliminował majętnych, tworząc rzeszę niemajętnych, oczekujących na pomoc państwa. Zamiast refleksji, co pozostawić po sobie na tym świecie, dominowała myśl, jak najdłużej się na nim utrzymać. Braki i niedobory podstawowych produktów ukształtowały ramy społecznych relacji, w których pomoc przejawiała się nie w sfinansowaniu ławeczki czy książki, ale w podzieleniu się mąką czy cukrem. Gdy jednak nastąpił upadek systemu, a gospodarka wolnorynkowa wypełniła pułki sklepowe, zniknęła potrzeba pielęgnowania więzi społecznych.

Dzisiaj człowiek nie potrzebuje bliźniego, żeby przeżyć. Od zaspokajania codziennych potrzeb są całodobowe sklepy i apteki, a przy większych wyzwaniach materialnych pomogą wszelkiej maści banki, parabanki czy SKOK Stefczyka. Co więcej, w postkomunistycznym społeczeństwie równej biedy miarą sukcesu stało się jak najszybsze zdobycie bogactwa. Jego uzyskanie jest nie tylko kluczem do przetrwania, ale także miarą uzasadnienia ziemskiej obecności.

Drugą dramatyczną konsekwencją będącą spadkiem po komunizmie jest wyeliminowanie form społecznej aktywności tworzących więzi lokalne i zastąpienie ich wszechobecnością państwa. I chociaż poprzedniego systemu już nie ma, a budowany od ćwierć wieku system gospodarki wolnorynkowej otworzył szereg możliwości bogacenia się, przekonanie, że w razie potrzeby państwo zawsze i wszędzie musi być gotowe do interwencji, nadal dominuje w powszechnej świadomości.

Brak polskiej alternatywy dla tocquevillowskiej doktryny dobrze zrozumianego interesu wydaje się mieć co najmniej kilka powodów. Pierwszą jest nie tylko polska, ale także europejska koncepcja wolności, która może być osiągnięta wyłącznie przez posiadanie własnego państwa. Skoro państwo jest niezbędnym elementem wolności, to jego obecność jest gwarantem jej istnienia. Po drugie, wyjątkowo głęboka i trwała amputacja więzi społecznych w okresie transformacji. Empatia i altruizm zostały zastąpione przez prawa i obowiązki, a tym samym legalizm zdominował normy społecznego współżycia. Po trzecie, pokutujący mit osobistego dobrobytu będącego zawsze efektem nielegalnych działań. Dlatego najlepiej, żeby państwo pełniło swoją funkcję redystrybucyjną, przy okazji karcąc majętnych za swój sukces.

Ta toksyczna mikstura relacji społecznych w Polsce zabija odruchy społecznej jedności. Nierówne szanse na dobrobyt wywołują zgorzkniałość, zazdrość i alienację, materializujące się w powszechnej agresji, arogancji i otwartej niechęci. Jeżeli ludzie nie patrzą sobie w oczy, nie podają sobie ręki, nie witają się ze szczerością i nie dostrzegają, że potrzeby innych są także ich problemami, to nie posiadają podstaw, na których mogliby zbudować swój dobrze rozumiany interes. Alternatywą dla niego jest szukanie wsparcia w państwie rozdającym dotacje, dofinansowującym lub utrzymującym wszelkie teoretycznie oddolne aktywności, uzasadniającym tym samym swój byt. Staje się ono początkiem i końcem wszelkiej aktywności społecznej, a więzi społeczne poddane są trwałej erozji. W takim społeczeństwie obdarowywanie nie jest jednym ze składników budujących wspólną więź, a wyjątkowym odruchem dobroci we wrogim otoczeniu.

Stąd bierze się jeszcze jedno przekonanie, że należy pomagać tylko tym, którzy potrzebują. Zresztą właśnie o to chodziło Tocquevillowi, gdy mówił o europejskich „ślepych poświęceniach i instynktownych cnotach”. Hospicjum, szpital, sierociniec, fundacja opiekująca się chorymi dziećmi, ale także (tym bardziej paradoksalnie) schroniska dla zwierząt są naturalnymi sprzedawcami współczesnego odpustu. Poczucie winy, obowiązku i więzi społecznej kończy się na datku wrzuconym do puszki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Uczelnia prywatna, firma dająca pracę, własna działalność gospodarcza nie tylko nie potrzebują pomocy – im wręcz nie wolno pomagać. Przeświadczenie, że przedsiębiorca prowadzący interes jest nieuczciwy, jest tak bezwzględne, że myśl o jego potencjalnym wsparciu jest nie do przyjęcia. Takie myślenie, będące bagażem poprzedniego systemu, pozbawia społeczeństwo i gospodarkę dodatkowej dźwigni mogącej prowadzić do rozwoju i innowacyjności. W ten sposób, żyjąc w świecie zbiurokratyzowanej redystrybucji i płytkiego dobrodziejstwa, wyeliminowaliśmy możliwość pobudzania więzi społecznych przez obdarowywanie.

Cytaty w tekście za: Alexis de Tocqueville, O demokracji w Ameryce, Fundacja Aletheia, Warszawa 2005, s. 501.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa