CZERNIAK: Przedsiębiorcy nie są tacy, jak ich malują

Istnieje silna zależność między działaniami przedsiębiorców a ładem instytucjonalnym. Rozmowa z Adamem Czerniakiem, autorem raportu „Przedsiębiorca odczarowany” o ewolucji polskiej przedsiębiorczości


Piotr Górski: W Polsce stosunek do przedsiębiorców jest ambiwalentny. Z jednej strony traktujemy ich jako sól ziemi, z drugiej widzimy w nich osoby działające na granicy prawa. Jaki tak na prawdę jest polski przedsiębiorca?

Adam Czerniak: Żeby określić obraz polskiego przedsiębiorcy i jego ewolucję musimy sięgnąć do historii ostatnich blisko 40 lat. Tłumaczy ona dominujące postawy postrzegania polskiego przedsiębiorcy jako cwaniaka, działającego na granicy prawa, w szarej strefie, starającego się zrobić wszystko, by nie zapłacić podatków, nie zapłacić wynagrodzenia czy później rozliczyć fakturę ze swoim kontrahentem. Ten fałszywy obraz wywodzi się z lat 80. i 90.

Istnieje silna zależność między działaniami przedsiębiorców a ładem instytucjonalnym. Ciężko jednak mówić w przypadku PRL o ramach instytucjonalnych dla przedsiębiorczości, dlatego konieczne było działanie na granicy prawa. Jeszcze przed ustawą Wilczka dopuszczalna była ograniczona aktywność gospodarcza osób prywatnych. Pojawili się badylarze i cinkciarze, których nie można jednak traktować jako przedsiębiorców w klasycznym rozumieniu. Mimo wszystko kierował nimi odruch przedsiębiorczy i biznesowy. W schyłkowym okresie PRL w mediach pojawił się więc negatywny obraz społeczny osoby przedsiębiorczej, który się utrwalił.

Przełom roku ’89 zmienił ramy instytucjonalne. Jak przełożyły się one na przedsiębiorców?

Nastąpił wylew przedsiębiorczości. Pojawiły się słynne szczęki – ludzie wyszli na ulicę i zaczęli tworzyć od zera własne przedsiębiorstwa. Niektórym się udało i stworzyli wielki firmy, które do tej pory działają.

To okres drapieżnego kapitalizmu, będącego przejawem polskiej nieokiełznanej przedsiębiorczości pozbawionej ram, jakie stwarza ugruntowany ład instytucjonalny. Wciąż bowiem ich brakowało, więc przedsiębiorcy traktowali nakazy i zakazy zgodnie z pereelowską zasadą, wyrażoną w dowcipie, że czerwone światło to tylko informacja, że należy spojrzeć w lewo i prawo zanim się przejedzie. Państwo nie pomagało przedsiębiorcom, a reguły prawa były jedynie sygnalizatorem, które zasady są właściwe.

Kapitalizm był drapieżny. Żeby utrzymać się na rynku, trzeba było postępować według wewnętrznego kompasu, a niekoniecznie zgodnie z prawem. Firmy przedsiębiorców działających w zgodzie z literą prawa często bankrutowały lub przegrywały w wyścigu z tymi, którzy bardziej nonszalancko podchodzili do przepisów. Była wysoka inflacja, otoczenie gospodarcze nieprzyjazne. To wszystko wymuszało określone postawy. Wtedy negatywny obraz zakorzeniony w PRL jeszcze się umocnił. Pojawiło się przekonanie, że przedsiębiorcy nie dbają o swoich pracowników i ich wykorzystują – zatrudniają na czarno, oszukują przy płaceniu podatków, nie wystawiają faktur na czas. Myślę, że każdy może dodać tu kilka przykładów ze swojego życia lub z doświadczeń swoich rodziców.

Kolejne poważne zmiany w ładzie instytucjonalnym nastąpiły wraz z procesem przystąpienia do Unii Europejskiej.

Ład instytucjonalny okrzepł, kiedy weszliśmy do Unii. Europa narzuciła nowe standardy, na przykład związane z jakością produktów czy warunkami pracy. Do Polski weszły liczne międzynarodowe korporacje, a wraz z nimi zaczęła rozpowszechniać się zachodnia kultura korporacyjna.Zagraniczne firmy pokazały bowiem, w jaki sposób można prowadzić swoją działalność, że zwiększenie efektywności przedsiębiorstwa można osiągnąć poprzez wzrost zadowolenie pracownika z warunków pracy oraz swojego wynagrodzenia. Te wzorce przyczyniły się do ewolucji polskich przedsiębiorców. Polska przedsiębiorczość wreszcie została skanalizowana w dobrym kierunku.

W czym się to przejawia?

Jak pokazuje raport Polityki Insight dla Polskiej Rady Biznesu Przedsiębiorca odczarowany. Kim są twórcy polskiej gospodarki? polscy przedsiębiorcy średnio płacą o blisko 300 zł więcej niż wynosi średnie wynagrodzenie brutto w gospodarce. Na umowę o pracę zatrudniają prawie 4 mln osób, czyli więcej niż międzynarodowe korporacje. Polscy przedsiębiorcy płacą też wysokie podatki PIT za siebie i pracowników oraz składki na ubezpieczenia społeczne. Choć negatywnie wyrażają się o ZUS-ie, to płacą. W 2016 roku ponad 180 mld złotych trafiło do budżetu państwa. Same składki emerytalne wyniosły 80 mld zł, co starczyłoby na wypłatę emerytur przez rok dla ponad 3 mln osób.

W rezultacie dzisiejszy przedsiębiorca nie jest już taki sam, jak w latach 90., choć oczywiście są wyjątki. Wciąż zdarzają się osoby – jakby to ujął Sienkiewicz – szpakami karmione.

Doprecyzujmy, o kim mówimy. Kogo można uznać za przedsiębiorcę?

225 numer kwartalnika „Res Publica Nowa” pt. Praca – Frustracja – Radykalizacja dostępny w naszej ksiegarni.

Mówimy o 662 tys. osób, choć nie jest proste określenie, kim właściwie jest przedsiębiorca. Oczywiście każdy z nas ma pewne wyobrażenie. Osoba zarządzająca biznesem, posiadająca własną firmę, goniąca za kontraktami, sprzedająca, kupująca. Ale dla ekonomisty nie jest to wystarczająca definicja. Pierwsze z kluczowych pytań, na które musi sobie odpowiedzieć ekonomista, to czy osoby samozatrudnione, prowadzące własną działalność gospodarczą, ale nie zatrudniające pracowników, to przedsiębiorcy, czy nie?

W raporcie zdecydowaliśmy się za przedsiębiorcę uznać osobę, która założyła własną firmę, jest głównym udziałowcem, a przy tym zatrudnia co najmniej jednego pracownika. Ten ostatni warunek to wspólny mianownik łączący przedsiębiorców – muszą zmagać się z odpowiedzialnością za pracowników, ich zatrudnianiem i zwalnianiem, oraz ze związanymi z tym problemami biurokratycznymi i finansowymi – płaceniem składek do ZUS, rozliczaniem się za pracowników. Przedsiębiorców wyróżnia także ponoszenie odpowiedzialności za prowadzenie biznesu całym swoim majątkiem. To odróżnia ich firmy od spółek akcyjnych z rozproszonym akcjonariatem. W raporcie chodziło nam, by ująć właśnie klasycznych, schumpeterowskich przedsiębiorców.

Aż trudno uwierzyć, że to pierwszy raport przedstawiający tę grupę?

Dane o polskich przedsiębiorcach nie są nigdzie zebrane. Są one bardzo rozproszone. Musieliśmy więc sięgać po informacje z wielu źródeł – Głównego Urzędu Statystycznego, Eurostatu, KRS, resortu finanów. Musieliśmy przy tym zestawiać ze sobą różne wskaźnik od danych o przedsiębiorcach zatrudniających 50 osób i więcej, tych zatrudniających do 49 pracowników, aż po dane o mikroprzedsiębiorcach, które opisywane są jeszcze w innym miejscu. Poza tym w statystyce występują ą podziały na osoby fizyczne i osoby prawne. To wszystko trzeba było ze sobą porównać i dopiero na tej podstawie stworzyć obraz polskiego przedsiębiorcy i jego wpływu na gospodarkę.

Jak zauważasz to grupa dość niejednorodna. Mamy do czynienia z mikroprzedsiębiorcami, czyli takimi, którzy zatrudniają do 9 osób, a także małymi, średnimi i dużymi. Czy wyróżnia ich tylko skala?

Istnieje pewna bariera mentalna u polskich przedsiębiorców. O ile są oni bardzo kreatywni, ciągle szukają nowych szans biznesowych, to jak już stworzą biznes, który funkcjonuje i przynosi im zyski, to pojawia się myślenie, że skoro jest dobrze, to nie będę niczego zmieniał. Wychodzą z założenia, że nie będą się dalej rozwijali, zakładali nowe sklepy czy placówki usługowe, ponieważ to stwarza problemy i generuje ryzyko biznesowe – trzeba zatrudnić nowych pracowników, wziąć kredyt, zdobyć nowych klientów i kontrahentów.

W myśl zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego.

Tak, jest ona często wyznawana przez polskich przedsiębiorców, zwłaszcza tych przedsiębiorców działających w skali mikro. Ci przedsiębiorcy, którzy zaczynali od zatrudnienia 1-2 osób, zatrzymują się na poziomie mikroprzedsiębiorstw. Zatrudnią jeszcze 2-3 osoby, ale prawdopodobieństwo przejścia do grupy większych firm jest niskie. Co więcej, nawet jak już przejdą, to rozwijają się o połowę wolniej niż firmy, które od razu były firmami małymi, zatrudniały 15, 20 czy 30 osób. Mali przedsiębiorcy od razu byli nastawieni na większy cel, mieli w planach rozwój. Mikroprzedsiębiorcy, jeśli wyjdzie im model biznesowy, to nie są chętni go zmieniać, boją się, że nie podołają menedżersko, bo często nie mają odpowiedniego doświadczenia czy wykształcenia – to inna zaszłość historyczna.

Nie są też chętni, by oddawać zarządzanie firmą innym osobom.

Nie chcą oddawać jej profesjonalistom, ponieważ czują się ojcami firmy.

Tu dotykamy kwestii modeli zarządzania. Postrzeganie siebie jako ojca określa relacje w firmie.

Polskie przedsiębiorstwa są zarządzane na sposób folwarczny, gdzie szef jest ojcem pracowników, bierze za nich odpowiedzialność, troszczy się o nich, a zarazem daje im stosunkowo niewiele swobody w podejmowaniu decyzji i ponoszeniu odpowiedzialności. To on jest panem folwarku, którym zarządza.

Ojciec, pan…To kategorie odnoszące się do mężczyzn, a jak dużo przedsiębiorców to kobiety?

29 proc., to więcej niż średnia unijna.

Wiele mówiłeś o odpowiedzialności przedsiębiorców wobec pracowników i własnej firmy. W raporcie pojawia się również kwestia społecznej odpowiedzialności biznesu, zaangażowania przedsiębiorstw m.in. w kulturę. Chętniej ich mecenat dotyczy tzw. sztuki wysokiej czy muzealnictwa, rzadziej mniejszych przedsięwzięć.

226 numer kwartalnika „Res Publica Nowa” pt. Złodzieje i filantropi dostępy w naszej księgarni.

Filantropia w Polsce dopiero się rodzi. W czasach drapieżnego kapitalizmu jej prawie w ogóle nie było. Brakowało wówczas jeszcze odpowiedniej klasy przedsiębiorców filantropów. W ciągu ostatnich 10-15 lat w Polsce ona się pojawiła.

Nie zgodziłbym się, że jest to wsparcie tylko dla tej dużej sztuki. Sponsorowane są również mniejsze przedsięwzięcia kulturalne. Duże przedsiębiorstwa, zatrudniające kilka tysięcy osób wspierają sztukę na masową skalę. Mniejsi przedsiębiorcy częściej wspierają wydarzenia lokalne w swoich miastach, powiatach. Kontakt między samorządowcami a biznesem jest w tym względzie kluczowy. Tam gdzie samorządowcy są otwarci na biznes, tam udaje się pozyskać środki na wydarzenia kulturalne, także te niszowe.

Polscy przedsiębiorcy bardzo chcą prowadzić działalność filantropiją, mają na nią środki, ale nie wiedzą jeszcze za bardzo, jak to robić. Brakuje im know-how w obszarze kultury i zachowań prospołecznych. Czasami więc mylą społeczną odpowiedzialność biznesu z PR-em czy marketingiem.

Może brakuje im też informacji od instytucji kultury, kontaktu z nimi, wypracowania dobrych praktyk i zbudowania zaufania?

Myślę, że to dobry trop rozumowania. Nieufność ludzi kultury wobec polskich przedsiębiorców jest pokłosiem postrzegania ich jako drapieżnych kapitalistów, którymi – jak pokazuje raport – już nie są. Taki wizerunek pokutuje w społeczeństwie, dlatego kultura niechętnie idzie do biznesu. Powstało wiele piosenek o tym, jacy źli są przedsiębiorcy i biznesmeni. Ta niechęć działa też w drugą stronę. Wiele przedsiębiorstw woli wspierać sztukę masową, zarówno tę wyższą, jak i tę niższą, gdyż promują ją osoby obeznane już ze światem biznesu, często z zagranicznymi doświadczeniami. Wiedzą, jak dotrzeć do przedsiębiorców i jak z nimi rozmawiać. Nie są też obarczeni ich negatywnymi stereotypami. Odpowiedzialność za ten stan rzeczy leży zatem po obu stronach.

Na szczęście obie strony uczą się, jak docierać do siebie. Widzimy coraz więcej pozytywnych przykładów, coraz więcej nowych dróg zostaje wypracowywanych. Mamy do czynienia już nie tylko ze sponsoringiem najwybitniejszych artystów czy najbardziej znanych galerii na poziomie krajowym lub lokalnym, ale finansowo wspierani są też mniej znani, niszowi artyści.

Mamy już obraz polskich przedsiębiorców – kto należy do tej grupy, jak jest liczna oraz w jaki sposób jej członkowie postępują. Wybiegnijmy więc w przyszłość, czego oczekują oni od państwa?

Oczekują stabilności, zarówno w wymiarze ładu instytucjonalnego, jak i polityki gospodarczej. W kwestii praw własności, rozliczania faktur czy przepisów związanych z ochroną pracowników mamy pewien konsensus i stabilizację. Natomiast obszarem, gdzie ciągle dokonują się zmiany, gdzie proces transformacji jeszcze się nie dokończył, jest polityka gospodarcza związana z podatkami. To z kolei związane jest z ciągłymi zmianami w polityce socjalnej państwa, w tym ze wzrostem wydatków na grupy społecznie wykluczone z korzyści rozwoju gospodarczego.

Przykładem są osoby niepełnosprawne, których protest rozgrzewa ostatnio wszystkich.

Dokładnie. Z tym wzrostem wydatków socjalnych wiąże się wzrost obciążeń podatkowych oraz zmiany w prawie podatkowym. Na to przedsiębiorcy najbardziej narzekają. Chcieliby mieć taką stabilizację, jaką cieszą się ich konkurenci z krajów zachodnich – niezależnie bowiem od tego jaki panuje w nich model kapitalizmu, jest on okrzepły. A jak zmiany już się pojawiają, to są minimalne. Przypomina to sterowanie dużym okrętem, którego skręt dokonuje się bardzo powoli. Tak powinna wyglądać polityka gospodarcza wysoko rozwiniętego państwa. W Polsce zmiany są wciąż chaotyczne i bardzo silne. To prowadzi do rozchwiania gospodarki i utrudnia rozwój przedsiębiorczości.

Od początku powstawania kapitalizmu w XVII i XVIII wieku kluczowym czynnikiem była stabilność – potrzebna była do jego powstania, ale też – jak opisywał to Monteskiusz – miał wytwarzać pokojowe współżycie zarówno między przedsiębiorcami, jak i między państwami. Przejdźmy teraz na poziom międzynarodowy. W Polsce pojawiła się grupa przedsięborców zainteresowanych wejściem na zagraniczne rynki, oczekujących od państwa wsparcia w tym celu.

W dzisiejszych czasach, żeby skutecznie konkurować na rynku europejskim, a poza Europą jest to już warunek konieczny, potrzebne jest poparcie ze strony polityków państwa. Na przykład jeżeli przedsiębiorca jedzie do Afryki rozkręcać swój biznes, to bez wspierającego go polityka mu się nie uda.

W Unii Europejskiej jest to mniej potrzebne, ponieważ mamy wolny rynek i wszystkie firmy działają na tych samych zasadach. Jednak żeby robić biznes w innych krajach, potrzebne jest wsparcie państwa w postaci business intelligence, czyli pokazywania różnic w przepisach, informowaniu o wewnętrznych regulacjach, istniejącej konkurencji, mechanizmach wchodzenia na dany rynek. W tym obszarze państwo powinno dzielić się z przedsiębiorcami wiedzą.

Brakowało do tej pory takiego otoczenia instytucjonalnego?

Moim zdaniem tak. To, jak zmienia się obecnie PAIH – Polska Agencja Inwestycji i Handlu, jest dobrym kierunkiem rozwoju urzędów państwowych. Wszystkie instytucje, które wcześniej pomagały polskim przedsiębiorcom, zostały zjednoczone pod jednym parasolem. Teraz firmy mogą kontaktować się z jedną instytucją pomagającą im w wielu wymiarach – od uzyskania kredytu eksportowego po informacje z zakresu business intelligence.

Skąd ten brak know-how w wychodzeniu za granicę u polskich przedsiębiorców?

Odwołać się trzeba do historii. Polscy przedsiębiorcy mieli to szczęście, które teraz okazuje się obciążeniem, że dysponowali dużym rynkiem wewnętrznym. Jak ruszali z biznesem, to mogli skupiać się tylko na tym, co działo się w Polsce. Popytrósł szybko i nieprzerwanie – polska gospodarka jest jedyną na świecie, która od 27 lat nie miała recesji. Byliśmy zieloną wyspą, więc przedsiębiorcy mogli sprzedawać wyłącznie na rynek krajowy. Nie musieli myśleć o wychodzeniu za granicę. Nawet po wejściu do Unii, kiedy pojawiły się liczne podmioty zagraniczne, wciąż było wystarczająco dużo miejsca dla każdego.

Dodatkowo od 2005 roku polscy przedsiębiorcy zaczęli sprzedawać towary zagranicznym firmom tu a miejscu. Na przykład firmy motoryzacyjne wchodząc na rynek polski nawiązywały kontakt z lokalnymi producentami części – opon, uszczelek, lusterek. Handel odbywał się więc w Polsce, a produkowane przez polskie firmy części trafiały na zagraniczne rynki za pośrednictwem międzynarodowych korporacji. Polski przedsiębiorca nie miał potrzeby wychodzić za granicę, bo zagranica przychodziła do niego.

Skąd więc u polskich przedsiębiorców ta chęć wyjścia akurat teraz?

221 numer kwartalnika „Res Publica Nowa” pt. Szał bankiera dostępny w naszej księgarni.

Otoczenie gospodarcze się zmieniło. Najpierw globalny kryzys gospodarczy, później kryzys fiskalny w strefie euro i wytracenie prędkości przez europejską gospodarkę spowodowały, że rynek polski i rynek europejski nie rozwijają się tak szybko. Prognozy gospodarcze dla Polski wskazują, że będziemy hamować i wzrost gospodarczy nie utrzyma się na poziomach notowanych w ostatniej dekadzie. Na rynku wewnętrznym zacznie zatem być ciasno – ci przedsiębiorcy, którzy będą chcieli utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju, będą zmuszeni zwrócić wzrok za granicę. Teraz ten know-how, wiedza, jak sięgać na zagraniczne rynki, by się dalej rozwijać, jest bardzo potrzebna. Tu pojawia się miejsce dla państwa.

A czy przedsiębiorcy potrzebują również pomocy samorządów?

Władze samorządowe nie są w stanie wiele pomóc przedsiębiorcom, a w tych obszarach, w których mogą ich wspierać, to zwykle starają się to robić. Na przykład udzielają wsparcia w procesie rejestrowania imigrantów ekonomicznych, bo to skomplikowane zadanie i tu współpraca jest potrzebna. Co więcej, władze samorządowe wspierają przedsiębiorców przy kontaktach z administracją centralną oraz w kwestiach związanych z biurokracją i infrastrukturą – doprowadzenie drogi, pomoc w wyborze najbardziej dogodnego miejsca założenia firmy czy doprowadzenie do niego prądu. W niektórych regionach pojawiają się dodatkowo strategie rozwoju przedsiębiorczości, w które wpisują się także specjalne strefy ekonomiczne.

Adam Czerniak – doktor nauk ekonomicznych, pracownik naukowy w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, główny ekonomista Polityki Insight, zajmuje się badaniami makroekonomicznymi. Autor publikacji naukowych z zakresu socjologii ekonomicznej, ekonomii instytucjonalnej i funkcjonowania rynku nieruchomości. 

Fot. Masti, (CC BY 3.0)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa