CICHOCKI: Trudna droga wspólnego zobowiązania

Ludzie są solidarni, tylko jeśli widzą sens swoich wyrzeczeń. Zaangażowanie bez odczuwania sensu jest niemożliwe.


Z Markiem A. Cichockim rozmawia Ariadna Lewańska. Tekst pochodzi z najnowszego numeru Res Publiki Nowej, „Jak być razem?”

Broni Pan koncepcji solidarności państw. Na wezwanie do dekonstrukcji Europy odpowiedział pan apelem o poszukiwanie równowagi. Jak uzasadnia Pan swoje stanowisko?

Najważniejsze jest dziś określenie naszego stosunku do zmian kulturowo-cywilizacyjnych zachodzących w świecie zachodnim. Mam na myśli rewolucję internetową. Naszym zadaniem jest przystosować się do sposobu, w jaki funkcjonuje sfera publiczna, z wykorzystaniem najnowszych metod komunikacji. To one dziś wytyczają zasięg przestrzeni publicznej i zakres przeobrażeń społeczeństw demokratycznych. Możemy to obserwować na przykładzie protestów, ruchów społecznych, a przede wszystkim referendów, które mają różne przyczyny, ale wykazują jedną rzecz wspólną: że coraz trudniej zachować nam racjonalność debaty publicznej, choć posługujemy się coraz bardziej rozwiniętymi metodami i coraz bardziej nowoczesnymi narzędziami komunikacji. Zjawisko to przypomina rewolucję Gutenberga z XV i XVI w. Jej skutkiem było 150 lat wojen. Dopiero nowożytne państwa zdołały tak przeorganizować życie publiczne, by przywrócić pokój w Europie.

Te zmiany prowadzą do dekonstrukcji czy rekonstrukcji Europy?

Raczej do chaosu. Dlatego nowe formy organizacji życia publicznego powinny powstawać na bazie istniejących państw, a nie na ich demontażu. Europejczycy nie powinni pielęgnować naiwnego poczucia, że zewnętrzny świat nie ma wpływu na to, jak funkcjonujemy, ale budować nowe formy organizacji przestrzeni publicznej ze świadomością tych zmienionych uwarunkowań.

Tematem konferencji była mobilizacja, termin ze słownika wojennego. Jak Pan go tłumaczy w dzisiejszej rzeczywistości?

Ta mobilizacja to bardzo istotna zmiana. Mobilizacja jest terminem odległym wszystkiemu, co powojenny liberalizm uznawał za pożądane. Uważano, że dla porządku jest lepiej, by ludzie nie byli zmobilizowani w sensie politycznym, gdyż to gwarantuje stabilność. Za sprawą kryzysów obserwujemy dziś zmianę tego nastawienia. Mobilizacja zaczęła objawiać się w różnych formach protestu, w ruchach populistycznych, antyestablishmentowych, ale przede wszystkim w referendach. Współczesna Europa została zmuszona do tego, by zaakceptować mobilizację jako uzasadniony sposób funkcjonowania społeczeństw w znaczeniu politycznym. Trzeba też przywyknąć do tego, że różne formy mobilizacji są kłopotliwe. Pokazało to referendum brytyjskie. Uczymy się żyć z tym, że społeczeństwa w Europie są bardziej skłonne do mobilizacji. Jest to też skutek utraty zaufania do politycznych reprezentantów, do elit. Utraty wiary w autorytety.

A do poparcia swojego stanowiska powołałby Pan jakiś autorytet?

Czy Europa ma dziś intelektualnych patronów? Nie jestem pewien. Spore wrażenie zrobił na mnie wywiad, jakiego Giorgio Agamben udzielił ostatnio w Niemczech. Powiedział wprost, że musimy porzucić progresywistyczne wyobrażenia o rozwoju Europy jako procesie integracji prowadzącym ku przyszłości przez stopniowe przełamywanie barier i ograniczeń. Ten rewolucyjny sposób myślenia okazuje się nieadekwatny do rzeczywistości, w której żyjemy. Na podobne problemy zwracał też uwagę Ralf Dahrendorf. Myślenie w kategoriach linearnych – albo możemy iść do przodu, cofać się, albo stać w miejscu – uznawał za błąd. Historia i rzeczy się w ten sposób nie dzieją. Rzeczywistość jest bardziej złożona i bardziej wielowymiarowa, a nasze doświadczenie lepiej niż ruch prostoliniowy mógłby opisywać ruch konika szachowego. Dlatego też twierdzę, że dziś warto odwoływać się do rozwagi. To ona uwalnia nas od myślenia uwięzionego w linearnej postępowej perspektywie. Naszym zadaniem jest wymyślenie na nowo równowagi w Unii Europejskiej, będącej unią rozszerzoną o kolejne doświadczenia polityczne, historyczne i kulturowe. W tej nowej formule równowagi UE uwzględniałaby te różne doświadczenia jako wspólne doświadczenia europejskie. Musimy, działając, dokonywać zarazem reinterpretacji doświadczenia, przemyśleć, w jaki sposób radzić sobie z tym, co nas dzieli.

Europa jako wspólnota wyobrażona?

Europa nie jest dziś wspólnotą wyobrażoną. To zadanie, które nas czeka. Nie jestem pewien, czy zdołamy mu sprostać: w sytuacji zagrożenia widać silne pokusy, by wrócić do starych narracji. Moim zdaniem nie ma do nich powrotu. Europa musi siebie na nowo wyobrazić, i to w podwójnym sensie. W obszarze wewnętrznym musi skonsumować rozszerzenie, gdyż to, co wciąż nie przemyślane i nie nazwane, prowadzi do nieporozumień. Po drugie, Europa musi się na nowo określić wobec świata zewnętrznego, który ulega gwałtownym przeobrażeniom.

Będzie to Europa, za którą ktoś pójdzie ginąć? Parafrazując Andersona, wyobraża Pan sobie Grób Nieznanego Europejczyka?

Anderson wykazywał, że nacjonalizm, koncepcja narodowa w połączeniu z państwem i demokracją okazała się atrakcyjnym i silnym modelem integrującym w przeciwieństwie do marksizmu i liberalizmu. Stało się tak z istotnego powodu, który on próbuje zdefiniować: nacjonalizm dawał zintegrowany obraz człowieka i świata. Problem z formami europejskiej integracji polega na tym, że one są pod tym względem za słabe. Poświęcenie życia wyniknie tylko z istotnego obrazu człowieka i świata. Tego się nie da wymusić ani zaordynować.

Tak jak nie można wymusić solidarności?

Ludzie są solidarni, tylko jeśli widzą sens swoich wyrzeczeń. Zaangażowanie bez odczuwania sensu jest niemożliwe. Widać to szczególnie w przypadku kryzysu imigracyjnego. Wynikł on z próby narzucenia solidarności.


Nowy numer Res Publiki Nowej „Jak być razem?”, o potrzebie odbudowy wspólnoty w Polsce i w Europie, jest już dostępny w naszej internetowej księgarni.


Mówi Pan zarówno o rozumieniu, jak i o odczuwaniu sensu. Odczuwanie jest prostsze, dlaczego warto podejmować wysiłek rozumienia?

W kulturze i nauce rozumienie jest konieczne w szukaniu nowej formuły ujmowania europejskiego doświadczenia. Natomiast w polityce i w społeczeństwach demokratycznych to się może odbywać przez formułę państw, które budują Europę. Państwo to wciąż najbardziej legitymizowany sposób politycznej organizacji społeczeństw, jakim dysponujemy. Jest to też najbardziej rozumny sposób organizacji. Inne formy – nawet skutecznie mobilizujące do tego, co wspólne, nawet jeśli mają pewien posmak międzynarodowości, przekraczania państwowych granic – ostatecznie prowadzą do obszarów partykularnych. To się nazywa identity bubble: bańka tożsamościowa. Najbardziej efektywnym instrumentem pozostaje stworzona na narodowych wspólnotach wyobrażonych formuła państwa.

Ta formuła musi się dziś zmierzyć z różnymi wyzwaniami. Jednym z nich są lęki. Czego dziś boją się Europejczycy, do czego dążą, a za co czują się odpowiedzialni?

Mamy dziś do czynienia z powszechnym lękiem przed biedą, utratą pracy, przed niewypłacalnością, przed wojną, przed konfliktem. Społeczeństwa Europy sprawiają wrażenie straumatyzowanych, a strach stał się wiodącym motywem debat politycznych. Kryje się za tym głęboka mentalna defensywa. Źródłem tej traumy jest również to, że długo demobilizowano obywateli, zapewniając, że nie muszą się martwić o przyszłość, bo ta jest ustalona. Postęp dawał poczucie stabilności i przewidywalności. Nagle ludzie w Europie zorientowali się, że przyszłość nie jest oczywista i niesie wiele zagrożeń. Kryzys finansowy i nowa sytuacja geopolityczna wywołały strach paraliżujący społeczeństwa. Zrodziło się też poczucie, że za wszelką cenę trzeba ratować status quo.

Państwo jako narzędzie terapii poznawczo-behawioralnej czy po prostu państwo odważne?

Państwo musi być zdolne do tworzenia alternatywnych scenariuszy. Państwo jest tą strukturą, która pozwala zobiektywizować przyszłość. Myśleć w kategoriach następnych pokoleń. Państwo powinno stwarzać przestrzeń do racjonalizowania strachów, być tym instrumentem, który pozwala społeczeństwu wyjść poza horyzont jego lęków. Tego dziś nie ma. Państwa są w defensywie. Co więcej, elity polityczne są raczej skłonne pójść za społecznymi lękami, zamiast próbować radzić sobie z nimi w inny sposób.

A cele?

Dwa podstawowe: rozwój i bezpieczeństwo. Chodzi jednak o konkrety, a nie o slogany.

Powiedział Pan, że odpowiedzialność to kwestia odrębna.

Tak. I to bardzo istotna. Rozmawiając o solidarności, która wyraża się przez politykę Europejczyków w stosunku do innych części świata, zaznaczyłem, że ta solidarność nie może się odbywać kosztem odpowiedzialności. Musimy pomagać tam, gdzie dochodzi do krwawych konfliktów, gdzie ludzie sobie nie radzą. Ale przez nasze solidarne działania nie odbierajmy ludziom odpowiedzialności za ich los. Dyskusja o polityce migracyjnej jest obciążona jednostronnym myśleniem: co Europa może zrobić dla tych ludzi? Takie myślenie prowadzi do tego, że regiony objęte pomocą tracą perspektywę samodzielnego rozwoju. Jednostronna solidarność może mieć niebezpieczne konsekwencje.

Solidarność przedstawiał Pan jak primum non nocere.

Solidarność traktuję jak wzajemne zobowiązanie. Budując własne społeczeństwo i dbając o własny rozwój, powinniśmy przyczyniać się do rozwoju i bezpieczeństwa naszych partnerów w Unii Europejskiej. Bo jesteśmy w jednym systemie, który zobowiązuje do wzajemności. Mam zresztą problem z nadużywaniem pojęcia solidarności. Wiąże się ono dla mnie z wysokimi etycznymi oczekiwaniami. Tymczasem UE jest strukturą interesów. Wartością dodaną integracji europejskiej jest właśnie to, że w realizowaniu poszczególnych interesów brane jest pod uwagę minimum społecznej odpowiedzialności.

Jak Pan ocenia szczyt w Bratysławie?

Uważam, że nie pora na to, by stawiać sobie ambitne cele dalszej integracji. Warto raczej dokonać rzetelnej oceny tego, w jaki sposób UE funkcjonuje. Przyszedł czas na odzyskanie równowagi wewnątrz UE, na odzyskanie zaufania ze strony społeczeństw krajów członkowskich. Na wzmocnienie wiary w projekt europejski.

A co leży w interesie Polski?

Nie dopuścić do rozpadu Unii.

W książce Problem politycznej jedności w Europie używa Pan określenia „powolne krystalizowanie się jedności”. Jak przebiega ta krystalizacja?

Do tej pory od lat 90. nasz region funkcjonował w ramach porządku, który krystalizował się za sprawą upadku komunizmu. Wyrażał się on zinstytucjonalizowanymi formami solidarności, polityką pomocową, transferami funduszy itp. Ten porządek był asymetryczny, podporządkowany logice stabilizowania i rozwoju peryferiów. Przez to dochodziło do second hand modernization, modernizacji używanej. Zmiana, którą dziś obserwujemy, ma swoje korzenie w tym, że Polska i kraje regionu chciałyby być bardziej samoistnym centrum. Centrum, wokół którego przebiega proces krystalizacji. To, co obserwujemy, jest próbą zdobycia większego pola decyzji. Nazywa się to upodmiotowieniem. Dokonując własnych wyborów, możemy popełnić bolesne błędy. Ale robimy to na własny rachunek.

Podsumowując: Europa i solidarność jako wzajemne zobowiązanie?

Oczekuję, że dziennikarze, komentatorzy, politycy, którzy kształtują opinię publiczną, będą w taki sam sposób próbowali zrozumieć motywy postępowania Polaków, Bułgarów czy Łotyszy, jak ja staram się rozumieć motywy Brytyjczyków czy Niemców. Widzę, że to jest bardzo trudne. Bardzo łatwo uchylić się od wspólnego zobowiązania na rzecz prymitywnych klisz i uprzedzeń. Kryzys migracyjny pokazał, jak łatwo doprowadzić do użycia kliszy podziału na wschód i zachód, do ożywienia starych narracji. O wiele trudniej wybrać drogę wspólnego zobowiązania.

Ta droga skrystalizuje naszą jedność?

Nie wiem, czy tak będzie, ale mam taką nadzieję. Wciąż nie skonsumowaliśmy rozszerzenia w sensie kulturowo-politycznym. Wciąż nie jesteśmy równym podmiotem w budowaniu nowego wyobrażenia o tym, czym jest rozszerzona Europa. Próbujemy ten status zmienić. Robimy to w różny sposób. Raz dobrze, raz źle. Czasami stosujemy subtelne i skuteczne narzędzia, czasami robimy to przy użyciu instrumentów topornych, wywołując zresztą równie toporną reakcję. Nie ma jednak od tego ucieczki. Albo w ten sposób uda nam się ustabilizować nową sytuację, tworząc wspólne zrównoważone wyobrażenie na temat nowej w istocie Europy, albo nie skonsumujemy rozszerzenia. Jeśli Europa się rozpadnie, pewnie nadal będziemy mogli jako rozdzieleni żyć dalej, ale to momentum wynikłe z rozszerzenia zostanie zaprzepaszczone. A tego w Europie Środkowej nikt by nie chciał. Przeciwnie. Jest oczekiwanie, że ta zmiana nam się uda. I że status naszego regionu się zmieni. Że będziemy pełnoprawnymi współtwórcami europejskiego Commons.

 

Marek A. Cichocki – Germanista, filozof, politolog, redaktor naczelny periodyku „Nowa Europa. Przegląd Natoliński”. Wykładowca Collegium Civitas w Warszawie oraz visiting professor w College of Europe Natolin. Wydał m.in.: Ciągłość i zmiana, (Wydawnictwo Więź 1999); Porwanie Europy, (Ośrodek Myśli Politycznej 2004); Władza i pamięć, (Ośrodek Myśli Politycznej 2005); Problemy politycznej jedności w Europie, (PISM 2012)

Ariadna Lewańska – absolwentka Instytutu Filozofii UW i Centre de Recherches Politiques et Sociologiques Raymond Aron EHESS, nauczyciel akademicki. Tłumaczka i autorka scenariuszy telewizyjnych. Autorka tekstów poświęconych teatrowi i filozofii. Zajmuje się politycznymi problemami religii i filozoficznymi problemami demokracji

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa