Blandiana: Naród jak roślina

Z poetką Aną Blandianą, laureatką nagrody Europejski Poeta Wolności 2016, rozmawia Ewa Cecuda


Jest Pani znana z działalności dysydenckiej, wielokrotnie była Pani represjonowana za zaangażowanie polityczne przez ówczesne władze. Jak wspomina Pani lata komunizmu?

Ostatnio wydałam książkę wspomnieniową Fałszywy traktat o manipulacji, w której opisuję czasy komunizmu ze swojej perspektywy oraz swoją działalność dysydencką. Książka odniosła sukces, a młodzi ludzie, którzy nie znają tej przeszłości, dziękowali mi za jej przybliżenie.

Okres stalinizmu był podobny we wszystkich krajach komunistycznych. Jednak w Rumunii kontynuowano ten sam stan przez wiele lat, dopiero po rewolucji zaczęliśmy poznawać wiele faktów, na przykład przygotowując wystawę dla naszego Miejsca Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu poświęconą ruchom chłopskim, odkryliśmy, że było blisko 200 powstań chłopskich przeciwko kolektywizacji (ich liczba stale rośnie, odkrywane są nowe dokumenty ­– przyp. red.). W czasach komunizmu nikt o tym nie wiedział! Po roku 1958, kiedy wojska sowieckie się wycofały, mieliśmy w Rumunii okres pewnej liberalizacji, trwający do ok. 1972 roku. To był moment rozkwitu we wszystkich dziedzinach sztuki, wielu artystów mogło wtedy zaistnieć.

Kiedy Ceausescu odwiedził Koreę Północną i Chiny i zobaczył, co to znaczy być prawie bogiem dla obywateli, zaczął się mroczny okres w dziejach rumuńskiego komunizmu. Mroczny to nie znaczy krwawy, jak za czasów stalinizmu, ponieważ w 1974 roku otwarto więzienia i wypuszczono więźniów politycznych – był mroczny ze względu na rzeczywistość, która zaczęła nas otaczać. Ceausescu stał się jedynym człowiekiem, który decydował o wszystkim. Rozpoczęło się burzenie wsi w związku z projektem kolektywizacji i urbanizacji, niszczono kościoły. To też wyjaśnia fakt, że kiedy w innych krajach u schyłku komunizmu były dyskusje o przejściu do innego systemu, w Rumunii siła Ceausescu była tak duża, że dopiero w wyniku krwawej rewolucji udało się zakończyć panowanie ustroju komunistycznego.

epw_logo

Jak teraz przedstawia się sytuacja w postkomunistycznej Rumunii?

Do władzy dochodzą byli komuniści oraz ludzie, którzy tworzyli komunistyczną siatkę represji w przeszłości. Z tą różnicą, że teraz przekłada się to na rodzaj systemu mafijnego. Nie jest to tylko nasz problem, podobna sytuacja jest też w innych krajach. Nowobogaccy to najczęściej byli członkowie dawnych struktur politycznych albo ich synowie, potomkowie.

Sytuacja w Rumunii, ale także w Polsce czy na Węgrzech pokazuje, że pomimo różnic dzielących te kraje zostały one tak głęboko skażone komunizmem, że uzdrowienie społeczeństwa nie nastąpi szybko. To bardzo długi proces, który analizujemy poprzez działalność naszego muzeum.

Z tego wynika, że Miejsce Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu, które założyła Pani wraz z mężem w dawnym ośrodku więziennym w Syhocie Marmarowskim, ma dla Rumunów wymiar bardziej edukacyjny niż katartyczny? Przynajmniej na tym etapie.

Dopiero rozumiejąc przeszłość, możemy decydować o przyszłości. Fakt, że byli komuniści nadal dochodzą do władzy, pokazuje, że nie znamy wystarczająco dobrze historii, że musimy dotrzeć do źródeł, by zrozumieć, dlaczego taki ustrój zaistniał. Dopiero wtedy będziemy mogli pójść dalej.

Pani wiersze traktuje się często jako głos społeczeństwa. Jednocześnie wiele z nich jest bardzo osobistych. Jak to się dzieje? W czyim imieniu tak naprawdę się Pani wypowiada?

W pierwszej kolejności wyrażam siebie. Ponieważ to nie ja wybieram sobie czytelników, tylko oni wybierają mnie, to trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Okazuje się, że wyrażane przeze mnie idee przyciągają ludzi, a oni utożsamiają się z tym, co mówię. W ten sposób, trochę mimo woli, staję się ich reprezentantką. W efekcie można powiedzieć, że nasz głos jest wspólny.

Nie obawia się Pani, że będąc wybieraną przez czytelników, stanie się Pani zakładniczką ich wyobrażeń, określonego sposobu interpretacji? Tak było w przypadku choćby Zbigniewa Herberta – podkreślano antykomunistyczny charakter jego poezji, ale zatarciu uległ przekaz uniwersalny.

Nie wszystkie moje wiersze są zaangażowane, opisuję rzeczywistość także z innego punktu widzenia. W zasadzie unikam tematów politycznych, piszę o miłości, metafizyce. Moim zdaniem poezja sama w sobie zawiera pewne wartości, na przykład wolność. W czasach komunizmu poeci byli niemalże gwiazdami, bo dawali ludziom wytchnienie od ponurej codzienności, która ich dusiła. Czytanie było wręcz ostatnim bastionem wolności, dlatego poezja miała wtedy takie duże znaczenie.

Jedna z poetek z kolektywu Versopolis wyznała, że dla niej poezja po prostu jest i nie można narzucać jej żadnej funkcji do spełnienia. Zgadza się z tym Pani?

Zgadzam się, że nie należy jej narzucać odgórnie żadnej funkcji, ale z drugiej strony uważam, że poezja powinna mieć swój cel, czemuś się przysłużyć. To odnosi się do wszystkich dziedzin sztuki.

Czyli jednak liczy się przekaz?

Intensywność przekazu. Czasami czytelnik może czegoś nie rozumieć w wierszu, ale przeżycie estetyczne wywiera na nim silne wrażenie. Przyszło mi do głowy skojarzenie z elektrycznością – niewiele osób zastanawia się, jak ona działa, ale ma przecież ogromny wpływ na nasze życie. Podobnie jest z poezją. Ten poeta, który bardziej wpływa na czytelnika emocjonalnie – elektryzuje go – ma większą siłę oddziaływania.

Kiedy pisze się wiersze zaangażowane, łatwo popaść w dosłowność, jednostronność przekazu. Po latach okazuje się, że wiersz stracił na aktualności, jego wartość się zdezawuowała.

Zdarzały mi się we wczesnej twórczości takie wiersze, tworzone pod wpływem chwili, impulsu, które bez tamtego kontekstu są nieaktualne. Wywołały jednak spory skandal, zostały zakazane i dlatego weszły do historii literatury w Rumunii. Za pierwszym razem były to cztery wiersze opublikowane w czasopiśmie studenckim „Amfiteatru”. Jeden z nich zaczynał się tak: „Nasz naród jest jak roślina”, a kończył następująco: „Kto widział buntujące się drzewo?”. Te wersy stały się tak popularne w tamtym czasie, że weszły do powszechnego użycia i do dziś Rumuni komentują w ten sposób swój brak zaangażowania obywatelskiego: „No tak, w końcu jesteśmy rośliną”. Moim zdaniem każde dzieło sztuki ma kilka warstw znaczeniowych i nawet jeśli ta pierwsza, bardziej dosłowna, straci na znaczeniu, obronią się kolejne, te głębsze. Jednak nie uważam tych wierszy za reprezentatywne dla mojej poezji, są dla mnie ściśle związane z tamtym okresem historycznym. Nie dołączam ich już do moich książek, choć początkowo zostały przetłumaczone na 10 języków.

A co z patosem, jak go uniknąć przy poruszaniu bardziej filozoficznych tematów? Czasami poezja bywa pretensjonalna.

Nie wiem, bo nie mam sztywnego przepisu na napisanie wiersza. Mam wrażenie, że te wiersze same do mnie przychodzą, jakby ktoś mi je dyktował, a ja je tylko spisuję. Potem w swoich notatkach znajduję dziwne błędy, np. zamiast głosek dźwięcznych są bezdźwięczne, jakbym czegoś nie dosłyszała i zapisała z błędem. Nie wiem, jak to się dzieje, nawet pytałam o to lekarza. Często pewne wersy przychodzą mi do głowy w najmniej odpowiednich momentach, zapisuję je i później dopiero rozwijam, opracowuję. Może to jakieś moje obsesje mnie dopadają, nie wiem (śmiech). Myślę, że większość poetów ma podobnie.

Czyli poeta jest tylko piórem w rękach Boga? Chyba właśnie popadłyśmy w nadmierny patos.

Nie, to bardzo trafne słowa!

W swoim najnowszym tomie Moja ojczyzna A4 porusza Pani tematykę egzystencjalną. Pisze Pani m.in. o zagubieniu młodych ludzi, którzy żyją chwilą i nie zastanawiają się nad tym. Jaka jest tego przyczyna?

Myślę, że za mało czytamy, bo literatura to ratunek przed utratą ciągłości, osaczeniem współczesnego świata, szczególnie jeśli jest się uzależnionym od innych mediów. Zawsze powtarzam młodym ludziom: Czytajcie, czytajcie, czytajcie!

Ja to powtarzam swojej 13-letniej kuzynce, ale bez efektu.

Dla mnie nie ma większej przyjemności niż czytanie, czasami przeszkadza mi to w pisaniu (śmiech).

W końcu to zależy od czytelnika, czy zatrzyma się i zauważy ten wiersz. To trochę jak nawoływanie na ulicy do przechodniów, nie ma Pani takiego poczucia?

Rzeczywiście, jesteśmy w dziwnej sytuacji: dajemy, ale nie wiemy, czy ktoś to przyjmie. Przede wszystkim piszemy, żeby wyrazić siebie, nie żeby inni nas rozumieli, to dopiero następuje na innym etapie. Prawdziwy pisarz będzie pisał nawet na bezludnej wyspie, nie mając żadnych szans na ratunek, bo to leży w jego naturze, on musi siebie wyrazić w ten sposób.

W wierszu Kamienne nasiona pisze Pani: „(…) nie wiemy, jak to jest być Dobrym lub jak to jest być Żywym, tak jak kamienne nasiona piasku nie wiedzą, co to znaczy kiełkować”. Co jest w nas takiego, co uniemożliwia nam zakwitnięcie?

To tak jak w Biblii, kiedy rozrzucane są ziarna, nie wiadomo, na jaki grunt padną i czy wykiełkują. To jest też odniesienie do mnie jako twórcy, czy to, co piszę, znajdzie oddźwięk.

Czy w wierszu Animal Planet, poruszającym kwestie wojny i cierpienia, ale także naszego niemego przyzwolenia na cierpienie, rozlicza się Pani ze swoją przeszłością dysydentki? W końcu wystąpiła Pani z Tymczasowej Rady Frontu Ocalenia Narodowego w 1990 roku.

To bardziej wyrzuty, jakie robię Stwórcy, że tak urządził nasz świat. To aksjomat – czy lew nie ma prawa do zabijania? My to obserwujemy, ale czy przez to nie czujemy się winni? Oczywiście, że odwołuję się do swojej przeszłości dysydenckiej, mam poczucie niesprawiedliwości, że jedni przeżyli, a inni zginęli lub upadli, choć mieli te same warunki, doświadczenia. Dlatego piszę, że nie jestem „niewinna”, choć byłam tylko świadkiem, ale nie jestem winna tak jak Bóg, który to stworzył.

Natura jest okrutna, ale my mamy wybór.

Aksjomatem jest to, że zawsze wygrywa ten silniejszy. I ostatecznie współczucie, dobroć to jest coś, co jest przeciwne naturze świata. Humanitaryzm stworzyli ludzie, ale w sposób nie perfekcyjny. Czy ostatni wers z odwołaniem biblijnym: „A potem nauczyłeś mnie nadstawiać  drugi policzek” jest dla Pani czytelny?

Oczywiście, że tak, czemu Pani pyta?

Kiedy moje wiersze tłumaczone są na inne języki, nie mam pewności, czy odbiorcy np. w Anglii lub w Niemczech jeszcze rozpoznają te odwołania. Obawiam się, że brak dostatecznej edukacji może skutkować tym, że kolejne pokolenia przestaną rozpoznawać pewne motywy i symbole kulturowe.

Amos Oz wyznał ostatnio, że w młodości studiował Nowy Testament po to, żeby w pełni zrozumieć powieści Dostojewskiego, muzykę Bacha, sztukę Europy. Takie deklaracje zwracają uwagę na to, że kultury europejskiej nie można rozpatrywać bez odniesienia do chrześcijaństwa.

Rzeczą nieakceptowalną dla mnie jest fakt, że z konstytucji Unii Europejskiej zdecydowano się wyciąć wersy mówiące o chrześcijańskich korzeniach Europy. Ten moment jest dla mnie symbolicznym odcięciem się Europy od jej własnej definicji. To zaprzeczanie własnej tożsamości. Myślę, że kwestia wiary nie musi być rozpatrywana tylko w odniesieniu do religii. Warto i należy w coś wierzyć. Gdybym miała porównać kulturę islamską i chrześcijańską, to powiedziałabym, że ich siłą jest właśnie wiara, podczas gdy my jesteśmy osłabieni, bo przechodzimy kryzys wiary. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem zwolenniczką jakiegokolwiek fanatyzmu! Ale nasza słabość buduje ich siłę, tak to postrzegam. Absurdem wydaje mi się zasłonięcie podczas wizyty prezydenta Iranu w Rzymie „nieprzystojnych” dzieł sztuki w Muzeach Kapitolińskich. To zanegowanie własnej kultury.

W ten sposób stajemy się ofiarą swojej własnej politycznej poprawności.

Tak! Ale to temat na zupełnie inną dyskusję.

Nie wydaje się Pani paradoksalne, że w czasach demokracji i wolności słowa coraz mniej możemy mówić o tym, co myślimy?

Ta polityczna poprawność jest w tej chwili tożsama z cenzurą wewnętrzną, jaką w czasie komunizmu narzucał sobie pisarz. Mówię tak dlatego, że kiedy tworzyłam za komuny, wiedziałam, że pewnych rzeczy nie mogę napisać wprost, bo znałam reakcję cenzury. Teraz jest podobnie. Wolność słowa umniejsza znaczenie słowa.

Ana Blandiana (1942) – jedna z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetek rumuńskich, zaangażowana w walkę o wolność obywatelską. Przed rewolucją 1989 r. była słynną dysydentką i obrończynią praw człowieka. Inicjatorka i współzałożycielka Sojuszu Obywatelskiego i Fundacji Akademii Obywatelskiej oraz muzeum i ośrodka badawczego Miejsce Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu. Autorka 14 tomów wierszy, tłumaczonych na 24 języki. Jej ostatni tom Moja Ojczyzna A4 (2010) otrzymał Nagrodę Literacką Miasta Gdańska Europejski Poeta Wolności 2016.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Jeden komentarz “Blandiana: Naród jak roślina”

Skomentuj

Res Publica Nowa