Bądźmy radykalni?

Jak dotąd poza Internetem radykalizm nie istnieje. Jednak to Internet określi nowy typ polityki - oby demokratyczny


Esej Bądźmy radykalni? został napisany dla Res Publica Festival

Polityka wymaga dziś radykalnej zmiany – słyszymy. Na czym jednak ma polegać ów radykalizm? Nowe odpowiedzi są uderzająco płytkie. Sięgnijmy zatem po klasyków. Machiavelli pisał w Rozważaniach nad pierwszym dziesięcioksięgiem Historii Rzymu Tytusa Liwiusza (I, XVIII): „Kiedy instytucje polityczne danego państwa okazują się wadliwe, należy je zreformować bądź od razu, bądź też stopniowo, zanim wszyscy przekonają się o ich wadliwości. Otóż i jedno, i drugie rozwiązanie jest moim zdaniem prawie niemożliwe. (…) zreformowanie instytucji politycznych państwa wymaga starań dobrego człowieka i obywatela, zaś objęcie władzy przy pomocy gwałtownych środków wymaga człowieka występnego. Dlatego też nader rzadko znajdzie się człowiek uczciwy, który dążąc do chwalebnego celu, sięgnie po władzę w nieuczciwy sposób; albo też człowiek występny, który po zagarnięciu władzy zechce sprawiedliwie rządzić, czyniąc dobry użytek z tego, co niedobrym sposobem nabył”.

Oto istota radykalizmu politycznego.

Dwa radykalizmy

Rzeczą podstawową jest odróżnienie radykalizmu treści od radykalizmu formy. Bardzo często oba te radykalizmy występują równocześnie, jednak bywa również tak, że pojawiają się osobno, a wtedy sytuacja polityczna może stać się trudna, nieznośna albo skandaliczna.

Dlaczego radykalizm jest czasem nieunikniony? Ponieważ istnieje naturalna w świecie ludzkim tendencja do przekonania, że jeżeli jest znośnie, to dalej będzie znośnie, a zatem nie należy niczego zmieniać. Nie wiadomo dokładnie przy tym, co dla kogo jest znośne. Jakie grupy społeczne, jakie warstwy, jakie grupy – wiekowe czy połączone więziami obyczajów i kultury – uważają istniejąca sytuację polityczną za znośną, a jakie za nieznośną?

Ponadto, na co zwracał uwagę George Orwell, wśród komentatorów politycznych przeważa tendencja do tego, by sądzić, że stan obecny będzie trwał nadal.

Wprawdzie równocześnie narzekają na nadmierną stabilizację, „zabetonowanie” sceny politycznej, ale lekceważą wszystkie próby zmiany tej sytuacji, ponieważ wiedzą, że dotychczas się nie powiodły. Gdyby tak rozumować, para Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość powinny rządzić do końca świata. Idea zmiany politycznej jest obserwatorom sceny politycznej obca, czasem śmieszna, a czasem niebezpieczna. Śmieszna, kiedy skala radykalizmu oraz liczba radykałów jest niewielka, niebezpieczna, kiedy pojawia się ich wielu.

Deficyt mitu

Machiavelli zastanawiał się nad problemem najważniejszym: jak dokonać zmiany politycznej. Kwestię tę podjął w Lokomotywach historii Martin Malia, wielki historyk i specjalista od rewolucji sowieckiej. Malia, który uważa rewolucje za lokomotywy historii, sądzi, że bez gwałtownej przemiany politycznej, która doprowadza do zmiany duchowej, prawnej i społecznej, Zachód nie zdołałby zmienić swojego oblicza i dotrzeć do demokracji. W niektórych krajach (Polska, Niemcy, Czechy, Węgry) taka rewolucja się nie dokonała i jasno widać to po ich obecnym stanie. Brak im mitu założycielskiego nowoczesności. Jednak, co najważniejsze, Malia wcale nie lewicowiec, rehabilituje radykalną ideę rewolucji. Rewolucja to dla niego radykalna zmiana.

Rewolucji jeszcze nie było

Obserwując obecne, nagłe pojawienia się radykalizmu na dużą skalę w Polsce, a lada chwila zapewne w innych krajach Europy, a zwłaszcza Europy Środkowej i Wschodniej, możemy powiedzieć, że znakomicie się stało, iż w latach 1989-1990 nie doszło do rewolucji. Co nieznane w dziejach, zasadnicza zmiana odbyła się tu bez radykalizmu. Jednak należy także zdać sobie sprawę z negatywnych konsekwencji tego, że rewolucji nie było. Nie jestem zwolennikiem rewolucji, wręcz przeciwnie, ale radykalna zmiana czasem jest niezbędna.

Dlaczego idea zmiany opanowała obecnie umysły co najmniej połowy Polaków, w tym większości ludzi młodych? Właśnie dlatego, że nie było rewolucji. Zabrakło mitu założycielskiego nowej Polski, nowych Czech czy Węgier.

Przeciwnie, próbowano raczej i wciąż się próbuje stworzyć sztuczne powiązania z prawdziwą przeszłością, z prawdziwą niepodległością tych krajów. Nie jest to zresztą swoiste tylko dla tego obszaru Europy. Amerykanie, krytykujący obecny stan rzeczy i domagający się zmiany, coraz częściej odwołują się do Ojców Założycieli. To fałszywa droga. Zmiana musi być dokonywana w imię przyszłości, w imię idei lub ideałów, które mają być zrealizowane dopiero jutro lub do których owe jutro mogłoby nas zbliżyć.

3 okladki czerwiec 2015

Co robić?

I tu pojawia się olbrzymi kłopot. Jakie miałyby to być ideały? Kompletnie nie wiadomo. Nie jest to wynikiem intelektualnej słabości przywódców radykalnych ruchów społecznych (chociaż może także), ale – wracamy do Machiavellego – miotania się między ideami naprawy niektórych istniejących instytucji a wizją odnowionej całościowo „prawdziwej” demokracji. Doskonale rozumiem chęć radykalnej demokratyzacji istniejącego świata. Jednak nie ma żadnej szansy na to, by taka zmiana dokonała się bez projektu, bez wizji i bez porzucenia dawnych form oraz instytucji.

Współczesny radykalizm, chociaż zrozumiały jako odruch skierowany przeciwko skostniałej rzeczywistości, nie umie sobie poradzić ani z formą zmiany, ani z jej treścią.

W niewoli formy

Problem formy jest bardzo trudny, ponieważ – mimo pojawiającej się czasem retoryki – nikt nie chce prawdziwej rewolucji. Nie tylko dlatego, że nauczyliśmy się już wiele na temat negatywnych skutków rewolucji, ale przede wszystkim dlatego, że w świecie współczesnym jest bardzo wiele dobrych rzeczy, które chcemy zachować. Jeżeli wiec zmienimy ordynację wyborczą, system finansowania partii politycznych i część systemu podatkowego, to na pewno nie uzyskamy efektu, o jaki chodzi. A chodzi o poczucie uczestnictwa w decyzjach politycznych w demokracji. Zresztą takie zmiany nie są ani trochę radykalne, więc muszą zawieść oczekiwania na prawdziwą odmianę.

Ponadto system polityczny, jaki istnieje obecnie, jest bardzo silny siłą stabilności, nawet jeżeli jest to stabilność, którą wielu potępia. Dlatego zmiana opisana powyżej zostanie przezeń wchłonięta i bardzo szybko system powróci do stanu równowagi.

Oczywiście można sądzić – zapewne słusznie – że radykałowie także zadowolą się korektami, o ile będą mieli poczucie, że dokonały się pod ich wpływem. Wtedy jednak z radykalizmu nadziei na nowe, na inny świat, na prawdziwą demokrację nie zostanie nic.

Niektóre ruchy czy ugrupowania radykalne marzą nie tylko o prawdziwej demokracji, ale także o „prawdziwej” Polsce czy „prawdziwemu” przywróceniu więzi międzyludzkich. Jedne są bliżej tego, co nazywamy prawicą, inne tego, co nazywamy lewicą. W obu przypadkach jednak nie formułują radykalnych propozycji formy zmiany, ponieważ demokracja wyklucza taki radykalizm. A ruchy te, wbrew deklaracjom ich przywódców, mieszczą się w ramach demokracji, ponieważ w obecnym świecie zachodnim innych ram po prostu nie ma.

Jak natomiast wygląda sytuacja, kiedy rozważymy radykalizm treści? Natychmiast okaże się, że praktycznie (poza zupełnie zmarginalizowanymi grupami czy ekscentrycznymi myślicielami lub publicystami) nie ma zwolenników rewolucji i walki w imię nowych ideałów. Nie wiemy i nie potrafimy sobie wyobrazić, jakie to mogłyby być ideały. Wprowadzenie demokracji bezpośredniej jest przecież niewykonalne. A nawet gdybyśmy chcieli szczerze przyklasnąć idei wprowadzenia wyłącznie spółdzielczego systemu gospodarczego (w imię skasowania wyzysku), zaraz potem dostrzeglibyśmy jej utopijny charakter.

Słysząc postulat najczęściej powtarzany, najważniejszy i najmniej zrozumiały, czyli postulat rzeczywistego uczestnictwa w decyzjach w państwie demokratycznym, gotowi jesteśmy się z nim zgodzić, ale zupełnie nie wiemy, jak do tego doprowadzić.

Nieznośna lekkość stabilności

Wnioski zatem są następujące: nieznośna stabilizacja systemu politycznego doprowadza do słusznego radykalizmu, ale radykalizm ten jest pozbawiony zdolności zarówno obalania istniejącej rzeczywistości, jak i – tym bardziej – budowania nowej.

R obrazek na strone www

Na tle historii radykalizmu i zmian rewolucyjnych jest to sytuacja zupełnie nowa. I dlatego z tym większą uwagą i zaciekawieniem należy się jej przypatrywać. Radykałowie pod koniec XVIII wieku, a następnie w XIX oraz XX wieku zajmowali się w zasadzie niszczeniem. Podobna – chociaż niesłuszna – opinia dotyczyła anarchistów. Destrukcja mogła jednak mieć sens, dopóki istniały grupy społeczne, którym mogło zależeć na budowaniu od nowa, na rewolucyjnym „zaczynaniu od nowa”. Takie grupy społeczne w cywilizacji zachodniej już nie istnieją. Nie ma pognębionych czy odrzuconych, są oburzeni. Oburzenie może jedynie – jeżeli ma odegrać rolę polityczną – przekształcić się w nowe formy demokracji. Innymi słowy: o ile można przewidywać przyszłość, to tak jak kiedyś byli przeciwnicy monarchii, burżuazji, kapitalizmu, a potem totalitaryzmu, to teraz nie ma wrogów wizji demokratycznej. Są tylko tacy, którzy chcieliby ożywienia demokracji, wydobycia jej ze stagnacji. Wydawałoby się zatem, że radykałowie naszych czasów pełnią bardzo pozytywną funkcję budzenia sumień obywatelskich. A jednak w praktyce radykalizm udaje się sformułować jedynie w kategoriach negatywnych, jako krytykę.

Co upolityczni demokrację?

I tu pojawia się sprzeczność, z jaką bardzo trudno będzie sobie poradzić: jak budować z hasłami zniszczenia na ustach? Idea „radykalizmu pozytywnego” jeszcze się nie upowszechniła i nie jest pewne, czy uczucia i myśli pozytywne wzbudzą równie silną reakcję, jak negatywne. Przyszłość radykalizmu jest zatem kompletnie nieznana, ale z całą pewnością ma miejsce wśród młodych, którzy chcą upolitycznienia – i w tym sensie mam do nich szacunek. Przestrzenią realizacji ich radykalizmu jest Internet.

To może jedyna, nieliczna grupa ludzi, których naprawdę zajmuje sprawa publiczna. Może nam się nie podobać sposób w jaki to robią, ale sam fakt ich silnego zaangażowania zasługuje na uwagę.

Tego typu radykalizm może mieć dwa efekty: w postaci upolitycznienia narodu i upolitycznienia demokracji.

Upolitycznienie narodu i upolitycznienie demokracji to są dwa zupełnie różne cele, które moim zdaniem są rozbieżne. Ta rozbieżność nam dziś zagraża. Nie przesadzałbym co do jej znaczenia, ale na podstawie doświadczeń XX wieku zdajemy sobie sprawę, jak niewiele trzeba, by z pozoru nieistotne zjawisko przeobraziło się w coś okropnego. Nie straszyłbym perspektywą upolitycznienia nacjonalizmu, gdyby upolitycznieniu podległa także demokracja. Carl Schmitt pisał, że demokracja w Republice Weimarskiej nie nabrała formy politycznej, w związku z czym Hitler stał się groźny. Gdy istnieje upolityczniona demokracja, to takie zagrożenia nie są zbyt istotne. One stają się groźne w momencie, gdy są jedyną realną propozycją, która wydaje się atrakcyjna.

Radykalizm Wieku Cyfrowego

Kwestią, która musi ulec radykalnemu upolitycznieniu jest związek Internetu i demokracji. Internet nabrał takiego znaczenia, jak plotka w czasie rewolucji francuskiej – wystarczyła pogłoska, by w ciągu jednej doby życie straciło kilkanaście tysięcy osób w paryskich więzieniach. Gdyby doszło do nowej rewolucji, Internet też zacząłby mordować. Choć jestem zwolennikiem całkowitej wolności w Internecie wiem, że podobnie jak plotki nie można go opanować.

Nie wiemy zatem, jaką rolę odegra Internet w przyszłości informacji, nie wiemy też, jak zbudować na tym polityczność. Ale wiemy, że polityczność Internetu nieuchronnie nadejdzie i nie można tego procesu powstrzymać. Warto więc zadać pytanie, jak oswoić ów przebudzony właśnie radykalizm i zaprząc go w celu upolitycznienia demokracji. W przeciwnym razie po raz kolejny w historii z całą mocą może dosięgnąć nas widmo upolitycznionego narodu.

***

Najbardziej palącym pozostaje jednak pytanie: Jak można zachować radykalną wolność słowa i zarazem radykalną za te słowa odpowiedzialność? Czy ktoś z państwa umie na to pytanie odpowiedzieć? Bo ja zupełnie nie wiem.

Marcin Król (1944) – profesor nauk humanistycznych, historyk, historyk idei, filozof, wykładowca akademicki, publicysta. Ostatnio ukazała się jego książka Byliśmy głupi, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2015

Więcej tekstów prof. Króla znajdziesz w najnowszych wydaniach kwartalnika Res Publica Nowa

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa