ADAMOWICZ: Ewolucje i pokusy władzy

O władzy, sile i kulturze z Pawłem Adamowiczem, prezydentem Gdańska, rozmawia Artur Celiński


Wszystko, co się dzieje w kulturze, jest przede wszystkim kwestią umowy społecznej. A umów nie wolno tak po prostu łamać, przy wykorzystaniu argumentu siły. Decyzja o powstaniu Muzeum II Wojny Światowej, czy decyzja o tym, że powstaje jakaś inna instytucja, ktoś wygrywa konkurs na jej prowadzenie, podpisuje się z nim kontrakt, a on przedstawia swój program, zobowiązuje obie strony.

Artur Celiński: Zacznijmy może od czegoś prostego. Dlaczego ludzie kultury podchodzą z taką podejrzliwością do polityków? Obrażają ich, podważają ich kompetencje. Skąd to się bierze?

Paweł Adamowicz: Uważa Pan, że to proste? Wątpię. Niewątpliwie jednak w samą naturę twórcy jest i powinien być wpisany pewien sceptycyzm wobec każdej władzy – czy to władzy świeckiej, czy duchowej. Tak już jest od zawsze, przynajmniej w kulturze europejskiej, chociaż nierzadkie są przykłady ludzi kultury, którzy trwali w sojuszach czy to z ołtarzem, czy z tronem i całkiem nieźle im się powodziło. Współcześnie – mówię zwłaszcza o Polsce, bo jest to pole naszej rozmowy – owa podejrzliwość rośnie głównie z powodu naturalnej chęci instrumentalizowania kultury przez polityków. Zbyt często pojawia się bardzo użytkowe podejście do kultury – zwłaszcza swoista akcyjność, doraźność służąca legitymizowaniu własnej władzy, wpływów, pozycji albo gromadzenia elektoratu. Ale także z powodu wciąż rosnącej świadomości społecznej. Co zaś do języka, o którym Pan mówi, mamy ogromny problem, który głównie objawia się w świecie polityki, ale dotyka też niestety ludzi kultury.

AC: Skąd w politykach takie instrumentalne podejście do kultury?

PA: Można by zadać pytanie, dlaczego faraonowie budowali piramidy… (śmiech)

AC: Sugeruje Pan, że to ego polityków, czy…?

PA: Myślę, że zarówno każdy polityk, jak i artysta ma rozwinięte ego i wysoką dozę narcyzmu.

AC: A może politycy w ogóle nie mają kompetencji do zajmowania się kulturą?

PA: Jest to pytanie z tezą… Uważam, że nie jest możliwe, żeby światy kultury i polityki się nie przecięły. Wiemy, że w tych relacjach chodzić głównie winno o wyraziste określenie reguł, jakie powinny na tym polu obowiązywać. Jest bardzo wielu polityków, którzy nie mają kompetencji do zajmowania się kulturą. Ale politykom kultura jest potrzebna. Tak samo jak ludziom kultury w pewnym zakresie potrzebna jest polityka – i to nie tylko w klasycznym rozumieniu, jak arystotelesowskie zabieganie o dobro wspólne. Najmocniejszego akcentowania na tym styku wymaga eliminowanie politycznego paternalizmu i uznaniowości.

Kultura potrzebuje choćby pieniędzy i łatwo poddaje się manipulacji (z jakże szkodliwego punktu widzenia technologii władzy). Badania opinii publicznej, prowadzone zarówno w Gdańsku, jak i na poziomie całego kraju, pokazują, że kultura nie mieści się wśród 10 kluczowych potrzeb statystycznego Polaka. A więc politycy zbyt często nie zdają sobie sprawy, albo zapominają, że kultura jest inwestycją w przyszłość, a nie wydatkiem. Także w polityczną przyszłość.


Wywiad pochodzi z działu DNA miasta: Wolność w kulturze przygotowanego wspólnie z Miastem Gdańsk 

MM_14_600x200px

AC: To proszę mi pomóc rozwikłać jeszcze jeden fenomen: w lipcu, na nieKongresie Animatorów Kultury, podczas dyskusji o dewiacjach wokół domów kultury ich dyrektorzy zauważyli pewną właściwość. Okazuje się, że najczęściej jedynym, ale za to najbardziej gorliwym, krytykiem działalności domów kultury powszechnie uznanych za dobrze działające jest burmistrz. Czemu politycy bywają tak krytycznie nastawieni do kultury?

PA: Pewnie im mniejsze środowisko miejskie, tym ta instrumentalizacja instytucji kultury i szeroko pojętej kultury może być większa. I tym – często – niższy poziom kultury politycznej. Stąd kultura może być traktowana jako ozdobnik rytuałów powiatowo-miejskich. Mamy święto miasta czy powiatu i wtedy sobie przypominamy, a może raczej – ów samorządowiec przypomina sobie – o roli kultury. Mam nadzieję, ze jest jednak wielu samorządowców, ale nie wiem jak wielu, bo nie ma niestety takich badań, którzy traktują kulturę szerszej, w jej wielorakich funkcjach społecznych, estetycznych i tożsamościowych. A nie tylko jako ozdobnik sprawowania władzy czy jako element folkloru miejsko-powiatowego.

AC: Czy takie zjawiska rzeczywiście występują częściej w małych miastach? Znajdujemy się we Wrocławiu, w którym spotkaliśmy się z okazji obchodów Europejskiej Stolicy Kultury. Przez wielu ludzi, być może na wyrost i złośliwie, nazywane one bywają wielkim i drogim świętem prezydenta Dutkiewicza.

PA: W dużych miastach władza ma te same pokusy, a jednocześnie znacznie większe możliwości ekspansji i realizacji swoich pasji. Z drugiej strony, w większych miastach mamy do czynienia z większym pluralizmem opiniotwórczym, odważnym zabieraniem głosu, występowaniem różnych środowisk, może nawet nie tyle opozycyjnych, ale powiedzmy nonkonformistycznych wobec danego prezydenta. W związku z tym nawet prezydent o skłonnościach do „cezarokulturyzmu” natrafia na bariery, które mogą go otrzeźwić, wybić z dobrego samopoczucia i narcyzmu.

Ale zgadzam się, jednocześnie jest tu więcej instrumentów, więcej środków do dyspozycji, jeżeli chce się – mówię to trochę w cudzysłowie – „uświęcać władztwo”. A jeżeli chodzi o wrocławski projekt Europejskiej Stolicy Kultury – nie mnie go oceniać. Wiem, bo bardzo uważnie śledzę to przedsięwzięcie, że ma on bardzo wielu krytyków w środowiskach ludzi kultury, głównie we wrocławskich środowiskach kultury, ale jestem przekonany, że Wrocław odniesie w tym procesie wiele korzyści.

AC: A Pan uważa się za polityka, który stwarza optymalne warunki do rozwoju kultury?

PA: Moje stanowisko wobec kultury i moja polityka ewaluowały wraz z moim rozwojem. Jest to temat, o którym rzadko mówi się w Polsce – nikt nie przychodzi, chociaż powinien, całkowicie przygotowany do pełnienia funkcji publicznej. I mamy do czynienia z dwoma modelami. Jednym jest sytuacja, w której obserwujemy rozwój osoby sprawującej funkcje publiczne i jej uczenie się bycia dobrym politykiem, dzień po dniu. Jest też drugi model, w którym utrwalają się negatywne cechy danej osoby, a jej sposób sprawowania władzy nie powinien być dla nikogo wzorcem. Nieskromnie powiem, że raczej należę do tej pierwszej kategorii, czyli staram się rozwijać.

AC: Sugeruje Pan, że popełnił Pan w czasie wcześniejszych kadencji jakieś błędy w dziedzinie zarządzania kulturą?

PA: Myślę, mam nadzieję, że nie popełniłem zasadniczych błędów.

AC: To na czym polega różnica np. między obecnym definiowaniem Pana roli i odpowiedzialności a sposobem, w jaki widział je Pan na początku rządów w Gdańsku?

PA: Na pewno w pierwszej kadencji, w latach 1998–2002, przede wszystkim uczyłem się swojej roli. I kulturą bezpośrednio nie zarządzałem. Była ona w dyspozycji mojego zastępcy. Dopiero w następnej, drugiej kadencji wiedziałem, że kultura musi należeć do zakresu moich bezpośrednich obowiązków. I na tym polegał ten rozwój. Uznałem, że kultura jest sferą, która powinna bezpośrednio podlegać prezydentowi. Jest najważniejszym obowiązkiem samorządu – obok edukacji. Dla mnie to był jednocześnie pewien akt odwagi i zarazem zrozumienia roli kultury. Bardzo często w różnych miastach kultura jest spychana właśnie na wiceprezydentów, bo nie jest jednym z tych instrumentów władzy, które łatwo przekładają się na popularność.

Tym bardziej że o błąd tutaj bardzo łatwo. W takiej sytuacji najłatwiej jest mieć kogoś, na kogo można zrzucić odpowiedzialność. Poza tym myślenie o kulturze, także w mieście, nie może podlegać kadencyjności; wymaga patrzenia w przyszłość. A bardzo często z politykami jest tak, że wszystkie kwestie traktują bardzo kadencyjnie. Wówczas nie ma miejsca i czasu na wizję rozwoju kultury, nie tworzy się strategii, nie buduje się społecznych grup wsparcia dla samorządu. Bo tak naprawdę zbyt często chodzi o to, aby przemknąć się przez następne wybory.


Interesują Cię kwestie miejskie? Śledź profil Magazynu Miasta na www.facebook.com/magazyn.miasta!


AC: A skąd Pan wie, że dobrze wykonuje Pan swoje obowiązki w tej dziedzinie? Po czym Pan to poznaje?

PA: Nie ma jasnych algorytmów określających tzw. skuteczność polityki kulturalnej. Natomiast wydaje mi się, że w Gdańsku w ciągu ostatnich kilkunastu lat narodziły się nie tylko nowe instytucje kultury, ale też nowe zjawiska. Przede wszystkim stworzyliśmy stabilny, czytelny, transparenty system wspierania różnych przejawów działalności kulturalnej. I wydaje mi się, że to jest najważniejsze – żeby nawet najmniejsze aktywności kulturalne, na które potrzeba np. 500–1000 zł, mogły znaleźć wsparcie.

AC: A jakby miał Pan wyznaczyć granicę, oczywiście bardzo płynnie, pomiędzy Pana odpowiedzialnością i rolą za tworzenie warunków do rozwoju kultury a wolnością artystyczną, to gdzie by ona leżała?

PA: Napięcie będzie zawsze. I myślę, że nie ma sensu wyznaczanie żadnych granic. Napięcia są czymś naturalnym i dobrym. Oczywiście nie mogą i nie powinny przebiegać głównie na linii dystrybucji środków finansowych – chociaż i tutaj też mogą być dyskusje. Często jednak samorządy traktowane są jedynie jako dystrybutor owych środków. Weźmy na warsztat taki przykład: czy fakt, że w wyniku konkursu grantowego przedstawiony projekt nie znalazł uznanie komisji grantowej, stanowi jedyny powód do interwencyjnego spotkania z prezydentem? Jakże tak? Uczestniczymy w konkursie, a potem podważamy jego wyniki?

Wydaje mi się, że ważniejsza jest rozmowa, a nawet konflikt wokół problemu – nie boję się tego słowa użyć, bo konflikt dla mnie nie zawsze jest objawem czegoś złego, a właśnie objawem zdrowia społecznego. Jest dobrze, gdy możemy debatować i prowadzić spory, czy dana wystawa, sztuka, performance etc., czy coś innego obraża np. czyjeś uczucia, wrażliwość lub utrwala szkodliwe stereotypy. Niech to będzie przejawem dyskursu, debaty publicznej. Aczkolwiek radziłbym sobie i innym prezydentom, by być od tego jak najdalej. Takimi sprawami powinni zająć się dziennikarze, społeczeństwo obywatelskie – na pewno nie prezydent miasta, nie prokurator, policja. (śmiech) I nie cenzor.

AC: A czy zdarzyła się w Pana praktyce sytuacja, w której poczuł Pan, że przesadził w danym konflikcie i wszedł Pan zbyt brutalnie w rozmowę? Nawet jeśli to była pierwsza reakcja, której potem Pan żałował?

PA: Zbyt brutalnie chyba nie, ale myślę, że w trakcie mojej pierwszej kadencji ja i mój zastępca zachowaliśmy się zbytnio… trudno mi teraz z perspektywy czasu powiedzieć, czy ostrożnie, czy może właśnie obojętnie… Całą Polskę rozpalił konflikt o instalację Doroty Nieznalskiej „Pasja” wystawioną w gdańskiej Galerii Wyspa. Wystawa została dofinansowana ze środków miejskich. Mogliśmy wyraźniej zabrać głos i powiedzieć właśnie o tym, jak wyobrażamy sobie wolność w kulturze. Ale byliśmy zbyt pasywni i asekuranccy.

AC: Gdyby był Pan ministrem kultury i zdarzyłaby się Panu taka sytuacja jak z Teatrem Polskim i sztuką „Śmierć i dziewczyna”, to jakby się Pan zachował?

PA: Wydaje się, że minister kultury, marszałek województwa czy prezydent mają, jak każdy, prawo do swoich ocen, smaku i recenzji, ale z uwagi na pełnione funkcje powinni unikać wydawania wyroków ex officio, a już szczególnie ex ante. Bo nie to jest rolą ministra, marszałka czy prezydenta. Mówię tu przecież o organizatorach instytucji kultury. Oni powinni wyraźnie powiedzieć dziennikarzom, którzy żądają od nich zajęcia stanowiska – najlepiej kontrowersyjnego, bo to się świetnie sprzedaje – że jako organizator nie mają zdania na ten temat. Mogą mieć prywatną opinię, której jednak nie będą publicznie wygłaszać. Decydujące zdanie mają widzowie, krytycy, recenzenci, opinia publiczna. To oni pokazują, czy coś się podoba, czy też raczej oburza, albo czy inspiruje do myślenia, do rozmowy, nawet jeśli się nie podoba. Ci, którzy mogą się poczuć urażeni, mają kodeks karny i adekwatne instytucje.

AC: Skoro jesteśmy przy ministrze kultury… Gdańsk znajduje się aktualnie w dość ostrym sporze z premierem Glińskim. Czy ta pełna napięcia rozmowa o Muzeum II Wojny Światowej dotyczy mechanizmów wpływu czy też może wartości?

PA: Jednego i drugiego, ale przede wszystkim wartości. Mówimy tu o sposobie rozumienia historii Polski, historii Europy i świata oraz przedstawianiu jej Polakom i światu. Wydaje mi się, że projekt stałej wystawy Muzeum II Wojny Światowej przygotowany przez zespół prof. Machcewicza z udziałem szerokiego, międzynarodowego grona najwybitniejszych współczesnych historyków, znawców historii II wojny światowej, jest optymalnym, jeżeli można użyć takiego sformułowania, polskim punktem widzenia na II wojnę światową jako zjawisko uniwersalne. Polska nie tylko nic w tej opowieści nie traci – jak twierdzą krytycy tej wystawy, z recenzentami włącznie – ale wręcz zyskuje.

AC: Premier Gliński tego nie dostrzega?

PA: Nie chcę tu wpadać w uproszczenia, ale one oczywiście narzucają się same. Sytuacja ta przypomina spór między centrum a prowincją. I wydaje się, że punkt widzenia prezentowany przez krytyków z ministerstwa – można by go nazwać „tradycyjno-zaściankowo-sielsko-anielskim” – zdecydowanie różni się od idei tego muzeum. Nam chodzi o to, aby pokazać obraz polsko-uniwersalno-centryczny. Polska jest w nim umieszczona w pewnym uniwersum doświadczeń ludzkich – jako miejsce, gdzie ta najstraszliwsza wojna się rozpoczęła, rozegrała oraz niejako koncentrowała, poprzez zjawisko Holokaustu i wiele innych, największych okrucieństw.

Warto dodać, że ta wizja nie zasklepia się w swoim europocentryzmie, pokazuje jednocześnie np. wojnę w Azji, w Chinach, czyli też nieznane Europejczykom szerzej japońskie ludobójstwa ludności Chin. I patrząc szerzej, można odnieść wrażenie, że to jeden z tych niekończących się sporów w polskiej myśli historycznej – trwający od 200, a może nawet 250 lat. Jedni chcą jakby na siłę pokazać naszą „wyjątkowość” i „niezwykłość”, co niestety przybiera najczęściej zaściankowo-prowincjonalny charakter. Drudzy chcą zaś pokazać polski los jako część losu uniwersalnego, ludzkiego – nie odbierając mu wyjątkowości związanej z naszym emocjonalnym zaangażowaniem. Tylko wtedy polskość zyskuje niejako wymiar powszechny i są to moim zdaniem bardziej Wojtyłowe, Norwidowe, ale i Gombrowiczowe albo nawet Miłoszowe. To zupełnie odmienna koncepcja od tej, w której Polska jawi się Chrystusem narodów.

AC: Mam wrażenie, że w tej kwestii mówi Pan jakby głosem artysty, twórcy kultury próbującego przekonać swojego zaściankowego burmistrza do idei, na którą ten w ogóle nie ma ochoty albo jej kompletnie nie rozumie.

PA: Pamiętajmy, że muzeum jest przedsięwzięciem publicznym. Każdy rząd powinien brać odpowiedzialność za decyzje podjęte przez swoich poprzedników – zwłaszcza w tak zaawansowanych przedsięwzięciach. W tym przypadku rachunki są zapłacone, projekty są zatwierdzone, a otwarcie muzeum powinno odbyć się na początku 2017 roku. Zostało raptem pół roku. I w związku z tym wywracanie wszystkiego do góry nogami jest po prostu, mówiąc najkrócej, nie wpadając w głębsze uzasadnienia, niegospodarnością.

AC: Przypomina mi to naprawdę protesty artystów, których np. prace były w ostatnim momencie zdejmowane z wystawy pod różnymi pretekstami. Występuje Pan jako artysta, a minister kultury jest prezydentem miasta w Trójmieście. Nie zauważa Pan tej analogii?

PA: Jakaś analogia jest – niech będzie, że protestuję jako artysta. Tylko nie zapominajmy, że dodatkowo jestem tym specyficznym artystą, że dostarczyłem w imieniu miasta tworzywa do tego dzieła w postaci gruntu o dużej wartości. Miasto Gdańsk występuje tu jako darczyńca, a minister jako obdarowany – a dokładniej muzeum zostało obdarowane. To konkretne muzeum. Dlatego po raz kolejny mówię, że nie wykluczam, i to mówię bardzo poważnie, drogi sądowej wobec muzeum, czyli Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bowiem zarówno ja, jak i Rada Miasta Gdańska byliśmy przekonani, że dajemy grunt pod muzeum z wystawą o takim charakterze, o którym przed chwilą opowiedziałem…

AC: Nie przekonuje Pana argument, że ta wizja, o której Pan mówił, została negatywnie zweryfikowana w ostatnich wyborach i zmienił się po prostu sposób patrzenia na rzeczywistość?

PA: Na szczęście to nie wybory parlamentarne czy prezydenckie rozstrzygają o interpretacji historii. Dokonują jej przede wszystkim historycy, pisarze, artyści i obywatele zainteresowani historią. I oczywiście mam w uszach wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, wygłoszone w Poznaniu przed wyborami parlamentarnymi, w którym odnosząc się do wizji polityki kulturalnej, wskazał na pozycji numer jeden konieczność odbicia najpierw Muzeum II Wojny Światowej, a później również Europejskiego Centrum Solidarności… jeśli się uda. Takiego traktowania instytucji kultury jako łupów w grze politycznej Polska po 1989 roku nie przeżywała. To zjawisko całkiem nowe, do którego musimy się wszyscy odnieść. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy wywiesić białą flagę. Wręcz przeciwnie.

AC: Zaraz. Traktowanie instytucji kultury jako łupów politycznych – może oczywiście nie w takiej skali, o jakiej rozmawiamy, ale jednak dzieje się w Polsce na co dzień. Może Pan o tym nie wie, ale ja, jako badacz sektora kultury, w zasadzie co kilka tygodni słyszę o skandalicznym traktowaniu dyrektorów, pracowników i ich przedsięwzięć. Szkoda, że mówimy o tym głośno tylko wtedy, gdy dotyczy to spraw nam bliskich.

PA: To prawda. Takie sytuacje dzieją się niestety w bardzo różnych odsłonach. To jest pewien rodzaj paranoi, w której żyjemy. Zresztą mówiliśmy na początku tej rozmowy, z czego to często wynika. Trzeba jednak pamiętać, że wszystko, co się dzieje w kulturze, jest przede wszystkim kwestią umowy społecznej. A umów nie wolno tak po prostu łamać, przy wykorzystaniu argumentu siły. Decyzja o powstaniu Muzeum II Wojny Światowej, czy decyzja o tym, że powstaje jakaś inna instytucja, że ktoś wygrywa konkurs, że podpisuje się z nim kontrakt, że on przedstawia swój program, zobowiązuje obie strony. Po pierwsze, do wzajemnego zaufania, a po drugie – do realizacji tego, co zostało uzgodnione. Minister nie jest od tworzenia muzeów, a prezydent od tworzenia np. centrów sztuki współczesnej.

Dobrym przykładem takiej lojalności wobec umów społecznych jest pozycja dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, który przecież został mianowany przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Owszem, toczyły się publiczne dyskusje o jego odwołaniu, ale na nich się skończyło. Dyrektor Ołdakowski nie został odwołany przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, do tej pory pełni swoją funkcję. Prezydent Warszawy uznała, że nie wolno łamać umowy, którą dyrektor tego muzeum zawarł z władzami.

AC: Czego tego typu sytuacje mogą nas nauczyć? Czy w związku z częstymi naruszeniami tej niejasnej granicy pomiędzy rolą polityka a rolą twórcy powinniśmy sobie ją bardziej zdefiniować?

PA: To jest ważne pytanie, nie tylko w sferze kultury – można powiedzieć, że ważne generalnie na gruncie prawa konstytucyjnego. Sądziliśmy – powiedzmy, że do października 2015 roku – że ustawodawstwo mamy dobre, odpowiadające standardom Unii Europejskiej i wymaganiom nowoczesnego państwa prawa. Nawet na studiach w PRL-u uczono mnie, że równie ważne jak zapisy prawa są dobre obyczaje, normy współżycia społecznego, czyli takie niepisane czy nieskodyfikowane reguły postępowania, które honorujemy jako strony dialogu społecznego i politycznego.

Dla przykładu – mimo że nie jest wprost napisane, ze prezydent musi przyjąć ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego, to jego rola w tym procesie jest oczywista. Tymczasem na naszych oczach urzędujący prezydent arbitralnie uznał, że ma w tej sprawie o wiele więcej do powiedzenia i odmówił przyjęcia ślubowania. Stała się rzecz niebywała w dziejach Polski po 1989 roku. Na tej podstawie można by wyrokować, że zapisy muszą być absolutnie jednoznaczne i nie dawać pola do jakichkolwiek nadużyć. Tak samo można by powiedzieć o prawie regulującym działalność kulturalną.

Dzisiaj jesteśmy na przykład świadkami drobnej kwestii prawnej – nie rozpalającej opinii publicznej do czerwoności, ale jednak mającej istotne znaczenie: czy połączenie Muzeum II wojny Światowej z Muzeum Westerplatte wymaga bezwzględnie zasięgnięcia opinii Rady ds. Muzeów przy MKiDN? Gdy ten wywiad się ukaże, połączenie będzie pewnie faktem prawnym, a my będziemy skarżyć tę decyzję do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Bo nikomu wcześniej nie przyszłoby do głowy, ze minister nie chciałby słuchać głosu doradców – że w państwie demokratycznym likwiduje się struktury opiniotwórcze. A tutaj ewidentnie minister nie chciał wysłuchać tak ważnej opinii.

Mówiąc językiem jednego z antropologów polskich, mamy do czynienia z dominacją pedagogiki bezwstydu – coś, co wydawało się kiedyś niemożliwe, dziś staje się nie tylko możliwe, ale nabiera wrecz wymiaru normy postępowania władzy centralnej.

AC: Czy w tej sytuacji możliwe jest zwycięstwo którejś ze stron? Może powinniśmy tylko mówić o tym, kto poniesie mniej dotkliwą porażkę?

PA: Dzisiaj trudno nam ogarnąć czy zmierzyć efekty tej nowej normy, ale na pewno destrukcja standardów i bazujących na nich postaw w państwie będzie bardzo duża. Nobilitowanie fatalnego stylu podejmowania decyzji oraz owa dominacja pedagogiki bezwstydu będzie nas bardzo drogo kosztować. Będziemy długo, przez dziesięciolecia, z tej kultury destrukcji wychodzić. Wiemy przecież, jak trudno jest stworzyć demokratyczną kulturę, kulturę pokojowego współżycia, pluralizmu, współdziałania. Myślę, że obok wzrostu zadłużenia państwa polskiego będą to być może największe koszty tej złej zmiany, której jesteśmy wszyscy uczestnikami.

W kulturze – zwłaszcza w kwestii zbliżającego się obywatelskiego Kongresu Kultury – sprawa będzie jeszcze bardziej gorąca. Będziemy mieć kolejny etap eskalacji sporu. Naprawdę tracimy na nim wszyscy.

Fot. Bogna Kociumbas


Paweł Adamowiczprawnik, polityk i samorządowiec. W latach 1990–1993 prorektor Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1994–1998 przewodniczący rady miasta Gdańska. Od 1998 roku prezydent Gdańska

Artur Celińskiwiceprezes Res Publiki, zastępca redaktorki naczelnej „Magazynu Miasta” i szef zespołu DNA Miasta, politolog. Inicjator i członek Zespołu ds. Miejskich Polityk Kulturalnych działającego przy Narodowym Centrum Kultury

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa